i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2012-01-03 15:48:44

Przed drugą wojną światową w Polsce, socjologów było bardzo niewielu, wywodzili się z różnych dyscyplin pokrewnych, przede wszystkim filozofii, ale także prawa. Była to profesja wyłącznie akademicka, uprawiana bardziej jako naukowe hobby niż uniwersytecka dyscyplina. Pierwsza katedra socjologii powstała na Uniwersytecie Warszawski w 1919 roku z inicjatywy Leona Petrażyckiego, w rok później Florian Znaniecki uruchomił katedrę na Uniwersytecie Poznańskim. Instytucjonalizacja dyscypliny umożliwiła uruchomienie studiów socjologicznych. Mimo skromnych początków powstały w tym okresie znaczące prace, jak np.: „Miasto w świadomości jego obywateli” Floriana Znanieckiego, „Młode pokolenie chłopów” Józefa Chałasińskiego, „Warszawa jako stolica Polski” Stanisława Rychlińskiego.
Po wojnie socjologowie, którzy przeżyli i pozostali w kraju odtworzyli uniwersytecką strukturę dyscypliny, która jednak wkrótce została zniszczona przez nadchodzący stalinizm. Socjologia została wyklęta jako dyscyplina burżuazyjna i konkurentka „jedynie słusznej nauki marksizmu-leninizmu”. Była to oczywiście jedna z wielu aberracji tamtego okresu, mimo że Karol Marks był niewątpliwie jednym z prekursorów socjologii.
W roku 1956 roku odtworzono strukturę instytucjonalną i uruchomiono studia socjologiczne na kilku uniwersytetach, na które przyjmowano jednak stosunkowo niewielu studentów. Było to m.in. wyrazem nieufności władz do tej dyscypliny, która z natury rzeczy uodparniała na prymitywne interpretacje oficjalnej doktryny. W latach 60-tych pojawiły się pierwsze oznaki „uzawodowienia” socjologów. Jednym z kanałów była socjologia pracy. Absolwenci tej specjalizacji znajdowali zatrudnienie w dużych przedsiębiorstwach państwowych jako specjaliści od „humanizacji pracy”, która stała się wówczas „modna”, ponieważ władza poszukując źródeł wzrostu wydajności pracy zapaliła zielone światło. Kolejnym kanałem stało się planowanie przestrzenne, gdzie także w różnych pracowniach projektowych pojawili się socjologowie. Było to w pewnym sensie nawiązanie do tradycji, ponieważ w okresie okupacji niemieckiej Stanisław Ossowski pracował jako socjolog w konspiracyjnym biurze projektowych ukrytym w strukturach legalnego Społecznego Przedsiębiorstwa Budowlanego. Udział socjologów w humanizowaniu pracy i w planowaniu przestrzennym nie był jednak masowy. W trakcie III Zjazdu Socjologicznego, który odbył się w 1965 roku w Warszawie, Zygmunt Bauman opowiadał anegdotę o jednym z socjologów zatrudnionym w przedsiębiorstwie państwowym, który został poproszony o zainteresowanie się stanowiskiem pracy, na którym pracownica ważyła jakieś substancje. Pomiary były niedokładne. Socjolog popatrzył i zauważył, że tarcza wagi jest umieszczona dość wysoko, a robotnica niska. Poradził więc, żeby zrobić niewielki postument. Sprawa została rozwiązana, pomiary stały się dokładne. Z. Bauman skomentował tę historyjkę krótko „tam nie trzeba było socjologa, wystarczyło trochę zdrowego rozsądku”. No ale takie były wtedy możliwości socjologów.
Socjologowie miasta byli także „towarem eksportowym”, dla przykładu Zygmunt Pióro pracował przy odbudowie Skopje, Kazimierz Sowa działał w Iraku, a niżej podpisany współpracował przy opracowywaniu planu zagospodarowania przestrzennego Algieru.
