Sztuka eseju
O popycie na studia socjologiczne i ich poziomie w czasach III RP
TAGI: Kuchnia intelektualna, Sztuka eseju, Polemiki,
Dodano: 2012-01-22 21:18:54

Na początek anegdota. Czytając artykuł Profesora Bohdana Jałowieckiego przypomniałam sobie historię sprzed 10 lat. W 2002 r. rozpoczęłam pracę, tuż po ukończonych studiach, jako asystent w WSSG w Tyczynie. Któregoś dnia starszy kolega przyniósł świeżo wówczas wydaną książkę Pana Profesora, otworzył na zaznaczonej stronie i polecił przeczytać ostatni akapit. We wskazanym fragmencie przeczytałam: „… przypomnijmy, że w początkach lat sześćdziesiątych socjologia jako kierunek studiów nauczania była w 4 ośrodkach, obecnie adeptów tej dyscypliny kształci się w 14 szkołach wyższych, w 11 miastach i jednej wsi – w Tyczynie koło Rzeszowa. Socjologia „schodząc pod strzechy”, stała się w Polsce nauką masową” . Książka przechodziła z rąk do rąk, zaznaczony fragment przeczytali wszyscy koledzy. Najpierw zapadła cisza. Właściciel książki stwierdził krótko: „Właśnie tak jesteśmy oceniani” i wyszedł. Dyskusji nie było (zresztą trudno tu o polemikę). Starsi stażem koledzy skwitowali tekst stwierdzeniem, że widocznie Pan Profesor nie wie, że Tyczyn jest miastem, którego historia jest dłuższa niż historia Rzeszowa. Ta krótka racjonalizacja, czy też przesunięcie akcentu, pozwoliła wszystkim zachować uśmiech na twarzy. Nie wiem, jak pozostałym, ale mnie do śmiechu nie było. Słowa te na długie lata utkwiły w mojej pamięci (o czym świadczy fakt, że po 10 latach bez trudu je odnalazłam) i muszę stwierdzić, że przez większość tego czasu nie zgadzałam się z nimi, traktowałam jako nieuzasadnione i obraźliwe. Już tłumaczę, dlaczego. Zestawienie w tekście słów wieś i strzechy wywoływało w wyobraźni obraz filmowej adaptacji „Chłopów” Reymonta. A rzeczywistość tyczyńskiej WSSG była zgoła inna. W 2002 r. szkoła mogła pochwalić się bogatą infrastrukturą. Już wówczas oddany został do użytku nowy budynek „Za Pałacem”, którego wyposażenie mogło być przedmiotem marzeń niejednego wydziału uniwersyteckiego. Do dyspozycji prowadzących oddano kilka rzutników multimedialnych (z którymi nie zetknęłam się w trakcie zajęć podczas moich studiów). Studentom udostępniono bez ograniczeń pracownię komputerową z dostępem do Internetu. Uczelnia wpisała się także w życie naukowe dyscypliny. Była, obok Uniwersytetu Rzeszowskiego, jednym z głównych organizatorów XI Ogólnopolskiego Zjazdu Socjologicznego w 2000 r.  Dobrze funkcjonowało wydawnictwo uczelniane. Książki „Badania empiryczne w socjologii” pod red. M. Malikowskiego i M. Niezgody, oraz „Socjologia ogólna. Wybór tekstów” pod red. M. Malikowskiego i S. Marczuka były bestsellerami. Dodatkowo systematycznie ukazywały się „Tyczyńskie Zeszyty Naukowe”. WSSG posiadła już wówczas uprawnienia do prowadzenia studiów magisterskich na kierunku socjologia. Było to zasługą świetnej kadry naukowo-dydaktycznej. Młodzi socjolodzy, pod kierunkiem prof. M. Niezgody, uczyli się, jak w praktyce można zastosować nabytą na studiach wiedzę teoretyczną. Kuźnią umiejętności był prowadzony od 1997 r. „Podkarpacki Sondaż Społeczny” (jego ostatnią edycję zakończyliśmy z „tyczyńskimi” kolegami w 2009 r.). Jako młodzi pracownicy naukowo-dydaktyczni nabywaliśmy umiejętności, o których pisze Pan Profesor, a mianowicie – jak konstruować poprawnie kwestionariusz ankiety i wywiadu. Dzięki sondażowi również studenci nabywali technicznych umiejętności przeprowadzania ankiety. Zresztą sam proces dydaktyczny był dobrze zorganizowany. W WSSG zatrudnieni byli pracownicy UJ, KUL, UMCS czy pobliskiego UR. Wszyscy chwalili infrastrukturę i rodzinny klimat małej uczelni. Młodzi pracownicy zobowiązani zostali do ukończenia kursu dydaktycznego, hospitacji zajęć dokonywał sam Pan Rektor. Dla studentów studiów dziennych organizowane były wakacyjne obozy naukowe, podczas których doskonalono umiejętności przeprowadzania badań jakościowych (głównie prowadzenia wywiadów i interpretacji zgromadzonych materiałów). Na studiach można było wybrać kilka specjalności, m.in. socjologia bezpieczeństwa publicznego, socjologia komunikowania społecznego, socjologia pomocy społecznej, socjologia zdrowia i medycyny (należy tu zaznaczyć, że wiele z tych specjalności stanowi obecnie odrębne kierunki studiów, skądinąd cieszących się dużym zainteresowaniem).

