i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2008-09-23 09:52:53
Ale to jeszcze nie koniec dramatycznej diagnozy. Europa, jak twierdzi niemało filozofów, dziennikarzy i polityków, przestaje być sobą z zupełnie też innych powodów. Swobody, będące jak chcą jedni, dziedzictwem Oświecenia, albo – jak chcą drudzy – spuścizną chrześcijańsko-oświeceniową, zaczynają zanikać. Obrazoburcze dyskusje, obalanie starych tabu, ciągłe krytykowanie własnych fundamentów (o czym przypominał onegdaj Leszek Kołakowski, definiując kulturę Starego Kontynentu) już nie charakteryzują Europy. Coraz więcej Europejczyków dostrzega niebezpieczeństwo w idei zbytniej tolerancji, która ma jakoby zagrażać już im samym. Ralf Dahrendorf z troską przedstawia ów proces powolnego gnicia dawnych wartości, które jednak – dodajmy w tym miejscu – dla wielu przeciwników oświeceniowej wersji współczesnego świata, w żadnym razie wartościami nie są. Dahrendorf w jednym ze swoich mini-esejów, „Wrogowie oświecenia”, pisze: [...] Od fatwy nałożonej na Salmana Rushdiego za „Szatańskie wersety” po zabójstwo somalijskiej zakonnicy w odpowiedzi na wykład w Ratyzbonie papieża Benedykta i zdjęcie z berlińskiej sceny opery Mozarta „Idomeneo”, w której pokazuje się ścięte głowy religijnych przywódców, w tym Mahometa, widzimy, jak przemocą i groźbą broni się religijnych tabu. [...] Przemocy jako metody zwalczania niepożądanych poglądów nie możemy usprawiedliwiać ani akceptować. Ci, których zdaniem ginący dla sprawy zamachowcy wyrażają uzasadnione urazy, sami wyzbyli się swojej wolności. Autocenzura gorsza jest od cenzury, bo jest dobrowolną rezygnacją z wolności. Musimy bronić Salmana Rushdiego, duńskich karykaturzystów i reżyserów „Idomeneo”. Komu się nie podobają,, ma do dyspozycji całe instrumentarium debaty publicznej. Kto nie chce, może nie kupić książki, nie wysłuchać opery. Ponury byłby świat, w którym milczeć muszą ci wszyscy, którzy kogoś obrazili! W wielokulturowym społeczeństwie przestrzegającym zakazów wszystkich grup mało o czym da się porozmawiać.
Dahrendorf nie oskarża wprost wspólnoty muzułmańskiej w Europie. Nie posługuje się skrajnie emocjonalnym językiem Oriany Fallaci, która wręcz nazywa Stary Kontynent Euro-arabią, a więc miejscem, gdzie swoboda obyczajowa, wolność słowa i nieskrępowana debata, które kiedyś przyczyniły się do sukcesów politycznych, ekonomicznych i społecznych, są obecnie pod znakiem zapytania. Niechęć do krytyki zachowań nowego pokolenia imigrantów Fallaci nazywała otwarcie tchórzostwem, i akurat w tym przypadku Dahrendorf podziela jej opinię, tyle że w dużo bardziej wyważony sposób. Oczywiście oboje musieli sobie zdawać sprawę, że poza Europą „nie wszystko wolno”, a i w samej Europie jest nadal mnóstwo tabu (nie wyłączając najnowszych, post-modernistycznych, jak: równość absolutna obydwu płci czy orientacji seksualnych), rzecz jednakże w tym, że owe ograniczenia stopniowo i skutecznie współkształtują rodzące się autorytarne państwo post-oświeceniowe. Bo najpierw ograniczenia dotyczą „obrazy uczuć”, potem powoli dotykają sfery politycznej, później rozszerzają się jeszcze na literaturę, sztukę , by wreszcie objąć swym zasięgiem całą aktywność społeczną, czy nawet prywatną. I co w tym kontekście najważniejsze: nie chodzi tu bynajmniej o inicjatywę samego państwa, sugeruje niebezpośrednio Dahrendorf, ile o powszechną akceptację pewnego społecznego ideału „tolerancji i szacunku dla innego”, za którym kryje się po prostu chęć narzucania własnych poglądów pewnej grupy ludzi całej społeczności.
