i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-10-11 22:11:26

Całe napięcie, które owładnęło polską scenę polityczną, zostało zorkiestrowane wcześniej: wódz PiS parę miesięcy temu zapowiadał, że Tusk ze swoim rządem nie przetrwa jesieni. To on wiedział najwcześniej o dwuznacznych znajomościach i podejrzanych rozmowach współpracowników premiera. I wszystko dzieje się zgodnie z planem. Zgodnie z filozofią uprawiania polityki, którą wódz był obrał.
Już samo przywołanie nazwiska twórcy tej filozofii było, zauważmy, czymś zdumiewającym. Myślałem, że to chwilowa fascynacja, że może nie doczytał. Miałem nadzieję, że uda mi się przestrzec ludzi tej wyobraźni. Uprzedzałem, że nawet zarządzanie historią nic tu nie pomoże. Ktoś wszystko zapisze.
Carl Schmitt, nauczyciel intelektualny hitlerowców, były członek NSDAP, były hitlerowski radca stanu od 1933 r., w ciągu 40 lat życia po wojnie nie doczekał się, by jakiś uniwersytet niemiecki zaproponował mu katedrę. Zapomniano go, a jego poglądów nie zrehabilitowano nigdy.
Trzeba raz jeszcze przypomnieć, co głosił w latach dwudziestych XX wieku, skoro odgrywa to aż taką rolę w naszym życiu politycznym. W skrócie zatem: politykę wyznaczają wrogość i sojusz. Polityka nie polega na współpracy, lecz na wrogości i ciągłej walce, stosunki układa się wedle potrzeby chwili, obracając dzisiejszego wroga w sojusznika i na odwrót. Władza decyduje o tym, co obowiązuje – bez względu na prawo; „interes państwa jest czymś więcej niż związanie normą”, pisał Carl Schmitt, uzasadniając swój „decyzjonizm”. „Porządek konkretny”, jaki narzuca władza, jest wyższy nad porządek prawny, praktyka zaś wedle Schmitta dowiodła wyższości teorii bezpośredniego przymusu. Schmitt, co więcej, odrzucał władzę obliczalną i przewidywalną dla obywatela, który by chciał wiedzieć, czego się spodziewać; Schmitt był też przeciw parlamentaryzmowi, błędnie utożsamianemu z demokracją. W jego rozumieniu demokracja nie potrzebuje parlamentu, który może dać władzę „niesłusznej” większości.
Na marginesie takiej perspektywy świata zrodziła się w Polsce niezależna z pozoru od polityki, choć najgłębiej w niej zanurzona doktryna sukcesu w mediach, doktryna oglądalności poniektórych telewizji i czytelnictwa gazet – „co dzień nowy konflikt”, „co dzień nowa awantura”. Premiuje ona wrogość i ją dopinguje. Z pychą tworzenia postaci politycznych (jak Leppera) i pogrążania ich, gdy fabuła wydarzeń proponuje taką atrakcję. To nie wynikło tylko z ambicji niedocenionych gwiazd intelektu i dziennikarstwa. To koncepcja. Wredna z punktu widzenia interesu publicznego. Sensacją dla tych mediów nie jest wielkie osiągnięcie, ani wielki człowiek. Jeśli wielki człowiek, to co najwyżej skopany jak Polański, skopany z satysfakcją poniżenia większych od siebie i – najogólniej – mówienia źle o innych. O wszelkich innych. Nie ma niczego dobrego, wartego uznania. Kiedy Parlament Europejski obrał Buzka przewodniczącym, natychmiast usłyszeliśmy, że teraz to nie wybiorą nam Cimoszewicza. Przykrość za dobrą wiadomość. Jeśli media tchną kompleksami niezaspokojonej ambicji, to nie indywidualnymi tylko. Rządzą, a król musi mieć rację.
W efekcie media tracą wiarygodność. Przestaje się je traktować serio. Nie myślę o dziennikarzach lizusach i krypto-rzecznikach prasowych, o których z góry wiadomo, co powiedzą lub napiszą. W poprzedniej fazie panowania doktryny obserwowałem różnych młodszych, a wybitnych kolegów po fachu, którzy w jej imię ograniczali się do komentowania meczów polityki, w praktyce – awantur. Podziwiali nawet faule. Wszystko w kategoriach skuteczności. Pasjonował ich, zgodnie z doktryną, konflikt – skoro w ich pojęciu pasjonował odbiorców, robił nakład, „słuchalność” i „oglądalność”. Dziś jednak sami poszli dalej – zostali partnerami rozgrywek. Należąc już do klasy politycznej, sami atakują, kłócą się, sądzą, w rolach śledczych i sędziów na ekranach i szpaltach. Przykład - młodzi ludzie, którzy nie odpytywali, ale przesłuchiwali premiera, z tak nieskrywaną zajadłością w twarzach, jakby mieli do czynienia z przeciwnikiem do pokonania. Wzory nadaje uwielbiona Barbara Walters z jej chamskiego okrucieństwa pytaniami, zadawanymi czekającemu na śmierć aktorowi. Ale dziś widz, czytelnik, słuchacz, zaczyna się już orientować, z kim ma przyjemność. Słyszę po sklepach – „co się z nimi porobiło”. Nie o politykach. O dziennikarzach.
Państwo, odbudowywane po latach zerwania ciągłości cywilizacyjnej, przestało ich obchodzić. Tworzyliśmy wolną Polskę także dla jednej czwartej tych, którym się nie udaje, którzy nie umieją się urządzić, którzy nie wiedzą, jak sobie zorganizować pomoc wzajemną, zdobywanie wiedzy i umiejętności, jak ożywić ruch czytelniczy, własne systemy oszczędnościowe i ubezpieczeniowe, reaganowskie spółki pracownicze i spółdzielnie budownictwa mieszkaniowego. A także jak zagospodarować swój groszowy pieniądz, by rósł na solidną podstawę bytu. Ale kogo to obchodziło? Choć było jasne, że ktoś inny zajmie się tą jedną czwartą, ktoś wrogi nie tylko demokracji, ale nawet naszej niepodległości - jakaś kremlowska agentura wpływu w rodzaju Radia Maryja, szczująca przeciw NATO, przeciw Unii Europejskiej, bezkarna moralnie i politycznie, której poparciem stoi PiS. Nikt już nie zastanawia się nad możliwą powszechną edukacją demokratyczną i społeczną poprzez media publiczne, poprzez gazety, bo niby po co? Media skupiły się na teatrze władzy, najłatwiej dostępnym, najmniej wymagającym, z atrakcjami walki szybkiej, łatwej i nieprzyjemnej. W obrębie zaś klasy politycznej wszystko uchodzi i wszystko się wybacza – polityczni właściciele doprowadzili do bankructwa nawet „Ekspres Wieczorny” i dopiero po latach Witold Gadomski z młodszymi kolegami opisali ich machinacje z nieruchomościami na skalę wielu milionów zł. Opisali historię istnej mafii polityków-kombinatorów z Porozumienia Centrum, którzy na dobitek sami, objąwszy władzę, umorzyli sobie długi wobec Skarbu Państwa. W innych mediach o tym cisza. Nie wypadało? Nie wypada?