W okresie transformacji socjologowie zniknęli z przedsiębiorstw i pracowni planowania przestrzennego, wtedy kiedy dopiero mogli stać się naprawdę potrzebni. Z drugiej strony zaczęła się masowa produkcja socjologów zarówno w szkołach publicznych jak i niepublicznych. Liczba absolwentów tego kierunku zaczęła szybko rosnąć, byli to przede wszystkim licencjaci, których kwalifikacje okazywały się nader mierne. Przez trzy lata nie da się wykształcić dobrze przygotowanego socjologa, ponieważ jest to, jak mnie uczył mój promotor Janusz Ziółkowski, nauka nomotetyczna, czyli taka, która zajmuje się prawidłowościami i związkami zachodzącymi między zjawiskami społecznymi, aby na ich podstawie dochodzić do praw ogólnych. Niezwykle niekorzystny dla rozwoju tej dyscypliny okazał się tzw. „proces boloński” wprowadzający trójstopniowy podział w szkolnictwie wyższym na licencjat, magisterium i doktorat. Przed wprowadzeniem tego podziału obroniła się w Polsce psychologia, na której obowiązują pięcioletnie jednolite studia magisterskie. Kolejnym problemem socjologii są dwuletnie uzupełniające studia magisterskie, na które przyjmuje się, szczególnie na studiach niestacjonarnych, prawie wszystkich chętnych, którzy zaliczyli licencjat w dziedzinach uznanych za pokrewne. W ten sposób produkuje się także, częściowo niedouczonych, magistrów socjologii.
Licencjaci i magistrzy wchodzą na rynek, na którym trudno im znaleźć prace zgodną z profilem studiów. Socjologie mogą znaleźć zatrudnienie w szkolnictwie wyższym i instytucjach naukowych, ale takie możliwości mają tylko nieliczni, ponieważ podaż tych miejsc pracy jest ograniczona. Pozostają ośrodki badania opinii społecznej, organizacje pozarządowe i na tym możliwości właściwie się kończą. Oczywiście socjolog może pracować wszędzie, w banku, administracji, hipermarkecie itd., ale tam jego wiedza, poza ogólną podstawą, nie ma i nie może mieć konkretnego zastosowania.
Złudzeniem jest wyposażanie przyszłych socjologów w umiejętności praktyczne. Obsługi komputera uczą się już dzieci w przedszkolach, na studiach można pokazać studentom jak działa program statystyczny do obróbki danych społecznych tzw. SPSS, można także nauczyć poprawnie konstruować kwestionariusz ankiety i wywiadu, ale treści pytań bezpośrednio nauczyć nie można, do tego bowiem potrzebna jest rozległa wiedza teoretyczna i znajomość społeczeństwa, które się bada, a to student powinien przyswoić sobie w ciągu 5 lat nauki. Na praktykach badawczych można zademonstrować jak nawiązywać kontakty z przyszłymi respondentami, ale ta umiejętność jest niejako wrodzona i nauczyć jej jest dosyć trudno.
Żyjemy w okresie, ogólnego zamieszania, kiedy m.in. pomylono uniwersytety, wyższe szkoły kształcące w określonych specjalnościach i technika zawodowe, wszyscy chcą robić mniej więcej to samo starając się odgadnąć potrzeby rynku pracy, których nikt nie zna, szczególnie w dłuższej perspektywie czasowej. W uniwersytetach –„przynajmniej w założeniu – pisze Krzysztof Michalski – młodzi Polacy powinni się uczyć trudnej umiejętności przyswojenia tradycji innych, rozumienia Dantego, Heideggera czy Konfucjusza, umiejętności bez której sens własnej tradycji staje się niedostępny (…) Uniwersytety zamieniają się w szkoły zawodowe, gdzie trenuje się umiejętności (rzekomo) przydatne na rynku”1.
Prawdziwe wykształcenie socjologiczne oparte o głęboką znajomość teorii i problemów społecznych może być przydatne w wielu zawodach, natomiast „liźnięcie” socjologii na studiach licencjackich niewiele daje na konkurencyjnym rynku pracy.
1 Tekst Krzysztofa Michalskiego został opublikowany w „Gazecie Wyborczej” 31 grudnia 2011 – 1 stycznia 2012.






