i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2012-02-20 09:54:06

Bohdan Jałowiecki zainicjował dyskusję bardzo potrzebną, która jednak pomyka opłotkami. Istota problemu zasygnalizowanego przez inicjatora dyskusji zamyka się w zdaniu: Prawdziwe wykształcenie socjologiczne oparte o głęboką znajomość teorii i problemów społecznych może być przydatne w wielu zawodach, natomiast „liźnięcie” socjologii na studiach licencjackich niewiele daje na konkurencyjnym rynku pracy. Oczywiście jest to prawda, ale nie jest ona specyficzna dla tej dyscypliny. To samo można powiedzieć o wykształceniu filozoficznym, psychologicznym (tu akurat nie mamy studiów licencjackich) i praktycznie o wszystkich dyscyplinach humanistycznych oraz społecznych. Sytuacja socjologii jest jednak dość szczególna. Specyficzna była w Polsce jej wyjątkowa kariera i specyficzny jest jej, wyraźny dzisiaj, upadek.
* * *
Socjologia polska od zawsze liczyła się w świecie. Wyjątkową rangę socjologia polska zawdzięcza specyfice polskich losów, w wyniku których przez cały okres, w którym powstawały nowoczesne państwa narodowe, nie byliśmy społeczeństwem, pozostając narodem pozbawionym państwa. W rezultacie ukształtowały się dwa nurty socjologii – instytucjonalny, zorientowany na Zachód i pozainstytucjonalny, zaangażowany w analizowanie tych kwestii społecznych, które wynikały z polskiej specyfiki i były odmienne od problemów społecznych krajów zachodnich. Przy czym właśnie ten trzeci nurt zasłużył się dla polskiej socjologii, przesądzając o jej randze światowej. Kazimierz Z. Sowa pisze, że socjologia pozainstytucjonalna podejmowała trzy wielkie grupy zagadnień: 1. problem narodu, 2. problem tożsamości kulturowej społeczeństwa oraz 3. zagadnienie jego integralności i suwerenności politycznej (K. Z. Sowa, „Socjologia – społeczeństwo – polityka”, Rzeszów, 1992, s. 12). Pojęcie narodu – dowodzi Sowa w tym ważnym a, jak sądzę, niedocenionym w polskiej socjologii, tekście – stało się jak gdyby równoważnikiem pojęcia społeczeństwa (s. 15). Skłonny tu jestem ryzykować opinię, że szczególne zainteresowanie socjologów polskich kwestią chłopską (Znaniecki, Chałasiński) wynikało tyleż z faktu nabrzmiałych problemów z tą warstwą społeczną związanych, co właśnie z jej odniesieniem do sprawy narodowej. Warto tu odnotować kapitalną obserwację Sowy z cytowanego wyżej tekstu, że ... w przypadku związku zawodowego "Solidarność" chodziło nie tyle o solidarność zawodową ludzi pracy, ile właśnie o solidarność narodową Polaków (s.18). Być może fakt, że będąc narodem nie byliśmy społeczeństwem jest kluczem do zrozumienia wielu zjawisk i zachowań, z którymi spotykamy się dzisiaj. Dzisiaj zresztą do faktu tego odwołuje się wielu socjologów bez powoływania się na Sowę, który – o ile mi wiadomo – był pierwszym, który o tym pisał.
***
Po II Wojnie Światowej socjologia polska uchroniła swą wyjątkową pozycję w pewnym sensie dzięki tym samym, co w czasach zaborów, okolicznościom. W PRL także miało miejsce rozgraniczenie między socjologią oficjalną (politycznie służebną) i nieoficjalną (politycznie niezależną), choć obie były instytucjonalne. Oczywiście różne były zakresy owej niezależności w poszczególnych okresach PRL-u, ale nawet w latach stalinowskich, korzystając z kostiumu „polityki społecznej”, socjologia się uchowała. Chałasiński pisał, działali Ossowscy, Bauman, który w tych czasach był bardziej socjologicznym politrukiem niż niezależnym uczonym, pod zasłoną krytyki myśli burżuazyjnej uprzystępniał polskiemu czytelnikowi jej dokonania. Ale, co najważniejsze, socjologia niezależna podejmowała kwestie z perspektywy tego czasu najistotniejsze i podobnie jak w wieku XIX leżące często na styku dyscyplin – historii i socjologii. Zresztą właśnie historia i socjologia (czy szerzej – nauki społeczne) były w pewnym sensie dyscyplinami społecznie uprzywilejowanymi. Książki historyczne i dotyczące problematyki społecznej – książki naukowe! – wydawane były w nakładach dziś niewyobrażalnych i rozchodziły się błyskawicznie.
