i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-07-01 11:32:07

Zadaniem, jakie sobie postawiłem w tym tekście jest przeanalizowanie roli mediów w relacjonowaniu pewnych szczególnie bolesnych dla całego społeczeństwa wydarzeń. Nie ukrywam, że impulsem powstania tego tekstu były wydarzenia, jakie nastąpiły po tragicznym wypadku samolotu z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie oraz rola mediów w relacjonowaniu wszystkiego, co się zdarzyło potem. A stały się rzeczy zadziwiające: przede wszystkim byliśmy świadkami wybuchu niespotykanego wcześniej na taką skalę żalu, okazywanego bólu po stracie prezydenta. Bowiem Lech Kaczyński, chociaż razem z nim zginęło jeszcze kilkudziesięciu wysokich urzędników, działaczy społecznych i politycznych oraz prawie cała czołówka polskiej generalicji, wyrósł na męczennika i symbol smoleńskiej tragedii. Nastąpiła niespodziewana i wcześniej przez nikogo nieprzewidywana całościowa zmiana wizerunku tego najwybitniejszego polityka opcji konserwatywno-narodowej w Polsce. Ulice i miejsca publiczne opanowali zwolennicy Kaczyńskiego i żałobnicy. Prawie we wszystkich gazetach i czasopismach ukazały się pochlebne teksty o samym prezydencie i jego żonie Marii Kaczyńskiej. Tej zmiany nie sposób tłumaczyć tylko działaniem normy mówiącej, że o zmarłych mówi się tylko dobrze albo nie mówi się w ogóle. I z tym się wszyscy zgadzają. Jednak panuje spór, co do przyczyn i następstw tej zmiany. Prawicowi i konserwatywno-narodowi publicyści twierdzą, że owa tragedia na tyle wstrząsnęła polską świadomością, iż pozwoliła ujrzeć prezydenta takim, jakim on faktycznie był, a nie takim jak go pokazywały liberalne media koncentrujące się na jego językowych pomyłkach i dyplomatycznych gafach, a ignorujące jego cel, któremu był całe życie wierny: zagwarantowanie suwerenności państwowej i narodowej tożsamości. I w tej moralnej odnowie upatrują oznakę „republikańskiego odrodzenia”. Taką tezę stawiają redaktorzy i autorzy pisma „Rzeczy Wspólne” w numerze 1/2010 oraz twórcy dokumentalnego filmu „Solidarni 2010” o zebranym przed pałacem prezydenckim tłumie. Z kolei liberalni politycy (np. Jan Rokita) i publicyści (np. Stefan Chwin) uważają, iż ów przewrót w świadomości polskiego społeczeństwa jest dowodem trwałości romantycznych wzorów w kulturze polskiej. Romantyzm jak wiadomo przykładał wagę do gestu, emocje przedkładał nad rozsądek a naród ponad jednostkę. Prezydent Kaczyński, który zwykł w oficjalnych wystąpieniach przyjmować patetyczny i podniosły ton, z chwilą swojej spektakularnej śmierci doskonale wpasował się w schemat romantycznego, tragicznego bohatera. Niczym Ordon z „Reduty Ordona” lub Wołodyjowski z „Ogniem i Mieczem” Lech Kaczyński stał się jeszcze jednym męczennikiem polskiej sprawy, godnym by spocząć w Katedrze Wawelskiej.
Moim zdaniem zarówno koncepcja „romantyczna” jak i teza o „otrzeźwieniu” popełniają ten sam błąd: polonocentryzmu. Uznają zachowania ulicy i mediów na tragedię smoleńską jako jeszcze jeden dowód na polską specyfikę i oryginalność. A przecież tak nie jest. W każdym społeczeństwie i na każdym kontynencie od czasu do czasu zdarzają się wybuchy powszechnej i wszechobejmującej radości lub smutku jednoczący wszystkich; władzę i społeczeństwo; redaktorów mediów i ich widownię, czytelników i słuchaczy. To są wydarzenia o charakterze sportowym, politycznym bądź moralnym. Wszak wszyscy widzieliśmy tańczący i świętujące zwycięstwo sportowe tłumy. Większość z nas z sympatią i z nadzieją śledziła ukraińskie masy demonstrujące na kijowskim majdanie. I chyba każdy z nas pamięta tę wspólnotę żalu po śmierci papieża Polaka. Właśnie takie wydarzenia amerykańsko-izraelscy socjologowie mediów, Daniel Dayan i Elihu Katz, nazywają „media events” (Dayan i Katz 1992) – co tłumaczę jako „wydarzenia medialne”.
