Trzeba czerpać z zasobów własnego języka
TAGI: Kuchnia intelektualna, Społeczeństwo,
Dodano: 2009-11-19 10:01:18
Wieczorem 11 listopada TVN 24 nadała kolejny odcinek „Gdańskiego Aeropagu” chyba najmądrzejszej audycji w polskich telewizjach. Tym razem było to spotkanie z brytyjskim historykiem z Oxfordu, znawcą Europy środkowo-wschodniej, którym jest niewątpliwie Tymothy Garton Ash. Bohater audycji mówił względnie poprawną polszczyzną, pomijając błędy gramatyczne i nienajlepszy akcent. Wygłosił wstęp, a następnie odpowiadał na pytania raczej nieznanych osób, dobranych chyba celowo, którzy zadawali proste i grzeczne pytania. Słuchając tej audycji porównywałem ją z poprzednim wydaniem „Aeropagu”, w którym udział wzięli m.in. Ewa Łętowska i Wiktor Osiatyński, Henryk Samsonowicz, a dyskusja iskrzyła się olśniewającymi błyskami intelektu. Dlaczego ta dyskusja miała całą paletę barw, a spotkanie z brytyjskim gościem było bezbarwne, płaskie? Tak się stało za sprawą języka.
Gdyby Tymothy Garton Ash mówił po angielsku i miał bardzo dobrego tłumacza odbiór może byłby inny. Ash mówi nieźle po polsku, ale językiem prostym, utylitarnym bez metafor, skojarzeń, odnośników literackich, bez niuansów, ktore używać mogą jedynie osoby mówiące matczynym językiem.
Tak jak Ash, mówi w obcych językach większość polskich humanistów, socjologów, historyków, a także psychologów, jeżeli nie posługuje się matematycznymi modelami, równaniami regresji itd. Kiedy więc referujemy nasze prace za granicą w obcych językach, a najczęściej po angielsku to nasz język jest prymitywny i bardzo mu daleko, używając metafory, do języka Wiliama Szekspira. Mówię nieźle po francusku, ale ile razy występowałem w tym języku to byłem bardzo daleki od mowy Racina i Moliera. Angielski ma jeszcze to do siebie, że w wydaniu międzynarodowym jest skrajnie uproszczony, bo tak ma. Po angielsku można się doskonale porozumieć znając ok. 1000 słów co jest niemożliwe w wielu innych językach.
Słuchając Tymothy Garton Asha jeszcze raz uzmysłowiłem sobie, że głośno propagowany postulat pisania prac przez polskich humanistów po angielsku, jest bez sensu. Chyba, że nad oryginalną polską wersją tych tekstów pochylą się genialni tłumacze. Tacy jak ci, którzy przekładają poezję pracując nieraz nad krótkim wierszem kilka miesięcy. Postulat ten byłby jednak nieracjonalny i merytorycznie nietrafny, ponieważ wiersz nie jest przekładany z języka na język literalnie, ale niejako pisany na nowo.
Ash, który nie bardzo mógł wyrazić tego co chciał, wypadł blado i tak zapewne wypada większość polskich uczonych mówiących za granicą po angielsku i to nie z braku wiedzy i błysku intelektu, ale z powodu bariery językowej. Bronisław Łagowski, jeden z najmądrzejszych w Polsce komentatorów rzeczywistości pisze w „Przeglądzie” z 8 listopada 2009 r.: W dzisiejszym świecie - mówił kiedyś Bronisław Geremek - angielski jest językiem techniki (i nauk ścisłych), językiem kultury pozostają języki narodowe. Wypieranie języków narodowych z humanistyki i zastępowanie ich angielskim byłoby czymś gorszym niż nawrót do średniowiecza, bo angielski nie niesie ze sobą tak wyraźnego wzoru myślenia, jaki jest zawarty w łacinie. Międzynarodowy angielski, który trzeba odróżniać od angielszczyzny narodowej - brytyjskiej czy północno - amerykańskiej prowadzi do myślenia uproszczonego, co z pewnością nie powinno być misją nauk humanistycznych. Uprzywilejowanie języka angielskiego w systemie ocen akademickich jest wielkim głupstwem - konkluduje Łagowski.