Nie zamierzam tu jednak przedstawiać zarysu historii socjologii polskiej w czasach PRL-u i w czasach obecnych, nie starczy mi na to czasu, miejsca ani kompetencji. Istotne wydaje mi się, że w różnych okresach, także w czasach PRL-u, socjologia polska miała swoje wielkie tematy, wokół których ogniskowała się aktywność badawcza socjologów, spory i dyskusje oraz – co równie ważne – żywe zainteresowanie szerokiej, czytającej publiczności. Po prostu socjologia odpowiadała na pytania nurtujące myślącą część społeczeństwa.
***
Wydawałoby się, że okres transformacji będzie złotym okresem polskiej socjologii jeśli wziąć pod uwagę doniosłość i wyjątkowość kwestii społecznych, cywilizacyjnych, kulturowych, politycznych, które przyniósł czas przełomu. Toż to raj dla badaczy. Nic z tego jednak. Może się mylę, ale nie potrafię wskazać żadnego tekstu, który sprowokowałby podobną dyskusję, co np. wstęp do katalogu wystawy „Polaków portret własny”. Z tym, że nie chodzi tu wcale o teksty. Znakomitych, inspirujących, odkrywczych jest jednak trochę. Ale one giną, wpadają w studnię braku odbioru. Nie wywołują zainteresowania, bo nie docierają do szerszej, czytającej publiczności – nie docierają zaś do szerszej, czytającej publiczności, bo nie wywołują zainteresowania. Koło się zamyka. Przyczyn tego zjawiska jest wiele, ale na kilka moim zdaniem warto zwrócić uwagę.
Tradycyjny spór o istnienie lub nieistnienie społeczeństwa został w Polsce definitywnie przesądzony. Ktoś, nie pamiętam kto, zauważył trafnie, że operatem społeczeństwa stał się dziś w Polsce zbiór numerów PESEL. Jeszcze w początkach transformacji spieraliśmy się o polską klasę średnią, ale i ten spór ucichł. Stosunkowo niedawno na temat chłopów, jako warstwy, dosadnie choć trafnie wypowiedział się publicznie Władysław Frasyniuk – oprócz dr Fedyszak-Radziejowskiej oburzyli się tylko działacze PSL, choć wyraźnie z partyjnego obowiązku. Ów „operat społeczeństwa” związany jest rzecz jasna z karierą sondaży, z którymi utożsamiana jest socjologia. Czym się zajmuje socjolog? To oczywiste – sondażami, przede wszystkim przedwyborczymi.
Kariera „socjologii sondażowej” związana jest rzecz jasna z nieszczęściem pijarowskiej plagi, która dotknęła polską scenę polityczną. Nie wchodzę w to, czy przyczyna tkwi w fakcie pojawienia się „socjologii sondażowej”, która poraziła polityków, czy też w fakcie, że dla przeciętnego polskiego polityka (nieprzeciętnych Polska nie ma!) najważniejsze stały się słupki poparcia. Problemem pierwszeństwa jajka czy kury zajmować się tu nie będę. Przejdźmy więc do konsekwencji, które są dwojakie – obie negatywne. Z jednej strony doszło do umasowienia studiów socjologicznych, z drugiej do przeniesienia kompromitacji polskiej sceny politycznej na socjologię. Przyjrzyjmy się najpierw temu drugiemu, problem umasowienia, o którym pisze Jałowiecki, zostawiając na koniec.
***
W dzisiejszej Polsce, ale w pewnym sensie, w dzisiejszym świecie, użyteczność socjologii określana jest przez najprostsze, najbardziej dosłowne i prymitywne uwarunkowania demokracji. Demokracja socjologii szkodzi, upowszechniając przeświadczenie – częściowo prawdziwe, częściowo złudne – że demiurgiem procesów społecznych jest wola większości. Nie ma więc sensu badanie przyczyn i skutków zjawisk społecznych, wyjaśnianie istoty społecznych procesów, badanie zmian następujących w strukturze społecznej itp. itd., ponieważ wystarczy sprawdzić co chce większość, aby znać źródła zjawisk przeszłych i przyczyny stanów przyszłych.