I właśnie w takiej uczelni w 2002 r. podjęłam pracę. Dlatego cytowane powyżej słowa Pana Profesora uważałam wówczas za nieuzasadnione i krzywdzące.

Kolejne lata pracy w WSSG utwierdzały mnie w tym przekonaniu. W 2003 r. uczelnia zorganizowała I Kongres Religioznawczy. Rok później powstał Ośrodek Badania Rynku, który z powodzeniem prowadził badania komercyjne. Wszyscy młodzi pracownicy mieli promotorów i określone tematy rozpraw doktorskich, najstarszy kolega przygotowywał się do obrony doktoratu, a jeden z doktorów do wszczęcia przewodu habilitacyjnego. Została nawiązana umowa partnerska z uczelnią w Bierdiańsku, skąd przyjeżdżały coraz liczniejsze grupy studentów.

I tu należy postawić sobie pytanie (wyprzedzając komentarze wszystkich potencjalnych czytelników tego tekstu): i co z tego wszystkiego, skoro WSSG w Tyczynie upadła (dokładnie została przejęta przez rzeszowską WSIiZ, a sam nabór na studia z zakresu socjologii zawieszony w 2009 r.)? Fakt ten był już wielokrotnie komentowany i powstały liczne hipotezy próbujące tłumaczyć przyczyny „upadku”, więc nie warto wracać do tego tematu.

W nawiązaniu do tekstów prof. B. Jałowieckiego i prof. J. Mikułowskiego-Pomorskiego należy natomiast uwypuklić dwa podkreślane problemy: (1) masowość produkcji socjologów i (2) mierność ich wiedzy i kompetencji praktycznych. Obydwa stwierdzenia nie napawają optymizmem.