To głupstwo niestety szerzy się niczym wirus AH1N1 i tak np. w jednej z uczelni wprowadza się aneksy do umowy o pracę, w której jest wymóg zdobycia w danym czasie określonej liczby punktów, które Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego przydziela za różne publikacje. Pomysł ten przypomina mi znane z PRL praktyki ustalania norm w instytutach naukowych, w których pracownicy byli zobowiązani np. do opracowania określonej liczby wynalazków. Moi mistrzowie uczyli mnie, i niech już tak zostanie, że nauka jest twórczością, a tworzyć nie można przecież pod przymusem. A takim przymusem jest ustalanie w umowie o pracę ile i jakie publikacje trzeba opublikować w określonym czasie.
Przy ocenie pracowników naukowych najwyżej punktowane są prace drukowane za granicą w języku angielskim i które znajdują się na liście JCR. O liście, tej zwanej dawniej „filadelfijską” pisałem przed kilku miesiącami na „Bistro” i w prywatnej korespondencji. Uważałem wtedy i coraz bardziej jestem pewien obecnie, że „parcie” na listę JCR nie tylko nie podnosi poziomu polskich nauk społecznych i szerzej humanistyki, ale jest dla jej rozwoju po prostu szkodliwe, a w dłuższym okresie stosowania preferencji dla publikacji w języku angielskim oznaczać będzie zmierzch polskiej humanistyki, która musi czerpać z zasobów języka, będącego niezbywalnym elementem kultury każdej zbiorowości.
lblad - język narodowy w humanistyce
2009-11-19 12:48:28
Bardzo interesujące spostrzeżenia Profesora Jałowieckiego nasunęły mi pytanie, czy nie warto by stworzyć instytucjonalnych rozwiązań umożliwiających tłumaczenia dorobku naukowego polskiej humanistyki z wykorzystaniem całego bogactwa języków, na które prace byłyby przekładane.
Nie mam tu na myśli swoistego biura tłumaczeń a raczej mechanizm, instytucję, która promując określone prace, zwracałaby na nie uwagę zagranicznych (choć nie tylko) wydawnictw i współpracujących z nimi tłumaczy. Obawiam się tylko, czy taka inicjatywa nie natrafiłaby na bariery podobne tym, które udział polskich woluminów w obiegu elektronicznym czynią (w porównaniu z innymi europejskimi krajami) znikomym.
Anna Siewierska-Chmaj -
2009-11-20 12:22:33
Podobnie, jak profesora Jałowieckiego, rozczarowała mnie rozmowa z Timothy Gartonem Ashem, wyciągnęłam jednak, jak się okazuje, błędne wnioski. Uznałam po prostu, że T.G. Ash jest bardzo kiepskim mówcą, co często idzie w parze z posiadaniem świetnego pióra. Myślę jednak, że profesor Jałowiecki ma rację - problem tkwi w barierze językowej, której przekroczenie nie jest tak proste, jak zwyklo się ostatnio sądzić.
Od młodych pracowników naukowych wymaga się obecnie władania jak największą ilością języków obcych i publikowaniem w tychże językach, co jest o tyle korzystne dla uczelni, że niemal każda zagraniczna publikacja jest wyżej punktowana, niż nawet najlepsza w języku polskim. Coraz rzadziej słychać dyskusje nad merytoryczną zawartością publikowanych prac, coraz częściej zaś premiuje się ilość publikacji i miejsce wydania. Dochodzi zatem do takich precederów, że ten sam artykuł pojawia się w kilku, czy wręcz kilkunastu (!) czasopismach, w różnych językach a autor nie odpowiada za plagiat, ale chodzi w glorii chwały. Można odnieśc wrażenie, że "wyścig szczurów" nie ominął także środowiska naukowego.
zsawicka - Język jest matką, a nie służebnicą myśli (Karl Kraus)
2009-11-23 11:27:13
To, że język ma moc kreacyjną udowodniła już dawno historia. Może część z nas sobie tego nie uświadamia, ale to, co nie istnieje w naszym języku, nie istnieje też w naszej świadomości. Postrzegamy świat przez pryzmat języka. Francuz, Polak, Niemiec, będą patrzeć na to samo, a każdy z nich zobaczy coś innego. Zjawisko to nosi nazwę językowego obrazu świata.
Zastanówmy się choćby nad takim słowem jak lew. Dla Polaka nie ma wątpliwości, lew jaki jest, każdy widzi. Arab natomiast w swym języku ma około 150 określeń na to szlachetne zwierzę. Oczywiście różnica ta wynika z kultury i tradycji. Lew na pustyni odgrywał dość znacząca rolę. Tak doniosły fakt wymagał odpowiedniej werbalizacji.
