Kategorie
Mecenas
Mecenasem serwisu jest Wyższa Szkoła Informatyki
i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Partnerzy
Sztuka eseju
WEBski świat: mądrość tłumów sieciowych, czy zbiorowe nieuctwo?
TAGI: Deser, Sztuka eseju,
Dodano: 2008-09-23 09:52:53
Dodano: 2008-09-23 09:52:53
AUTOR: Kazimierz Krzysztofek
Ratunku znikąd nie widać. Nowa ideologia wolnego rynku, globalizmu, bezwzględnej redukcji kosztów sprawiła, że nawet najbiedniejsi głosują na partie, które wcześniej czy później zabiorą im to, co jeszcze posiadają. Poza tym nowoczesna technologia przyczynia się do tego, że masowe zwolnienia są oznaką sukcesu i powodują nieustanną hossę na giełdzie. Symbolem nieustannej modernizacji stał się zatem termin downsizing – redukcja. Przedsiębiorstwo, które zwalnia, jest przecież racjonalne: redukuje koszty i zwiększa zyski. Radość udziałowców nie może być większa. Bauman powołuje się tutaj na dane Martina Wolfa, redaktora Financial Times, który ciekawie ilustruje związek między procesem redukcji zatrudnienia a postępem technologicznym. Otóż w latach 1970-1994 zatrudnienie w przemyśle spadło z 30% do 20% w Unii Europejskiej i z 28% do 16% w Stanach Zjednoczonych, podczas gdy produkcja przemysłowa wzrosła przeciętnie o 2,5% rocznie.
Demontaż państwa solidarności społecznej wygląda zatem na jak najbardziej uzasadniony. Firmy europejskie muszą być konkurencyjne, albowiem tuż za geograficznym rogiem rosną w siłę Chiny i Indie z jeszcze niższymi kosztami pracy, które oferują konsumentom coraz lepsze jakościowo towary po coraz niższych relatywnie cenach. Europejscy zwolennicy nieskrępowanej wymiany handlowej mają zatem nie lada dylemat: jak zachować siłę nabywczą konsumentów u siebie na kontynencie, pozbawiając ich pracy? Jak wciągnąć ich do wnętrza społeczeństwa, wyrzucając ich poza jego obręb? Argumenty, że rozrasta się sektor usług wydają się coraz słabsze. Płace są w nim groszowe, a praca niekoniecznie wymaga wielkich kwalifikacji (oczywiście z wyjątkiem naukowców i chirurgów plastycznych, bądź finansistów i prawników – tylko ilu z nich znajdzie fach w swojej dziedzinie?). Poza tym wszystko jest tutaj tymczasowe, rotacja ogromna, duch ekonomicznej bezosobowości jeszcze większy, a to z kolei nie sprzyja budowaniu silniejszych więzi społecznych, a więc ostatecznie: społeczeństwa obywatelskiego.
Kiedyś, sugeruje Bauman, istniały wielkie obietnice dotyczące przyszłości. Gdzieś w historii majaczyły się, zgoda że nierzadko utopijne, projekty oraz pomysły na rzecz sprawiedliwości, lepszego świata, i nadziei, że przynajmniej dzieciom będzie lepiej i godniej. Dzisiaj nie ma z tego już nic. Jest pogodzenie się z losem i konsumowanie wszystkiego, co zostało, a zostało przecież niemało. Tą ponurą wizję, ów świat nie tylko okrutny aksjologicznie, ale i beznadziejny intelektualnie, puentuje Adam Leszczyński: [...] książkę Baumana można odczytywać jako religijną opowieść o grzechu i upadku człowieka ubraną w język socjologii. Przesłanie nie różni się zbytnio od tego, co mówili w średniowieczu katarscy „doskonali” swoim współbraciom. Skoro nie jesteśmy zdolni do radykalnego zakwestionowania świata, w którym żyjemy, jego fetyszy i świętości, skazujemy się na pasmo niepewności i tortur, jakim jest życie w ponowoczesnym, konsumpcyjnym kapitalizmie. Wszelkie reformy są pozorne, bo w niczym nie zmieniają istoty systemu. Piekła nie da się zreformować. Można tylko podejmować daremne wysiłki, by obniżać temperaturę w piekielnych kotłach.