Dayan i Katz twierdzą, iż owe wydarzenia mają własną specyfikę i wewnętrzną strukturę oraz każde z nich wywiera jakiś wpływ na świadomość zbiorową i jednostkową. Ich znaczenie wynika najsamprzód z ich wyjątkowości i niecodzienności. W mediach są przedstawiane jako wydarzenia o znaczeniu epokowym. Główne stacje radiowe i kanały telewizyjne prowadzą nieprzerwaną relację „on live”. Największe gazety poświęcają im pierwsze strony lub nawet całe numery, na wystawach w księgarniach dominują książki poświęcone tej tematyce. W tych chwilach pamięć zbiorowa łączy się pamięcią jednostkową, a losy indywidualne z historią zbiorową. Zwykli ludzie często owe wydarzenia traktują jako punkty odniesienia pamięci i wspominając swoje życie pytając się wzajemnie na przykład: Co robiłeś tego dnia, gdy umarł Papież albo: Gdzie zastała Cię wiadomość o śmierci Papieża?
Dayan i Katz uważają, iż owe medialne wydarzenia są niezwykle ważne dla tworzenia i podtrzymywania świadomości narodowej. Naród nie jest częścią przyrody i natury, to twór świadomości i element kultury, to – według określenia Benedicta Andersona – „wspólnota wyobrażona” (Anderson 1997). I dlatego wymaga stałych i ciągłych starań jego reprodukcji. Media pozwalają społeczeństwu na przejrzenie się sobie, na identyfikację z przedstawianymi obrazami. Tym sposobem indywidualna tożsamość łączy się z zbiorową tożsamością i utrwalana jest ciągłość narodowej kultury.
Amerykańsko-izraelscy socjologowie wskazują jeszcze na inne cechy wydarzeń medialnych potwierdzające ich tezę. We wszystkich zgromadzeniach widoczne są flagi i inne symbole narodowe, a same uroczystości rozpoczynają się hymnem. Ale nie są to zwykłe sztywne i formalne uroczystości państwowe. Są one organizowane przez powstałe spontanicznie społeczne gremia formalnie niezależne od władzy państwowej i mediów. Wszędzie można dostrzec poświęcenie i autentyczność przeżywania zarówno u organizatorów jak i zwykłych uczestników. Ponadto wydarzenia medialne wyrażają wspólnotowe i ogólnonarodowe wartości. Nie są to bynajmniej akcje w obronie jakiejś grupy czy wymierzone w interes innej grupy. Słynny festiwal w Woodstock w 1969 r., chociaż miał wymiar ogólnokrajowy i był miejscem spotkania setek tysięcy młodych ludzi, to jednak nie stał się wydarzeniem medialnym. Nie zainteresowała się nim żadna poważna stacja telewizyjna, żadna wielka gazeta nie poświęciła mu całego numeru. Był rozpowszechniany nie w telewizji, lecz w kinach. Dlaczego? Ponieważ uczestnicy reprezentowali jedną tylko kategorię społeczną. Woodstock był manifestacją wartości nowego, młodego pokolenia, lecz nie całego społeczeństwa. Wydarzenie medialne, nawet jeśli w swojej formule mają zapisaną rywalizację tak jak to jest w przypadku wydarzeń sportowych albo wyborów, zawsze głoszą wartości łączące cały naród.
