Polityka
Terror obyczaju
TAGI: Kuchnia intelektualna, Społeczeństwo, Polityka,
Dodano: 2010-06-14 21:25:18

O zmarłych mówi się dobrze albo wcale. Ta zasada kultury jest racjonalna. Krytyka tego, kto zmienić się już nie może, jest bezskuteczna. Nie jest także etyczna. Pamiętanie mu po śmierci tego, co za życia skłonni byliśmy mu zarzucać, bliskie byłoby haniebnej w istocie satysfakcji, że już go nie ma wśród nas.

Dobrze byłoby na tym poprzestać, ewentualnie dodać jeszcze wspomnienia o tym, co dobrego o Zmarłych możemy pamiętać. Także o Lechu Kaczyńskim, bo przecież i o Nim można byłoby uchronić wiele dobrych wspomnień. Ale się nie da. Już zaraz po katastrofie widać było, że może się nie udać. Ostatnie dni pozbawiają nas wszelkich złudzeń – ta dobra, kulturowo ugruntowana pamięć, pamięć prywatna, musi ustąpić miejsca innej pamięci – publicznej, politycznej i historycznej.

Zginęli nie ci, co trzeba

Jeszcze w dniach żałoby mieliśmy publiczne manifestacje żalu, że zginęli nie ci, którzy „powinni”, bo katastrofa mogłaby przecież zdarzyć się temu samolotowi, który leciał tam kilka dni wcześniej z innymi pasażerami na pokładzie. Wtedy być może żalu by nie było a może skrywana radość? Wajda nie miał racji. To nie arcybp Michalik żałował, że „to się mogło zdarzyć w środę a zdarzyło wczoraj”, żałował prałat Zbigniew Suchy, ale w przemyskiej katedrze. Arcybiskupa obciążać może i powinien fakt, że będąc gospodarzem katedry, słów tego księdza nie potępił. Byli jednak inni hierarchowie, jak choćby biskup kielecki, Kazimierz Ryczan, których wystąpienia były równie haniebne, jak kazanie wspomnianego prałata.

O śmierci Lecha Kaczyńskiego (Szmajdzińskiego, Szymanek-Deresz, Jarugi Nowackiej czy Przewoźnika już nie!) niektórzy mówią, że była męczeńska, co jest oczywiście pozbawione sensu. Śmierć w wypadku nigdy nie jest męczeńska. Jako zdarzenie przypadkowe nie jest także i nie może być zabarwiona intencjonalnie. A więc nie może być heroiczna, ofiarna, nie może także świadczyć o ofierze wypadku. Chyba, że wypadek ten był przez swoją ofiarę zawiniony. Inni, nie sięgając po metafory ofiary i męczeństwa przyznawali jednak, że była to śmierć „na posterunku”, co zresztą także może być kwestionowane, bo jednak uroczystości 10 kwietnia miały swój sens konfrontacyjny, który nie odnosił się do historii i Katynia, ale do teraźniejszości, zbliżającej się kampanii wyborczej i miał swój wymiar „polsko-polski”.

W pewnym sensie jest zrozumiałe, że o katastrofie pod Smoleńskiem mówi się i pisze tylko w kontekście osoby Lecha Kaczyńskiego. Był w końcu najważniejszym pasażerem. Starano się jednak abstrahować od faktu, że On był gospodarzem i sprawcą tego tragicznego lotu. I to też jest zrozumiałe. W ramach kulturowo zakorzenionej zasady, że o zmarłych mówi się dobrze albo wcale, nie należało o tym przypominać. Przeciwnie, raczej wypadało przyznawać, że za życia nie zawsze był sprawiedliwie oceniany. Chociaż…