Wygląda zatem tak, jakbyśmy zabrnęli do jakiegoś ślepego zaułka, albo może do kolejnej wersji „Końca historii”, o którym wieszczył Francis Fukuyama. Spór o metodę zmiany świata, debata o jego przeznaczeniu, o istocie kryzysu intelektualnego i systemowego, który niby rak, trawi bezwzględnie społeczeństwo europejskie, wygląda na zakończony. Przed nami bezwzględna rzeczywistość: globalizacja konsumpcji, sposobów działania, życia, zachowania i – co najważniejsze – pozornie bezosobowych rynków finansowych. Nie ma obywatela, jest konsument; i coraz częściej, jak chce Bauman, konsument wybrakowany, czyli bez szans na rzeczywistą konsumpcję, za to pełen frustracji i bez nadziei na prawdziwą pomoc ze strony innych współkonsumentów.
Demontaż państwa solidarności społecznej wygląda zatem na jak najbardziej uzasadniony. Firmy europejskie muszą być konkurencyjne, albowiem tuż za geograficznym rogiem rosną w siłę Chiny i Indie z jeszcze niższymi kosztami pracy, które oferują konsumentom coraz lepsze jakościowo towary po coraz niższych relatywnie cenach. Europejscy zwolennicy nieskrępowanej wymiany handlowej mają zatem nie lada dylemat: jak zachować siłę nabywczą konsumentów u siebie na kontynencie, pozbawiając ich pracy? Jak wciągnąć ich do wnętrza społeczeństwa, wyrzucając ich poza jego obręb? Argumenty, że rozrasta się sektor usług wydają się coraz słabsze. Płace są w nim groszowe, a praca niekoniecznie wymaga wielkich kwalifikacji (oczywiście z wyjątkiem naukowców i chirurgów plastycznych, bądź finansistów i prawników – tylko ilu z nich znajdzie fach w swojej dziedzinie?). Poza tym wszystko jest tutaj tymczasowe, rotacja ogromna, duch ekonomicznej bezosobowości jeszcze większy, a to z kolei nie sprzyja budowaniu silniejszych więzi społecznych, a więc ostatecznie: społeczeństwa obywatelskiego.
Kiedyś, sugeruje Bauman, istniały wielkie obietnice dotyczące przyszłości. Gdzieś w historii majaczyły się, zgoda że nierzadko utopijne, projekty oraz pomysły na rzecz sprawiedliwości, lepszego świata, i nadziei, że przynajmniej dzieciom będzie lepiej i godniej. Dzisiaj nie ma z tego już nic. Jest pogodzenie się z losem i konsumowanie wszystkiego, co zostało, a zostało przecież niemało. Tą ponurą wizję, ów świat nie tylko okrutny aksjologicznie, ale i beznadziejny intelektualnie, puentuje Adam Leszczyński: [...] książkę Baumana można odczytywać jako religijną opowieść o grzechu i upadku człowieka ubraną w język socjologii. Przesłanie nie różni się zbytnio od tego, co mówili w średniowieczu katarscy „doskonali” swoim współbraciom. Skoro nie jesteśmy zdolni do radykalnego zakwestionowania świata, w którym żyjemy, jego fetyszy i świętości, skazujemy się na pasmo niepewności i tortur, jakim jest życie w ponowoczesnym, konsumpcyjnym kapitalizmie. Wszelkie reformy są pozorne, bo w niczym nie zmieniają istoty systemu. Piekła nie da się zreformować. Można tylko podejmować daremne wysiłki, by obniżać temperaturę w piekielnych kotłach.
Wygląda zatem tak, jakbyśmy zabrnęli do jakiegoś ślepego zaułka, albo może do kolejnej wersji „Końca historii”, o którym wieszczył Francis Fukuyama. Spór o metodę zmiany świata, debata o jego przeznaczeniu, o istocie kryzysu intelektualnego i systemowego, który niby rak, trawi bezwzględnie społeczeństwo europejskie, wygląda na zakończony. Przed nami bezwzględna rzeczywistość: globalizacja konsumpcji, sposobów działania, życia, zachowania i – co najważniejsze – pozornie bezosobowych rynków finansowych. Nie ma obywatela, jest konsument; i coraz częściej, jak chce Bauman, konsument wybrakowany, czyli bez szans na rzeczywistą konsumpcję, za to pełen frustracji i bez nadziei na prawdziwą pomoc ze strony innych współkonsumentów.
OPINIE
Polemika
Najczęściej czytane
Social Media