Owe ogólnospołeczne nastawienie wyraża się również w stosunkach uczestników do siebie samych. W pamięci uczestników owych medialnych zdarzeń pozostało doświadczenie czułości i serdeczności, jakie ich w owych dniach łączyło, potęgując tylko przeświadczenia doznania swego rodzaju cudu. Uczestnicy wychodzą z tych spotkań jak gdyby odmienieni. Połączeni w pragnieniu uczynienia dobra, zmiany stosunków międzyludzkich na bardziej humanistyczne. Wiele mówi następujące spostrzeżenie jednego z uczestników obrzędów pogrzebowych prezydenta Johna F. Kennedy’ego i papieża Jana XII Mieliśmy tutaj tragedię i wzniosłość. O prawdziwie olimpijskim rozmiarze. Obejmującym cały świat. Przekraczającym różnice wiary, koloru skóry czy ideologii… Coś co dotknęło młodych i ludzi w innym wieku. Coś co wywołało prawdziwie głębokie prymitywne instynkty… Chociaż można mieć wątpliwość w stosunku do prawdziwości ich wizerunków. Z pewnością wokół skali wpływów Kennedy’ego narosło wiele mitów, to jednak nie da się zaprzeczyć temu, że pozostawili oni po sobie głęboki ślad i trudno temu zaprzeczyć. Cynik mógłby powiedzieć, że reakcja mas na śmierć, to po prostu emocjonalna impreza, wybuch emocji, weekend patosów i szlochów praktycznie nie znaczy nic. Wolę jednak myśleć o tym jak o prymitywnej komunikacji, prymitywnej przyjaźni, prymitywnym odczuciu. Każdy z nas tego zakosztował i coś z tego pozostało. Oczywiście, na codzienne sprawy to nie wywrze wielkiego wpływu. Każdy pójdzie dalej swoją drogą tak jak wcześniej. Jednak czy pozostaniemy wewnątrz tacy sami jak przed owymi wydarzeniami? (Cyt. za Dayan i Katz 1992, s. 29).
Wydaje się, że wykazałem, iż wybuchy żalu i tłumy żałobników zdarzały się wcześniej i owe wydarzenia nie są czymś niezwykłym. Czy jednak za polską specyfikę nie można uznać radykalną zmianę wizerunku prezydenta i oceny prezydentury Lecha Kaczyńskiego? Odpowiedzmy na to pytanie analizując inny rytuał pogrzebowy i to, co w jego następstwie się zdarzyło. Wybrałem pogrzeb księżny Diany Spencer, ponieważ – moim zdaniem – historia jej medialnego wizerunku i jego społecznego odbioru w dużym stopniu przypomina to, co się stało z społecznym obrazem prezydenta Kaczyńskiego.
Gdy 31 sierpnia 1997 r. mercedes wiozący Lady Dianę i jej przyjaciela playboya i miliardera Dodi Al-Fayeda uderzył w słup w tunelu pod mostem de l'Alma we Francji, mało kto zdawał sobie sprawę ze skali histerii jaką rozpęta to wydarzenie. Księżna Diana Spencer była w owym czasie osobą prywatną. Pięć lat wcześniej premier Wielkiej Brytanii John Major ogłosił jej rozwód z księciem Karolem, synem Brytyjskiej Królowej i jej naturalnym następcą. Samo małżeństwo zawarte z rozsądku, bez miłości, od początku było nieudane, przede wszystkim dlatego, iż obie strony przystępowały doń z zupełnie innymi nastawieniami. Dwór królewski spodziewał się, że ta niezbyt urodziwa i zgrabna, trochę zakompleksiona i mało inteligentna (pomimo prób nie była w stanie zaliczyć testów uprawniających do podjęcia studiów wyższych) dziewczyna nie będzie sprawiała takich kłopotów jak osobista wybranka księcia Karola, Camilla (później znana jako Camilla Parker-Bowles), którą prasa bulwarowa oskarżyła o skłonność do romansów, i będzie posłusznie wypełniać swoje obowiązki, do których należy uczestniczenie w różnego rodzaju ceremoniach i rodzenie następców tronu. Jednak Diana w małżeństwie dojrzała i nie zamierzała pozostawać w cieniu swojego małżonka. Rozpoczęła intensywną działalność towarzyską, charytatywną i społeczną, a na chłód księcia Karola odpowiedziała rzucając się w wir coraz to nowych romansów. Podążyła tym sposobem śladem swojej matki, która również porzuciła swego arystokratycznego męża by związać się z innym mężczyzną, Największy rozgłos księżnej Dianie przyniosło zaangażowanie w sprawę zakazu stosowaniu min przeciwpiechotnych. Wywołało to wściekłość kół wojskowych, dla których miny przeciwpiechotne stanowiły istotną broń defensywną, zapewniającą bezpieczeństwo żołnierzom na misjach. Lecz to tylko wzmogło jej popularność. Wkrótce stała się ulubienicą mediów bulwarowych. Lecz aż do momentu je śmierci poważne media ją ignorowały.