Cnoty i wady

Niedawno miałem okazję przeczytać dawno drukowany felieton Katarzyny Kolendo-Zalewskiej „Doradcy idą na wojnę” („Gazeta Wyborcza” 18 listopada 2008). Tekst ten wart jest przypomnienia. Otóż dziennikarka, omawiając ówczesny sondaż prezydencki, w którym Lech Kaczyński plasował się nie tylko za Tuskiem czy Cimoszewiczem, ale nawet za postacią tak żałosną, jak Marcinkiewicz, zauważa: "a wystarczyłoby tylko, żeby prezydent częściej pokazywał się z żoną Marią i zachowywał naturalnie. Te wychwycone przez kamery czułości i pieszczotliwe słowa (maluszku, maleńka) wyraźnie nieudawane, szczere, płynące z głębi prezydenckiego serca, mają sto razy większą wartość (także PR-owską) niż tysiące buńczucznych słów wypowiadanych pod adresem politycznych przeciwników …" Kolendo-Zalewska miała rację, ale…

Lecha Kaczyńskiego spotkałem w życiu dwa razy i nie był to kontakt, który pozwalałby sądzić mi o Nim cokolwiek. Dwóch moich przyjaciół znało Go dobrze. Jeden z nich jest zdania, że był prezydentem fatalnym, drugi, skąd inąd Jego doradca, że – mówiąc delikatnie – nienajlepszym. Obaj jednak uważali, że był prywatnie mądrym, dobrym, uroczym człowiekiem, chociaż nie pozbawionym wad, małostkowym, nieufnym i podejrzliwym, choć równocześnie swoiście łatwowiernym. Dla mnie miałoby jednak znaczenie, że lubił dobre – czyli czerwone i wytrawne – wino. Niestety nie miałem okazji. Andrzej, mój brat, takie okazje miał i był zdania, że śp. Lech Kaczyński był człowiekiem o wymiarze wybitnego męża stanu. Ja to rozumiem. O problemach historii i sprawach wielkiej polityki dobrze się gada przy dobrym winie. Ale przeciętni Polacy nie mieli okazji pić wina z Lechem Kaczyńskim. Oni widzieli go na oficjalnych zdjęciach i w telewizji – używając tu określenia mego brata, który szczycił się dobrą znajomością ze śp. Prezydentem – nabzdyczonego i całkowicie niemedialnego.

Może zdarzała się w tym dziennikarska manipulacja, szczególnie przy eksponowaniu owych nieszczęsnych dłoni wystawionych na stole przy wygłaszaniu orędzia, ale – na Boga – obywatel tego kraju mógł oglądać swego prezydenta przede wszystkim w oficjalnych sytuacjach, na oficjalnych zdjęciach a nie w kapciach przy przesympatycznej Małżonce i w czułym z Nią objęciu. I mógł o Nim sądzić oceniając rezultaty Jego polityki, a nie elokwencję Jego tyrad wygłaszanych przy winie w prywatnych sytuacjach. I jeszcze mógł, a właściwie musiał pamiętać owo słynne „melduję wykonanie zadania panie prezesie” kierowane do prezesa PIS-u przy okazji własnego brata bliźniaka, o którym mówiło się często, i chyba słusznie, że był Jego złym duchem. Tej deklaracji śp. Lech Kaczyński nie sprzeniewierzył się nigdy i nie wiadomo czy można mu to zaliczyć do wad czy do cnót. W perspektywie ludzkiej, prywatnej, osobistej, niewątpliwie do cnót. W perspektywie politycznej, publicznej, jednak do wad.

Kogo wybieramy?

Wybierając prezydenta, posła, burmistrza – kogo wybieramy? Polityka, człowieka skrojonego na wymiar roli publicznej, którą ma pełnić i do której aspiruje czy człowieka osobiście wielu cnót, których wdzięk i walor ujawnia się w prywatnym zaciszu, natomiast nie są one funkcjonalne (a bywa, że są nawet dysfunkcjonalne) w życiu publicznym? Oczywiście, wybieramy polityka.