Czy może się tym nie interesować polityk? To zależy. Polityk o kalibrze męża stanu, który ma ambicję kreowania woli większości, który ma wizję i chce do niej przekonać ludzi, do niej i za nią pociągnąć masy, może się interesować sondażami, ale nie będzie im ulegał. We współczesnym świecie takich polityków już w zasadzie nie ma, co pośrednio związane jest z upowszechnieniem demokratycznych systemów politycznych. Jest to temat na inną okazję, ale warto byłoby zastanowić się dlaczego w swoistą niezgodę z regułami demokracji wpadają dziś politycy „normalni inaczej” albo po prostu anachroniczni, których przykładem jest w Polsce Kaczyński, a kariery robią politycy „normalni”, czyli zewnątrz-sterowni, bez wizji, twarzy i formatu, pokroju Tuska (z czego wcale nie wynika, że politykiem formatu męża stanu jest Kaczyński; za takiego uważać może go najwyżej prof. Staniszkis i babcie uczestniczące w manifestacjach na Krakowskim Przedmieściu).
Socjologia jawi się więc szerokiej publiczności nauką badającą społeczne nastroje i oczekiwania, natomiast ekspertami socjologii ci, którzy w środkach masowego przekazu, przede wszystkim w telewizji, komentują owe nastroje i oczekiwania ujęte w formę sondaży. Ekspertów kreują media. Miejsce uczonych zajęli celebryci pokroju Jadwigi Staniszkis, znani nie z tego, co osiągnęli w nauce, ale z tego, że zna ich Monika Olejnik a za jej pośrednictwem poznaje ich oglądająca publiczność (publiczność czytająca stopniowo zanika). Przy czym celebryci socjologii przenieśli kompromitację polskiej sceny politycznej na polską socjologię.
***
W tej sytuacji dziwić się trudno, że socjologia nie przyciąga dziś do siebie młodych ludzi ciekawych odpowiedzi na ważne społecznie pytania, ale przyciąga ludzi nastawionych na zdobycie profesji łatwej intelektualnie a popłatnej finansowo i prestiżowo. Dlaczego łatwej intelektualnie? Bo przecież (skłonny jest sądzić młody adept dyscypliny) wiedza sprowadza się tu do tego o czym mówią w telewizji. Matematyki znać nie trzeba, logika zbędna, a umiejętności posługiwania się SPSS–em każda średnio inteligentna małpa może się nauczyć. Pisał o tym Mateusz Stopa. Ale zjawisko owego umasowienia ma także drugą przyczynę i nie wiem, która jest ważniejsza i pierwsza. Nauki społeczne a częściowo także humanistyczne okazały się najłatwiejsze w zaadaptowaniu do warunków prymitywnego rynku. Chodzi o stosunek kosztów do zysków. Jeśli zaakceptujemy poziom, o którym pisze Jałowiecki, koszty są niewielkie. Nie są potrzebne laboratoria, drogie urządzenia, a o „specjalistów” łatwo. Socjologia, nauka pojemna – zmieszczą się w niej swoimi zainteresowaniami hobbyści wszystkich dziedzin życia, boć wszystkie przecież są społeczne. Zainteresowany pedagogiką będzie socjologiem wychowania, ekonomista zakwalifikuje się do socjologii gospodarczej, a ksiądz do socjologii religii lub, co równie prawdopodobne, socjologii rodziny, wychowania, etyki itp.
Socjologia kiedyś, w czasach gdy jej adeptami byli Jałowiecki czy Mikułowski Pomorski była dyscypliną elitarną. Dzisiaj zrobiła karierę taką jak marketing i zarządzanie, turystyka i rekreacja czy europeistyka. Kiedyś w każdej wsi było WSI, dzisiaj w każdej wsi jest Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa, ten edukacyjny produkt politycznej korupcji z czasów reformy administracyjnej kraju, a w każdej z tych „uczelni” – no, może jednak nie w każdej – jest socjologia. Bo jest tania. Regres nauk humanistycznych i społecznych, chyba przede wszystkim społecznych, bierze się z faktu, że prowadzone na poziomie niskim są tanie i mogą być masowe. Do studiów artystycznych niezbędny jest talent, który jest indywidualnym dobrem rzadkim, do studiów ścisłych konieczne są zdolności matematyczno-logiczne, których rozwinięcie wymaga wysiłku, studia techniczne są zaś po prostu drogie. Zauważmy, że dzięki pieniądzom z UE wiele uczelni, w tym przede wszystkim uczelni technicznych, politechnik, wybudowało sobie nowoczesne budynki ze świetnie wyposażonymi laboratoriami. W wielu jednak nikt nie pracuje, a bywa, że nowoczesne maszyny i urządzenia za te pieniądze kupione, stoją w magazynach nierozpakowane, bo nie ma ludzi, którzy potrafiliby je obsługiwać. Równocześnie w tych uczelniach otwiera się kierunki studiów takie jak marketing i zarządzanie czy europeistyka, bo są to kierunki popularne, tanie a więc mogą być masowe, w których wykładają ludzie mający blade pojęcie o przedmiocie swego wykładu.