Jak tylko tragiczna wieść dotarła do Zjednoczonego Królestwa natychmiast elektroniczne media zmieniły program, a redaktorzy gazet opóźnili ich wydanie, aby je uzupełnić o ową tragiczną informację. Początkowo rząd i Dwór zamierzały potraktować śmierć Diany jako sprawę prywatną, lecz wybuch spontanicznego gniewu ulicy zmusił je do ogłoszenia narodowej żałoby. Sygnał do zmiany nastawienia wobec księżny Diany dał premier, który nazwał ją „księżną całego narodu” (po rozwodzie Diana straciła prawo do posługiwania się tytułem księżna Walii). Media ten termin podchwyciły, lecz większą popularność zdobyło inne pojęcie „Diana księżna ludzkich serc”. Lecz chyba wszystkich przebił Simon Critchley, jeden z najwybitniejszych współczesnych filozofów i publicystów, który oświadczył, że śmierć księżny Diany była być może najważniejszym wydarzeniem w całej historii. (Cyt. za Kear i Steinberg 2002, s. 2). A dalsze wydarzenia bardzo przypominały to, czego byliśmy świadkami w Warszawie.
Po pierwsze masowość i powszechność uczestnictwa w obrzędach pogrzebowych. Szacuje się, że zgromadzony na ulicach Londynu tłum obserwujący kondukt żałoby liczył ponad milion ludzi. Znacznie większa ilość osób zasiadła przed telewizorami na całym świecie – bo około 2,5 miliarda. Zdumiewało też poświęcenie i oddanie zwykłych ludzi, którzy aby wpisać się do księgi pamiątkowej musieli stać w kolejce kilkanaście godzin.
Po drugie, w zebranym tłumie dominowała niechęć do politycznego establishmentu. Królową, jej syna księcia Karola i cały dwór królewski powszechnie winiono za wypadek. Każde wystąpienie przedstawicieli Dworu królewskiego witał pomruk niezadowolenia, a głośniejszy protest i gwizdy hamowała jedynie powaga całej uroczystości. Księżna Diana stała się wyrazicielem zwykłego ludu, a jej konflikt z Dworem Królewskim stał się przedstawieniem sprzeciwu narodu wobec wyalienowanych elit politycznych, które formalnie go reprezentują.
Po trzecie, od samego początku pojawiły się różnego rodzaju teorie kwestionujące oficjalne wyjaśnienia wypadku. Policja i prokuratura winą obarczyła kierowcę samochodu, w którego organizmie znaleziono alkohol i narkotyki. Jednak 1/3 Brytyjczyków skłonna jest wierzyć raczej ojcu narzeczonego Diany, Mohamedowi Al-Fayedowi, który uważa wypadek za sprokurowany przez wywiad brytyjski, słynny MI5. Trudno się temu się dziwić. Psychologia społeczna uczy nas, że ludzie skłonni są widzieć rzeczywistość jako harmonijną i wewnętrznie niesprzeczną. Śmierć niezwykłej osoby w zwykłym wypadku kłóci się z tą zasadą. Bohater nie może zginąć w zwykłym, głupim wypadku. Teorie spiskowe przywracają racjonalność rzeczywistości, bo wskazują na związki łączące pozornie zwykłe fakty i przywracają znaczenie i wagę bohaterowi wydarzeń, który staje się niewinną ofiarą zbrodniczej, szatańskiej intrygi.
Po czwarte, niechęć tłumu skierowana była też przeciwko licznie obecnym przedstawicielom popularnych mediów. Atmosferę dodatkowo podgrzało wystąpienie brata księżny Diany, Earla (tj. hrabiego) Charlesa Spencera, który nazwał Dianę „najbardziej zaszczutą istotą” w Brytanii. To demonstruje dwoistość roli jaką pełnią media. Z jednej strony są kanałem wyrażania ludzkich emocji i awansu na drabinie prestiżu, z drugiej zaś, w sytuacji kryzysu, najczęściej są przedmiotem gwałtownych oskarżeń.
