i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-01-14 09:51:36

W Polsce działa około 450 szkół wyższych, w tym 130 publicznych i 320 niepublicznych (prywatnych). Studiuje w nich 2 miliony osób, 1,3 miliona w pierwszych i 700 tys. w drugich. Dane te są zaokrąglone i pochodzą z 2006 r., ale nie ma to specjalnego znaczenia dla moich uwag. Interesują mnie bowiem tendencje, a nie szczegóły. W każdym razie, szkoły prywatne (cały czas mam na myśli wyższe) stanowią istotny element polskiego krajobrazu edukacyjnego. Nie ma raczej wątpliwości, że jest to element trwały. Wprawdzie można oczekiwać, że ich ilość zmaleje z uwagi na prognozy demograficzne, a także mniej lub bardziej szybkie zakończenie boomu edukacyjnego, ale, nawet jeśli te prognozy sprawdzą się, większość istniejących obecnie uczelni prywatnych będzie nadal działała, co znaczy, iż opuszczą je setki tysięcy absolwentów. Odegrały one już zresztą wydatną rolę w podwyższeniu stopnia scholaryzacji i ilości osób z wyższym wykształceniem. Pomijając subtelności, w szczególności odróżnienie scholaryzacji brutto i netto, wzrosła ona trzykrotnie od 1990 r. do połowy pierwszej dekady XXI w., tj. z 12% do 36%, a liczba osób z wyższym wykształceniem z 7% do 11%. O ile scholaryzacja osiągnęła niezły poziom, to drugi wskaźnik jest dwukrotnie niższy od czołówki europejskiej. Nie ma też wątpliwości, że szkolnictwo prywatne będzie ważne dla zwiększenia czy też przynajmniej utrzymania tych wartości.
Z podanych wyżej powodów, a także innych, np. aktywizacji regionalnej, wszelka dyskusja o edukacji w Polsce nie może pominąć szkolnictwa prywatnego (nie tylko zresztą wyższego, ale innym nie zajmuję się tutaj). I rzeczywiście wiele dyskutuje się o nim. Poruszane są rozmaite tematy, jak jakość kształcenia, stosunek państwa do uczelni prywatnych czy koszty studiów. Wiele opinii jest krytycznych, a media donoszą też o rozmaitych nadużyciach czy nawet przekrętach, jak w Jarosławiu czy Łodzi. Prowadzony jest ranking szkół prywatnych, a sektor ten ma swoją ogólnopolską reprezentację; jest też kontrolowany przez rozmaite instancje w sposób coraz bardziej przypominający sprawdzanie uczelni publicznych. Niektóre szkoły prywatne są traktowane jako godne naśladowania, inne jako antywzory. Zdarzają się przypadki współorganizowania przez uczelnie niepubliczne ważnych imprez naukowych, jak np. VIII Polski Zjazd Filozoficzny, który odbył się w Warszawie w 2008 r. (w tym wypadku, chodzi o Szkołę Wyższą Psychologii Społecznej), a także wzrasta ich aktywność na forum międzynarodowym.
Jest jednak pewien problem, który w tych dyskusjach jest poruszany dość rzadko, mianowicie sprawa kadry naukowej, a jeśli już rozmawia się o tym, rzecz sprowadza się w gruncie rzeczy do kwestii wieloetatowości. MEN ogranicza się tylko do kontrolowania tego zjawiska w sposób biurokratyczny, głównie przez zakaz zajmowania więcej niż dwóch etatów, a także przez limitowanie uprawnień do prowadzenia studiów w zależności od liczby tzw. samodzielnych pracowników naukowych, tj. profesorów tytularnych i doktorów habilitowanych. To są jednak metody ściśle biurokratyczne, a nadto, nie skoordynowane ze sobą. Załóżmy, że osoba X pracuje w szkołach S i S’. Może jednak liczyć się tylko do dwóch limitów w jednej ze szkół lub po jednym w każdej z nich wziętej z osobna. Nie bardzo można jednak zrozumieć dlaczego, skoro legalnie pracuje w obu.