Różnica w postrzeganiu rzeczywistości przejawia się nie tylko na poziomie słownictwa. Zaobserwować ją można także w systemie gramatycznym. Użytkownicy języka polskiego nie przywiązują specjalnej uwagi do zagadnienia określoności. Jeśli widziałam psa, nie muszę rozstrzygać czy był to określony, znajomy pies, czy po prostu zupełnie obce mi zwierzę. Dla Anglika, Francuza, Niemca to zdarzenie będzie miało zupełnie inne znaczenie. Ich języki wymagają określenia psa, bo taka jest ich struktura gramatyczna. Nie ma więc wątpliwości, że moja rzeczywistość i rzeczywistość np. Anglika, wyglądają inaczej.
Kompetencja językowa do pełnego porozumienia się, niestety, nie wystarczy. Potrzebna nam jest jeszcze kompetencja komunikacyjna. Musimy znać kulturę, której nośnikiem jest dany język, by być pewnym, że zostaniemy zrozumiani, zgodnie z naszymi oczekiwaniami.
Ten rozbudowany nieco wstęp jest odpowiedzią na tekst prof. Bohdana Jałowieckiego. Trudno się z nim nie zgodzić, że angielskie prace polskich humanistów mogą pozostawiać wiele do życzenia. Dzieje się tak z przyczyn, które wymieniłam powyżej. Polski humanista nie myśli po angielsku i trudno tego od niego wymagać. Nie zgodzę się jednak z profesorem, że publikacje artykułów w języku Szekspira są bez sensu. Owszem, można się zastanawiać, dlaczego są one wyżej punktowane na liście ministerstwa i dlaczego jest przymus takich publikacji (może niestety część pracowników naukowych bez przymusu nie sięgnęłaby po pióro), ale jednak takie publikacje są potrzebne. Nauki humanistyczne to, jak niegdyś zaklasyfikował je Wilhelm Dilthey, nauki o duchu. W dzisiejszym świecie, kiedy wszystko jest takie samo, o tego ducha trzeba szczególnie dbać.
Oczywiście piszmy po polsku, rozwijajmy nasz język i kulturę, ale nie róbmy tego tylko dla siebie. Podzielmy się naszym bogactwem z innymi. Jak? Jeśli nie da się inaczej to nawet po angielsku. Język jest matką, a nie służebnicą myśli. Inni użytkownicy kultury z pewnością mają świadomość, że duch polski wyrażony po angielsku, będzie miał nieco zniekształconą formę, ale tego ducha choć trochę poznają. Podstawą dla rozwoju nauki jest przecież wymiana doświadczeń. Trudno się zamykać w dzisiejszym otwartym na wszystko świecie. Twórzmy po polsku, ale dzielmy się tą twórczością po angielsku. I może zamiast narzekać na niedoskonałości tłumaczeń, warto spróbować samemu nabrać biegłości w języku (nie) obcym?
Monika Struck -
2009-11-25 10:03:36
Pamiętam z czasów studiów jednego wykładowcę, który stwierdził, że to co go najbardziej denerwuje w uczeniu się języka obcego to fakt, że nie potrafi w nim wyrazić wszystkiego co chce, wszystkich subtelnych różnic i niuansów. To prawda – niewiele jest osób, które używając języka obcego, nie czują takiego „niedosytu”. Jednak czy takie sytuacje nie zdarzają się nam też w języku ojczystym?
Zgadzam się z p. Zofią – język kreuje w pewnym stopniu obraz świata (choć jest też odwrotnie - to świat zmienia język). Można by się więc spodziewać, że używanie „uproszczonego angielskiego” zaowocuje uproszczonym myśleniem. Jednak większość osób słabo znających język obcy myśli w swym ojczystym języku, a dopiero potem myśli te próbuje przełożyć na język obcy. Można też spojrzeć na problem z innej strony – może sztuką jest, by w miarę prosty sposób mówić o rzeczach ważnych skomplikowanych? Amerykański i brytyjscy autorzy, mimo, iż barierą nie jest dla nich język, często piszą w sposób zaskakująco prosty, popularnonaukowy.
Można się buntować przeciwko wszechobecnej dominacji języka angielskiego, obrazić się i nie publikować w innym niż ojczysty języku. Niestety jednak, nawet jeśli język angielski idealnym narzędziem komunikacji na szczeblu międzynarodowym nie jest, niewątpliwą jego zaletą jest to, że jest i dzięki niemu możliwa jest wymiana informacji między środowiskami naukowymi w różnych krajach. Może więc po prostu, by nie wypaść „blado” więcej uwagi powinniśmy poświecić nauce języków obcych? Moja koleżanka robiąca doktorat w Holandii ma obowiązkowe zajęcia z „akademickiego angielskiego” – pod kątem publikacji właśnie. W Polsce wymóg znajomości języka obcego przez pracowników naukowych to wciąż pobożne życzenie – a egzaminy doktorskie z j. obcego to często fikcja.