Po piąte, chociaż księżna Diana w chwili śmierci była osobą prywatną, to jednak została pochowana z zachowaniem całego ceremoniału przysługującego osobom pełniącym najwyższe stanowiska w państwie. Oznaczało to powszechność symboli państwowych i narodowych oraz udział wojska. Zwłaszcza fakt obecności żołnierzy był znaczący, jeśli pamiętamy o konflikcie Diany z wojskowym establishmentem. Jednak we współczesnej kulturze wojsko oznacza nie tylko siły zbrojne służące obronie kraju i jego obywateli przed wrogiem – symbolizuje cały naród. Wszak w centrum wszelkich uroczystości narodowych i państwowych zawsze znajduje się ceremoniał oddania czci nieznanemu żołnierzowi. Benedict Anderson zwrócił uwagę, że pomniki nieznanego żołnierza zaczęły się pojawiać w końcu XIX wieku wraz z rozpowszechnianiem się idei narodowej. Anderson twierdzi, że w ten sposób społeczeństwo oddaje cześć nie jakimś indywidualnym żołnierzom, ale narodowi jako takiemu.
Śmierć jest doświadczeniem nieodłącznym kondycji ludzkiej. Kiedy umiera bliska nam osoba czujemy żal i smutek, bo pozostawia po sobie pustkę, którą trzeba będzie zapełnić. Ale co się dzieje gdy umiera osoba, która dzięki stałej obecności w mediach stała się nam bliska niczym krewny lub przyjaciel rodziny. Była ona łącznikiem między różnymi warstwami społecznymi i grupami. Dzięki niej ludzie obcy sobie mają wspólny temat rozmowy. W jej postać zostały przeniesione wyobrażenie, które ludzie żywią na temat całego narodu. Dlatego jej rzeczywista (a nie medialna) śmierć wywołała taki szok. I nawet jeśli wcześniej budziła jakieś kontrowersje, to teraz tracą one na znaczeniu. Bo stała się ona symbolem narodu. I krytycy muszą zamilknąć, jeśli nie chcą być wykluczeni z tej narodowej wspólnoty.
Jednak czy owe zmiany będą trwały? Cóż, wiele oznak świadczy, że nie. Wszak swego czasu, po śmierci Jana Pawła II, kibice Wisły i Cracowii przysięgali zaprzestać walki między sobą. Jak długo to przyrzeczenie przetrwało? Raczej kilkanaście dni niż tygodni. Doświadczenie kijowskiego Majdanu potwierdza wspólnota uczuć i przekonań nie trwa długo. Sukces polityczny mogą zapewnić jedynie nowe, powstałe w rezultacie zainicjowanych wówczas działań, instytucje. Tak jak to się stało z tzw. Aksamitną Rewolucją w czeskiej Pradze. Czy ruch polityczny powstały po Tragedii Smoleńskiej przerysuje teatr polityczny w Polsce? Czas pokaże.
Bibliografia
1. Anderson, Benedict. 1997. Wspólnoty wyobrażone, Fundacja im. Stefana Batorego, Wydawnictwo Znak, Warszawa-Kraków.
2. Dayan, Daniel and Elihu Katz. 1992. Media events: the live broadcasting of history. Cambridge, Massachusetts: Harvard Uuniversity Press
3. Kear, Adrian i Lynn Steinberg. 2002. Mourning Diana. Nation, culture and the performance of grief. London and New York: Routledge. Taylor & Francis Group.
4. Stone, Tanya Lee. 1999. Diana, Princess of the People. Brookfield, Connecticut: The Millbrook Press.
Niniejszy tekst jest skróconą i zmienioną wersją referatu, który Autor wygłosił na konferencji "Przyszłość dziennikarstwa. Konieczność specjalizacji?" (Rzeszów, 2010 06 10-11) zorganizowanej przez Wyższą Szkołę Informatyki i Zarządzania z siedzibą w Rzeszowie. Z tej wersji Autor usunął większość przypisów, pozostawiając tylko te, które są naprawdę niezbędne.
Po pierwsze – dlaczego większość (zwłaszcza media) robi z Kaczyńskiego wielkiego bohatera, niemal „mesjasza narodu”? Prywatnie może i był dobrym człowiekiem, ale społeczeństwo powinno go raczej „rozliczać” pod kątem sprawowanej przez niego funkcji publicznej (ściślej - efektywności






