Wildstein nie jest hipokrytą
TAGI: Przystawki, Kartki z notesu,
Dodano: 2010-05-05 13:46:11

Bronisław Wildstein nie jest dziennikarzem, choć za takiego się prawdopodobnie uważa. Co prawda już sam widok Wildsteina pozbawia mnie zdolności do empatii, ale ja mu z tego, ani z faktu, że dziennikarzem nie jest, zarzutu nie czynię. Co więcej, skłonny byłbym stać się jego sojusznikiem gdyby jawnie i otwarcie wystąpił przeciwko karcie zasad nowoczesnego dziennikarstwa, której ojcem był oczywiście Walter Lippman. Ale Wildstein prawdopodobnie nie wystąpi, a zresztą gdyby nawet taki pomysł wpadł mu do głowy, kierownictwo redakcji „Rzeczpospolitej” by mu na to nie pozwoliło. O co tu chodzi?

Jest jeszcze wiek XIX. Horacy Greeley, twórca i wydawca „New York Tribune”, w pierwszym numerze pisma obiecuje czytelnikom, że jego dziennik będzie „równie odległy od służalczego partyjnictwa, jak i od strojącej miny obłudnej neutralności”. Dziennikarze i wydawcy tych czasów nie uważają za stosowne ani właściwe ukrywanie własnych poglądów. Oni rzeczywiście wydają dzienniki opinii, w których nie skrywa się tego, co się myśli. Aż do końca dziewiętnastego wieku jawność przekonań i otwartość wyrażania poglądów dziennikarzy korespondowały z aktywnością i politycznym zaangażowaniem ich czytelników. Prasa była inspiracją lub częściej jeszcze przedłużeniem publicznej debaty.

Dopiero dwudziesty wiek przynosi triumf profesjonalizmu (choć tu przydałby się znak graficzny perskiego oka, którego wprowadzenia domagał się już Boy Żeleński). Ideałem staje się profesjonalizm w polityce i profesjonalizm w dziennikarstwie. Politycy zaczęli udawać ekspertów, dziennikarze zaś ludzi, którzy są w pełni impregnowani na poglądy własne, a ich profesjonalizm wyraża się między innymi w bezstronności i poświęceniu wszystkiego na ołtarzu całkowicie apolitycznej, w pełni bezstronnej, obiektywnej i neutralnej informacji.

W „Rzepie” z 4 maja br. Bronisław Wildstein w felietonie „Ufolodzy, czyli Solidarność Walcząca” daje upust swej niechęci do „Gazety Wyborczej” ze szczególnym uwzględnieniem Adama Michnika, do czego ma prawo i co nie dziwi. Skąd inąd niektórzy wiedzą, a inni słusznie przeczuwają, że zarówno Wildstein, jak i jego kolega z tej samej felietonowej strony dziennika, Rafał Ziemkiewicz, mają kompleks „Wyborczej”, być może dlatego, że na jej salony swego czasu ich nie wpuszczono. „Od powstania III RP - pisze Wildstein - jej twórcy i propagandziści utworzyli własną szkołę erystyki, czyli techniki nieuczciwego prowadzenia sporu”. Wildstein nie jest twórcą ani propagandzistą istniejącej dziś Polski, nie czuje się z nią związany. Jeśli nie czuje się związany z tą, która jest, to może z tą która była i minęła? Innej możliwości nie widzę. Od dawna zresztą podejrzewałem, że Wildstein dokleja sobie antykomunistyczną wizytówkę opozycjonisty, a w gruncie rzeczy jest udziałowcem i krypto-zwolennikiem PRL-u. Ale odłóżmy na bok złośliwości. Ostatecznie pióro zamachało pisarzem. Zdarza się. Natomiast warto zatrzymać się przy tej szkole erystyki, której reprezentantem jest Wildstein.

Dla Wildsteina podejrzenia, że za wypadkiem w Smoleńsku odpowiedzialni są Rosjanie, mieszczą się w granicach „zdrowego sceptycyzmu” i wrzucanie ich do jednego worka z wersjami spiskowymi jest nieuczciwe. Zgoda. Nieufność wobec jakości pracy rosyjskiej obsługi lotniska mieści się w granicach rozumu zdrowego. Ludzi, którzy mają podobne wątpliwości nie zamykajmy w jednej sali z Rydzykiem, Maciarewiczem, Jaroszyńskim i im podobnymi pacjentami. Ale dla Wildsteina przypuszczenia, że jednak jakąś winę za wypadek ponosi śp. Lech Kaczyński, chociaż odwołują się do gruzińskiego precedensu, nie mieszczą się w granicach „zdrowego sceptycyzmu”, są, jak pisze, insynuacją propagandzistów.

Powróćmy do tego, co na wstępie. Wildstein i Ziemkiewicz, Semka, Magierowski i Pospieszalski nie są dziennikarzami mieszczącymi się w modelu dziennikarstwa Lippmana. Moim zdaniem nie muszą być. Są zaangażowani po jednej stronie, PIS-u, tak samo, jak – to prawda – „Gazeta Wyborcza” zdradza wyraźną orientację proplatformerską, a w każdym razie antypisowską. I wszystko jest w porządku dopóki wszyscy nie próbują udawać, że, a jakże, są całkowicie obiektywni, bezstronni i niezaangażowani. Ofiarą tej hipokryzji jest czytelnik, który widząc, że nikomu nie można wierzyć, uznaje, że wszyscy kłamią. I w pewnym sensie ma rację.

OPINIE
Grzegorz Pawełek - Czy dziennikarz powinien mieć poglądy?
2010-05-19 16:46:53
Poruszone zagadnienie nie ogranicza się tylko do Wildsteina czy Ziemkiewicza. Dzisiejsze dziennikarstwo, zwłaszcza europejskie, wzywa do rzetelności i niezależności politycznej. Jednak czy oznacza to, że dziennikarz nie powinien obnosić się ze swoimi poglądami? Jeżeli już linia programowa gazety często jest zbieżna z poglądami określonej partii politycznej, trudno jest wyzbyć się ochoty do jej wspierania.

Dodaj swoją opinię
Autor:
Tytuł:
Treść:


kod z obrazka:

Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania z siedzibą w Rzeszowie
ul. Sucharskiego 2, 35-225 Rzeszów, fax: +48 17 866 12 22 e-mail: wsiz@wsiz.rzeszow.pl
Wszelkie Prawa Zastrzeżone, Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie © 2010