Zjawisko masowości nie ogranicza się jednak do studiów pierwszego i drugiego stopnia. Podejrzewam, że najwięcej jest dzisiaj w Polsce doktorów właśnie z socjologii. Profesor Jerzy Szacki jest uczonym wybitnym. W czasie 50 lat swojej pracy naukowo-dydaktycznej wypromował bodaj 25 doktorów. Niektórzy z nich (właściwie większość) to ludzie, którzy coś dzisiaj znaczą w nauce polskiej. Ks. prof. Henryk S. w czasie ostatnich 20 lat wypromował chyba ponad setkę doktorów socjologii. Co roku promował od pięciu do dziesięciu socjologów. Jakże może się z nim równać taki Szacki? Wszechstronnością swoich naukowych kompetencji także bije Szackiego na głowę. Oto wybrane tematy prac doktorskich, które wylęgły się w jego seminariach: Warszawskie edytorstwo muzyczne; Dalekowschodnie sztuki walki a zjawisko przemocy; Zjawisko przemytu flory i fauny jako współczesny problem etyczno-społeczny; Spółdzielczość w okresie transformacji ustrojowej w Polsce; Ruch feministyczny w Polsce; Społeczne aspekty lobbingu; Uczestnictwo młodzieży szkół gimnazjalnych w rekreacji ruchowej; Motywacje anonimowych alkoholików do abstynencji; Etyczno-społeczne aspekty etosu współczesnego policjanta… Podając te tematy pomijam dopełnienie: …na przykładzie… nie wymieniam także tematów z zakresu historii Kościoła czy społecznej nauki Kościoła, bo nie wątpię, że ksiądz profesor w tym zakresie tematycznym ma pełną kompetencję. Nie wchodzę nawet w to, czy tematyka tych prac wpisuje się w obszar socjologii i czy w ogóle może być tematem prac doktorskich. Intryguje mnie zjawisko masowości. Toż to fabryczna produkcja taśmowa! Moje zaintrygowanie zostało jednak swego czasu – bodaj trzy lata temu – zaspokojone w pełni. Oto na mój dyżur w Uniwersytecie Rzeszowskim, z którym byłem wtedy związany, pojawiła się pani prosząc o weryfikację narzędzia badawczego, czyli ankiety. Okazało się, że jest to ankieta do pracy doktorskiej. Oczywiście odmówiłem, wyjaśniając, że nie mam prawa wkraczać w kompetencje jej promotora. Pani odpowiedziała, że jest to prośba w pewnym sensie oficjalna, ponieważ dotychczas na Podkarpaciu weryfikację narzędzi badawczych z zakresu socjologii przeprowadzał ks. dr M., na uczelni jednak uznano, że powinien to być profesor. Powiedziałem pani, aby swoich „opiekunów naukowych” poinformowała, że ja z hochsztaplerami nie chcę mieć nic wspólnego. Nie było to zapewne ani taktowne ani pedagogiczne, do czego się przyznaję, ale powstrzymać się nie mogłem.
Nie widzę powodu, aby ukrywać o jaką uczelnię tu chodzi. Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie niedawno utracił prawa doktoryzowania na kierunku socjologia, ale można się obawiać – zresztą takie zapewnienia otrzymują kandydaci na przyszłych doktorów – uprawnienia szybko odzyska i proceder trwać będzie nadal. Ostatnio uczelnię tę opuścił prof. Krasnodębski. Nie jestem jego wielbicielem, jego publicystyka wywołuje u mnie obrzydzenie, choć jako naukowca go cenię. Jedną z przyczyn, którą sam podaje, jest tolerowanie plagiatów w naukach społecznych na tym uniwersytecie. Wierzę mu, bo nie wyobrażam sobie, aby przy uprawianiu takiego procederu, można było plagiatów uniknąć.
A więc jest jeszcze gorzej niż sądzi Bohdan Jałowiecki.