Jeszcze bardziej ponurą wizję, tym razem na przykładzie Francji, rysuje z kolei Alain Besançon. Muzułmanie francuscy stali się, jego zdaniem, częścią społeczeństwa, która faktycznie osłabia, by nie powiedzieć: destabilizuje całą delikatną konstrukcję państwa. Odpowiedzialność spada w równym stopniu na wszystkich: prawica faworyzowała imigrację w imię sukcesu ekonomicznego (czyli taniej siły roboczej), lewica posługiwała się kwestią równości praw i poczuciem winy za kolonializm, biskupi katoliccy sprzyjali przybyszom z powodów charytatywnych i w duchu dość specyficznie pojmowanego ekumenizmu. Organizacje żydowskie też były za, powołując się na antyrasizm oraz po to, jak to wyraził Jacques Attali, żeby Europa nie została „klubem chrześcijan”.
Besançon przypomina, że muzułmanie stanowią około 10% populacji, w wyborach głosują raczej na lewicę, inaczej niż imigranci z Polski i Wietnamu. [...] Są młodzi i silni. Mieszkają w strefach, w których nie działa powszechnie obowiązujące prawo i do których nie zagląda policja. Antyrasistowskie tabu sprawia, że nie rozpowszechnia się informacji dotyczących ich liczby, zachowań czy przestępczości. Nie mają zamiaru się zasymilować i nie są do tego zobowiązani przysięgą na wierność konstytucji, co jest regułą w Stanach Zjednoczonych. Religię praktykują z pewnością bardziej gorliwie niż katolicy. Zawieranie małżeństw mieszanych powoduje, że islam rozprzestrzenia się teraz w sposób mechaniczny. Ponieważ Kościół jest słaby, ludzie zmieniają wiarę z powodów czysto religijnych – z katolicyzmu na islam przeszło w ten sposób około 50 000 osób. Jest to stała prawidłowość historyczna: kiedy jakiś Kościół już dobrze nie wie, w co wierzy, pojawia się ryzyko, że stado zacznie podążać w kierunku islamu.[...] Po ludzku rzecz biorąc, nie wiadomo, jak można by zawrócić z tej drogi. Jest już za późno.
Spostrzeżenia Besançona idą w parze z informacjami na temat systematycznego usuwania wszelkich znaków obecności chrześcijaństwa w Anglii czy Francji. Szopki bożononarodzeniowe czy życzenia świąteczne postrzegane bywają przez zwolenników dość specyficznie rozumianego dialogu jako „zagrożenie dla świeckości państwa”, które powinno być z zasady neutralne światopoglądowo. Poza tym tego typu symbole pokazywane publicznie mają „oburzać obywateli muzułmańskich” (co akurat niekoniecznie jest prawdą). Ów przyjęty model wielokulturowego dyskursu, zdaniem Dahrendorfa, Fallaci czy Besançona, staje się tak naprawdę początkiem końca oświeceniowej Europy, podobno coraz bardziej zastraszonej, zdezorientowanej i niepewnej swej własnej tożsamości kulturowej. Obrona intelektualna jest nikła, bo przecież – jak sugeruje Bauman – rewolucja idei to śpiew przeszłości, bo niemal wszyscy czują się zniewoleni wszechogarniającym mitem globalnych rynków finansowych i skutecznością liberalnej gospodarki, bo wśród w-pełni-wykluczonych oraz pół-, i ćwierć-wykluczonych nie ma żadnej wiary w szansę zmian i prawdziwą transformację zatomizowanych społeczeństw. Moralność transakcyjna została niepisanym dogmatem, przed czym przestrzegał Soros, zaś idea społeczeństwa otwartego jedynie formalnym usprawiedliwieniem post-oświeceniowej Europy. Wizja jakiegoś totalnego kryzysu: społecznego, etycznego, politycznego i gospodarczego nawiedza pesymistycznych i zatroskanych o swą przyszłość Europejczyków.
Między „Gdzie popełniliśmy błąd?” a „Kto nam to zrobił?”