Zasada, na którą powołaliśmy się na wstępie, że o zmarłych mówi się tylko dobrze albo wcale, odnosi się do osób prywatnych a nie do polityków. Ci pierwsi pozostają w naszej pamięci. Ci drudzy w historii. Historia zaś podlega interpretacji. Jeśli już zdarzyło się nam pochować Lecha Kaczyńskiego na Wawelu a nie na Powązkach, to musimy ponosić tego konsekwencje. Stał się On postacią historyczną. Twierdzę, że gdyby nie był zginął tą śmiercią tragiczną acz z przypadku, postacią historyczną by nie był. To był rzeczywiście bardzo kiepski prezydent, który za życia niczego nie dokonał a wiele popsuł. Nie byłoby co pamiętać.

Ale nie wypadałoby tego dzisiaj przypominać gdyby nie robiono z Niego teraz bohatera, postaci historycznej i – co najważniejsze – gdyby nie używano Jego zmistyfikowanej pamięci i okoliczności Jego śmierci, jako narzędzi walki politycznej oraz instrumentu niszczenia, także moralnego, politycznych konkurentów Jego brata. Oto w Programie III PR słyszę dziennikarza (nazwiska nie pomnę, zresztą nie jest ważne), który domaga się postawienia Tuska przed Trybunałem Stanu ponieważ pozwolił, aby Rosjanie badali okoliczności wypadku (o tym, że z udziałem Polaków dziennikarz nie wspomina). Podobny pogląd wygłasza Wildstein, czego zresztą należało oczekiwać. Tusk ma krew na rękach, Tusk przed Trybunał Stanu, Tusk sprzedaje Polskę Rosji.

Nie jestem entuzjastą premiera Tuska. Sądzę, że jest zbyt konformistyczny, zachowawczy, nazbyt podporządkowany PR-owi, ale zarzuty o krwi na rękach i zdradzie Polski są łajdackie. Przekonują mnie opinie niektórych wojskowych, że Bohdan Klich jest fatalnym ministrem i zupełnie nie rozumie wojska. Ale jeśli ex spin-doktor Bielan z pasją zarzuca mu, że katastrofa jest przezeń zawiniona, ponieważ polscy piloci nie trenowali na stymulatorach lotu, to należy mu przypomnieć, że ćwiczenia na stymulatorach zlikwidował jego poprzednik, minister Szczygło, który na dodatek zniszczył większość elity dowódczej polskiego wojska, z pasją godną Maciarewicza wycinając wszystkich generałów, którzy w swojej wojskowo-edukacyjnej karierze mieli jakikolwiek epizod moskiewski. Uratował się tylko gen. Cieniuch, który w latach czystki prowadzonej przez min. Szczygłę pełnił rolę polskiego przedstawiciela wojskowego przy NATO i UE, a więc był dla ministra Szczygły nieosiągalny.

Poszlaki i dowody

Skłonność i zdolność do manipulacji faktami obok i na przekór prawdzie, jest cechą charakterystyczną części PIS-owskiej elity. W czasach ziobryzmu prawnego, oprócz osławionych aresztów wydobywczych, popularność zdobyła argumentacja „prawna”, że jeśli nie ma dowodów czyjejś winy, jest to najlepszy dowód, że delikwent jest winien, bo jest oczywiste, że dowody zniszczono.