Stan faktyczny jest taki, że szkoły prywatne posiadają własną kadrę samodzielną w znikomym stopniu i z tego powodu korzystają z usług dydaktycznych drugoetatowców, pracujących w sektorze publicznym. Chociaż obecnie już nie ma formalnego podziału na podstawowe i inne miejsce pracy, ale jest on nadal zasadny z powodów innych. Powody dwuetatowości są rozmaite, materialne (drugi etat to dodatkowy zarobek), psychologiczne (uczelnie publiczne są bardziej prestiżowe) czy biorące się z tradycyjnie niewielkiej mobilności polskich naukowców. Nie należy oczekiwać, że one znikną. Akademicy są, podobnie jak inni, zainteresowani dochodami i pracą w prestiżowych miejscach, a to jakoś warunkuje mobilność. Niemniej jednak, sytuacja w Polsce jest patologiczna. W 2006 r. było w Polsce ponad 22 tys. profesorów tytularnych, blisko 40 tys. adiunktów i 15 tys. asystentów. Trudno oszacować, ilu adiunktów ma stopień doktora habilitowanego, ale można przypuszczać, że liczba pracowników z habilitacją jest mniej więcej podobna jak adiunktów bez niej. Znaczy to, że samodzielnej kadry naukowej będzie coraz więcej w porównaniu z niesamodzielną, zważywszy ograniczenia w zatrudnianiu nowych pracowników. Interesujące jest to, że profesorów i adiunktów razem wziętych było w 2006 r. więcej niż asystentów i doktorantów, odpowiednio 62 tys. i 46 tys. Dysproporcje raczej będą się pogłębiać niż niwelować. Byłoby rzeczą ciekawą zbadać, jak rozkłada się kadra w akademickim sektorze publicznym i niepublicznym, ale hipoteza jest prosta: jest skoncentrowana w tym pierwszym.
Model polskiej kariery naukowej jest taki, że każdy, kto zrobi habilitację, napisze monografię i wypromuje doktora może liczyć na tytuł profesora. Konkursy na stanowiska profesorskie są fikcją, a podobnie jest w przypadku adiunktów. I to właśnie powoduje tendencję do pracy na dwóch etatach ze wszystkimi tego konsekwencjami. Znam je, gdyż, co od razu wyznaję, aby nie sprawiać wrażenia, że moralizuję, chociaż sam jestem grzeszny, pracuję na więcej niż jednym etacie. Wprawdzie staram się, aby moja dydaktyka wyglądała wszędzie tak samo, ale tak, być nie może, skoro dojeżdżam raz na dwa tygodnie do drugiego miejsca pracy. Nie mam w nim młodszych współpracowników. Ponieważ nie jestem wyjątkiem, w tym drugim miejscu nie powstają zespoły naukowe, a badania napotykają na naturalne ograniczenia. Akurat jest tak, że publikuję sporo i mogę obdzielić swymi artykułami więcej niż jedną uczelnię. Myślę jednak, że jestem wyjątkiem w tym względzie.
Uważam, że model kariery naukowej trzeba koniecznie zmienić. Na początek wypada wprowadzić kwoty profesorów. To zmusi innych kandydatów do starania się o stanowiska profesorskie w innych miejscach, w tym w uczelniach prywatnych. To trudna i zapewne bolesna operacja, ale niezbędna, m. in. dlatego, że zlikwiduje fikcyjne konkursy i wprowadzi rzeczywistą konkurencję. Jeśli zostanie zrealizowana, presja na dwuetatowość zniknie, tym bardziej, że ograniczenie liczby „bogatych” natychmiast zwolni środki na zwiększenie płac. Wszelako najważniejszy skutek będzie ten, że kadra będzie rozłożona bardziej równomiernie i to w całej hierarchicznej strukturze. Uczelnia bez własnych profesorów nie może prowadzić normalnych badań naukowych ani w pełni normalnej dydaktyki. Droga we wskazanym wyżej kierunku będzie, o ile zostanie w ogóle rozpoczęta, długa i żmudna. Trzeba jednak pamiętać, że bez zmiany polityki kadrowej większość uczelni prywatnych będzie kulawa.