Wiele, wiele lat temu specjalny ambasador Świętego Cesarstwa Rzymskiego w Stambule, Ghiselin de Busbecq, wyrażał się niezwykle krytycznie o ówczesnej Europie. Wskazywał na jej powolny rozkład, na rozliczne słabości, wreszcie na brak właściwej samooceny. Stary Kontynent, kiedyś tak dumny ze swych osiągnięć, wyglądał na łatwy łup. Naprzeciw Europy stało bowiem Imperium Osmańskie, symbol potęgi islamu, które gotowe było głosić chwałę nowej wiary w każdym zakątku świata. Busbecq pisał: [Turcy] posiadają zasoby, które czynią ich potężnym imperium: nieporównywalną siłę, nawyk zwyciężania, wytrzymałość w ciężkich chwilach, jedność, dyscyplinę, wstrzemięźliwość i czujność. Po naszej stronie jest ogólna bieda, prywatny luksus, nadwątlona siła militarna, upadek ducha, brak wytrzymałości i ćwiczeń; żołnierze są niesubordynowani, oficerowie pazerni; panuje pogarda dla dyscypliny; szerzy się samowola, rozpusta i pijaństwo; a najgorsze, że wróg przyzwyczaił się do zwycięstw, a my do klęsk. Czy można mieć wątpliwości, co do wyniku wojny? Jedyna Persja działa na naszą korzyść, ponieważ wróg, kiedy spieszy do ataku, musi mieć baczenie na zagrożenie z tyłu. Ale Persja tylko opóźnia nasz los, nie może nas przed nim ustrzec. Kiedy Turcy poradzą sobie z Persją, skoczą nam do gardeł, wspomagani przez potęgę całego Wschodu; nie mam odwagi powiedzieć, jak bardzo jesteśmy nieprzygotowani!
Co ciekawe, podobne obawy wyrażano w Europie po wielekroć, i to całkiem niedawnymi czasy. Potężny Związek Sowiecki miał przecież obalić kruchą konstrukcję europejską, korzystając z pomocy swoich licznych fanów we Francji, Włoszech czy Grecji. Bardzo drażniąca dekadencja miała ostatecznie zostać pokonana przez bardzo twardą komunistyczną Realpolitik.
A przecież ambasador Busbecq się mylił. Imperium Osmańskie przegrało walkę z Europą, zaś odsiecz wiedeńska została wpisana na stałe do podręczników historii. Stopniowo Osmanowie tracili ziemię i władzę na rzecz państw europejskich, które wcale nie były tak słabe, zdemoralizowane i nieskłonne do walki, jak oceniali to ich przeciwnicy i krytycy. Imperium Osmańskie rozpadło się z hukiem, podobnie jak rozpadł się niezwyciężony Związek Sowiecki. Owa dekadencka od stuleci Europa trwa nadal. Jakaś wewnętrzna energia i moc ciągłych innowacji odzywała się raz po raz u Europejczyków, którzy potrafili zaskoczyć nawet samych siebie. Oczywiście zawsze istniało niebezpieczeństwo, że próby rozwiązywania problemów szły nie do końca w tę stronę, jakiej należałoby oczekiwać. Bernard Lewis poczynił kiedyś niezwykle trafne spostrzeżenie: W sytuacji, kiedy ludzie zaczynają zdawać sobie sprawę, że coś idzie nie do końca po ich myśli, mogą zadać sobie dwojakie pytanie: „Gdzie popełniliśmy błąd?” albo „Kto nam to zrobił?”. Drugie pytanie nawiązuje do teorii spiskowej i jest oznaką paranoi. Natomiast pierwsze pociąga za sobą zupełnie odmienny tok rozumowania: „W jaki sposób możemy temu zaradzić?”
Jak przypomina David Landes, w drugiej połowie XX wieku niemała część Ameryki Łacińskiej i niektóre kraje muzułmańskie wybrały teorię spiskową, skupiając się na mało twórczym zagadnieniu „kto nam to zrobił”. Podobnie postępowały Niemcy po I wojnie światowej, odwołując się do opowieści „o zdradzie” i „dyktacie Wersalu”, i podobnie postępuje też dzisiaj Rosja karmiąc się sformułowaniami, że „wbito nam nóż w plecy”, i że „wszystkiemu są winni obcoplemieńcy”. Z kolei w drugiej połowie XIX wieku i po II wojnie światowej Japonia zadała sobie dwukrotnie to samo pytanie: „w jaki sposób możemy temu zaradzić?”, i zbudowała potężne i sprawnie działające państwo, niemal wzorzec dla innych krajów szukających sposobów skutecznej modernizacji. Za nią podążyły Korea i Tajwan, a w kolejce ustawili się już następni. Słowem: historia udzieliła nam odpowiedzi na obydwa pytania. Problem naturalnie w tym, co wybierze ostatecznie Europa. I czy ów wybór będzie dotyczył także Polski.
*
Pensjonat ma podobno zostać poddany solidnej rekonstrukcji. Zarząd chce jednak, aby tym razem ekipę remontującą wybrano na zasadzie przetargu, którego wynik ma zostać poddany referendum. Udział zapowiedzieli wszyscy pensjonariusze. Dyskusje trwają. A ogród? Ogród jest ciągle piękny. I ogrodzenie coraz wyższe.