Masowe kształcenie socjologów (zresztą nie tylko socjologów), które rozpoczęło się wraz z okresem transformacji, można uznać jako odpowiedź na niezaspokojony popyt, nowe wyzwania rynku pracy, wzrost znaczenia wykształcenia wyższego, które na początku lat 90. posiadali nieliczni. Patrząc z perspektywy 10 lat stwierdzam, że moja edukacja wyższa była właśnie produktem tego umasowienia. Prof. Jałowiecki pisząc na przełomie wieków o perspektywach szkolnictwa wyższego wskazywał z jednej strony na przedsiębiorczość uczonych, z drugiej zaprezentował pogląd, że „dlatego otwierano kierunek studiów, żeby miejscowi socjologowie mieli co robić” . Owa przedsiębiorczość przejawiała się więc w wieloetatowości. Parafrazując słowa prof. Jałowieckiego – odpowiadając zapotrzebowaniom mas, zaczęto służyć masom. I tutaj chyba tkwiło źródło mierności przekazywanej wiedzy i kompetencji praktycznych (wzmocnione niewątpliwie rozstrzygnięciami procesu bolońskiego). Tym samym pojawił się „produkt masowy” w postaci tłumów socjologów. I nie było to problemem, dopóki owych tłumów nie stanowiły rzesze pracujących, którzy zostali zmuszeni (najczęściej wymogiem ustawy lub pracodawcy) do „uzupełnienia wykształcenia”. Uczelnia taka jak WSSG była właśnie odpowiedzią z jednej strony na specyficzny regionalny popyt, którego UR nie był w stanie zaspokoić (przy czym jeszcze raz podkreślę, proces dydaktyczny prowadzony na WSSG w żadnej mierze nie był zaniżony!), z drugiej wynikiem wspominanej wyżej przedsiębiorczości. I jak pisze prof. J. Mikułowski-Pomorski, „ta wiedza nie szkodzi(ła)”, a wręcz przyczynić się mogła do kształtowania „rozwoju regionalnego, tworzenia regionalnych sieci innowacji i klimatu kulturalnego” , stała się „narzędziem wyrównywania szans edukacyjnych”, wpływała korzystnie na „modernizacje procesu nauczania i dostosowania jego profilu do potrzeb rynku pracy” .

Sytuacje, które obserwowałam w latach 2006-2008 w WSSG w Tyczynie obecnie powracają jak deja’vu w zdecydowanie szerszej skali. W pierwszych 15 latach transformacji socjologia w Polsce przeżyła odrodzenie i dynamiczny rozwój. Dopóki kierunek był modny i cieszył się wielkim zainteresowaniem, niewiele osób wytykało mankamenty. 10 lat temu, kiedy kierunek socjologia na UR kończyło 60 studentów studiów dziennych i drugie tyle na studiach zaocznych, nikt nie zastanawiał się, czy będziemy zdolni do wykonywania zawodu socjologa, tudzież gdzie po ukończeniu studiów znajdziemy pracę. Rachunek był prosty, ekonomiczny, popyt stymulował podaż, który faktycznie przejawiał się głównie w ilości. Kiedy popyt osłabł i rozpoczęły się trudności, pojawiły się animozje, oskarżenia i szukanie wyjścia z zaistniałej sytuacji. WSSG pochłonął rynek edukacyjny, a co czeka socjologię w Polsce…
Pisząc o zawodzie socjologa prof. Jałowiecki i prof. Mikułowski-Pomorski przedstawili diagnozę zaistniałej sytuacji. Z tekstów wynika, że obecnie socjologia, szczególnie ta „nauczana” na pierwszym stopniu studiów, stoi na rozdrożu: czy brnąć w dalsze uzawodowienie, dokonując dalszej specjalizacji i „trenować umiejętności (rzekomo) przydatne na rynku pracy”, czy powrócić do idei wykształcenia socjologicznego opartego o głęboką „znajomość teorii i problemów społecznych”, które faktycznie mogą być przydatne w wielu zawodach? Nikt nie ma chyba wątpliwości, którą drogę należy wybrać. Jakimś jednak sposobem socjologia „idzie” w przeciwnym kierunku, hołdując zapotrzebowaniom rynku i prowadząc do tego, że przeciętny student socjologii kieruje się maksymą „Jakieś studia trzeba mieć”.

Pan Profesor J. Mikułowski-Pomorski, w zaprezentowanej kategorii absolwentów, wskazał dwie grupy osób, które rokują na przyszłość, a mianowicie zdolnych do wykonywania zawodu socjologa (magistrów) i zdolnych do samodzielnego stawiania pytań i prowadzenia badań (doktorów). Obawiam się jednak, że masowość dotknęła również te stopnie edukacji wyższej. Sugestię taką sformułował prof. J. Chłopecki i liczę na to, że wkrótce zaprezentuje swoje przemyślenia.




Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania z siedzibą w Rzeszowie
ul. Sucharskiego 2, 35-225 Rzeszów, fax: +48 17 866 12 22 e-mail: wsiz@wsiz.rzeszow.pl
Wszelkie Prawa Zastrzeżone, Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie © 2010