i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-12-03 11:21:28

Z zainteresowaniem przeczytałem tekst pana Tomasza Kamińskiego, który już w tytule oznajmił: „Nie ma wojny w Afganistanie”. Skoro tak, to Barack Obama dosyła tam dodatkowych 35 000 żołnierzy po to widocznie, żeby odbyli uroczyste parady – i posmakowali heroiny, specjalności tej krainy. Bo z kim mieliby walczyć skoro wojny nie ma?
Do tego stopnia jej nie ma, że Prowincje północne i te, w których procent Pasztunów jest niski są w większości spokojne i życie się w nich toczy podobnie jak trzydzieści lat temu.
30 lat temu pana Kamińskiego nie było zapewne na świecie, skoro nie wie, że dokładnie w 1979 roku zamordowani zostali najpierw Nur Taraki, potem Mafizullah Amin – obaj wzorowi komuniści, nie bez inspiracji Sowietów zresztą, którzy właśnie masowo wkraczali do Afganistanu, stawiając na Baraka Karmala, najbardziej im posłusznego. I wojna w tym spokojnym kraju rozpalała się na taką skalę, że Niezwyciężona Armia Czerwona została przez afgańskich mudżahedinów zwyciężona, co pomogło prezydentowi Reaganowi oraz Lechowi Wałęsie w rozwalaniu Sowieckawo Sajuza.
Talibom Kamiński do pewnego stopnia współczuje, bo rozumie, że „szukają męczeńskiego umierania, by w nagrodę otrzymać w raju setki wiecznych dziewic”. Co prawda nie setki, a 72 na każdego, ale i to niewątpliwie niezły haremik. Nie dziwi się zatem, że „biedni Pasztunowie” chcą zostać „szahidami, czyli męczennikami”.
A kto im w tym dopomoże? NASI! Sądzę jednocześnie – wyznał Kamiński – że obecność wojsk polskich w Afganistanie jest konieczna.
Racja. Stuprocentowa racja i nasi dzielni wojacy muszą pokonać tych pasztuńskich terrorystów – tak, jak carscy wojacy w 1906 roku rozwalili terrorystów polskich, których niesłusznie uważaliśmy za patriotów i bohaterów. Taki na przykład terrorysta Piłsudski Józef w Bezdanach pod Wilnem napadł na ruski pociąg i zrabował kilkaset tysięcy rubli.