Olga Galińska -
2009-12-12 22:36:21
Obecnie około miliard ludzi może korzystać we własnym zakresie z bogatych zbiorów światowej kultury gromadzonej w języku angielskim. Jednakże postulaty wydawania prac naukowych i prowadzenia badań wyłącznie w tym języku są w moim odczuciu irracjonalne.
Z jednej strony rację mają zwolennicy publikacji w języku angielskim. Praca taka dociera do szerszego grona odbiorców. Z drugiej jednak strony słuszność mają ludzie, dla których wszechobecność języka angielskiego jest ewidentnym przykładem zatracania się lokalnych tradycji i tożsamości narodowych, których elementem jest język ojczysty.
Moim zdaniem, na problem publikacji naukowych w języku angielskim i faworyzowania tych wydawanych właśnie w nim w stosunku do wydań w języku ojczystym, trzeba spojrzeć jeszcze z innej strony. Oczywistym jest, że wydanie angielskie to większe możliwości dla autora i osób, które mogą z tej wiedzy skorzystać. Jednakże w dobie komercjalizacji świata nauki zapomina się o „zwykłych” ludziach, przeciętnych Polakach, którzy bardzo często angielskiego nie znają. Wystarczy spojrzeć na najbliższe otoczenie, znajomych. Wielu z nich, także bliskich mi osób, nie zna tego języka lub zna go na bardzo podstawowym poziomie. Te osoby również mają zainteresowania, są żądni wiedzy. Dlaczego to prawo ktoś chce im odebrać? Dlaczego mają być dyskryminowani ze względu na umiejętność posługiwania się wyłącznie językiem ojczystym? Czy to, że nie znają angielskiego świadczy o niskim poziomie ich wiedzy? Czy w dzisiejszych czasach, nastawionych na zysk, jest jeszcze miejsce dla takich osób?
Małgorzata Florczyk -
2009-12-17 12:26:20
Przyjrzyjmy się więc sytuacji gdy po kilkunastu latach, kiedy dziecko zdążyło już opanować wymowę, przeczytało przynajmniej kilkanaście książek w języku polskim i było uczone innych przedmiotów za pośrednictwem tego języka (co jest uważane za najlepszy sposób, aby opanować mowę) trafia do szkoły średniej i nie potrafi napisać dobrego wypracowania.
Język jest błędny, płytki i nie oddaje myśli. Jak więc możemy oczekiwać, aby nasze wypowiedzi w języku obcym oddawały to czego większość ludzi nie potrafi osiągnąć w języku ojczystym?
Z drugiej strony, skoro angielski staje się językiem międzynarodowym to znaczy, że jest językiem obcym dla większości jego odbiorców. Dlatego też, nie możemy go oceniać na równi z językami narodowymi. Skoro język angielski w wersji międzynarodowej jest prymitywny, uproszczony i ogranicza się do ok. 1000 słów, to znaczy, że zdecydowana większość użytkowników, którzy nie są „native speakerami” zrozumie jedynie te 1000 słów.
Nie można porównywać wypowiedzi pana Asha w polskiej telewizji, dla Polaków z pracami pisanymi w języku międzynarodowym dla różnych odbiorców. My jako rodowici użytkownicy języka polskiego odczuliśmy brak metafor czy skojarzeń, ale nie uważam, że tak samo sądzi osoba, dla której język polski jest językiem drugim bądź obcym.
Pisanie prac przez polskich humanistów w języku angielskim, nigdy nie dorówna referatom po polsku. Ale skoro ten właśnie język stał się międzynarodowym, to należy go używać do propagowania polskości.
Kamil Kosiba - Polacy nie gęsi
2009-12-22 12:05:37
Łatwo dostrzec, że posługiwanie się przez humanistów językiem narodowym także za granicą wydaje się być jedynym rozwiązaniem. Jałowiecki ostrzega, że pisanie prac humanistycznych w języku angielskim na pewno nie przyczyni się do rozwoju polskiej myśli humanistycznej, a raczej jej zaszkodzi. Oby nie doszło do momentu, w którym słynne Kali jeść, Kali pić będzie wymawiane na porządku dziennym.