W kontekście tragedii smoleńskiej pojawiła się specyficzna wykładnia interpretacji poszlak i dowodów. Nie istnieje żaden dowód ani nawet poszlaka, że miał miejsce zamach, że wybuchła bomba, że samolot został ostrzelany. Brak dowodu jest w takiej sytuacji dowodem, który każe ewentualność taką wykluczyć. To jasne, że żadne dowody na nieistnienie zamachu nie przekonają ludzi o mentalności Maciarewicza, Rydzyka, czy sąsiadki Kowalskiego z drugiego piętra, która i tak „wie swoje”, ale nie o nich tu chodzi. Zauważmy jednak różnicę między brakiem dowodu, że była bomba w kokpicie (gdyby była, musiałyby pozostać jakieś ślady) a brakiem dowodu na bezpośrednią presję na pilotów. Fakt, że taśmy z czarnych skrzynek nie odnotowały głosu Lecha Kaczyńskiego, który każe pilotowi lądować pod groźbą nazwania go tchórzem, wyrzucenia z pracy i represji, nie jest żadnym dowodem, że presji nie było. Choćby pośredniej, choćby nieświadomej. Jarosław Kaczyński dzisiaj kłamie twierdząc (w wywiadzie udzielonym 12 czerwca br. Karwowskiemu i Zarembie dla „Polska The Times”), że Lech Kaczyński „zawsze akceptował” zasadę, że to pilot decyduje gdzie można bezpiecznie wylądować. Jest to kłamstwo jawne i bezczelne, bo jednak afera, która wybuchła wokół lotu do Tbilisi jest nie tylko pamiętana, ale została także zdokumentowana. Cokolwiek by więc dziś nie twierdził Jarosław Kaczyński, obecność w kokpicie gen. Błasika i dyr. Kazany pozwala snuć podejrzenia, że jednak presja była. Natomiast nie trzeba żadnych dowodów na istnienie presji sytuacji. Jak dziś wiadomo, nie przewidziano żadnej alternatywy dla lądowania w Smoleńsku. Na lotniskach w Mińsku i Witebsku nic nie było przygotowane. Działała więc presja sytuacji i otwarte pozostaje pytanie kto za nią odpowiada.

PIS-owska narracja, by użyć tu modnego dziś określenia, nacisk kładzie na rosyjskie zaniedbania infrastrukturalne i cywilizacyjne. TVP wykorzystuje każdą okazję aby pokazać zdjęcie „wieży” kontrolnej na lotnisku w Smoleńsku. No tak, ten żałosny, odrapany barak wygląda okropnie. Ale czy Rosjanie powinni wybudować nową wieżę na przyjęcie skąd inąd nie zapraszanego przez nich, polskiego prezydenta i ozdobić go girlandami? A jeśli nie wybudowali, to oni odpowiadają za katastrofę?

Otóż to poszukiwanie winnych po rosyjskiej stronie mogłoby mieć sens tylko wtedy, gdyby z ich strony miały miejsce działania zawinione i świadome, a choćby i nieświadome, ale całkowicie bezpośrednie, które stały się jednoznaczną i oczywistą przyczyną katastrofy. To, że nie zamknęli lotniska, że kontrolerzy wprost nie zabronili lądowania, że barak był odrapany, światła kiepsko widoczne, że nie wiadomo ile razy kontrolerzy kontaktowali się z Moskwą i o czym rozmawiali z załogą iła-76, który nie wylądował, i co tam jeszcze można wymyśleć, nie ma najmniejszego znaczenia. To znaczy – może mieć znaczenie dla wyników śledztwa, ale nie dla nas i naszego przekonania o tym czy i kto za tę katastrofę odpowiada. My musieliśmy wiedzieć gdzie lecimy, w jakich warunkach, do kogo, i czego możemy się na miejscu spodziewać. Koniec. Kropka. Jeśli nie wiedzieliśmy, albo posiadaną wiedzę zlekceważyliśmy – nas to a nie ich obciąża.

 1  2 


OPINIE
- Łubu-dubu
2011-03-13 21:18:09
Jeszcze jeden dowód serwilizmu. Jeszcze jedną głupotę napiszę, może mnie dostrzegą, może docenią moje spostrzeżenia. Jeszcze nie teraz? Czy już ... Odmieniam swoją głupotę przez różne przypadki i rodzaje, zachwycam się bystrością moich przemyśleń, podziwiam sam siebie za zdolność do sączenia jadu, zaprę się chłopskiego rozumu, powołam się na kolejne autorytety, tylko nie dajcie mi zginąć. Ja jestem swój, będę zawsze ubliżał PiS-owi, Kaczyńskim i wszystkiemu, co nieprawomyślne. To pisałem ja, Chłopecki! A ten prałat z felietonów sołtysa Chłopeckiego - profesora na Wyższej Szkole Czegoś Tam Niepotrzebnego - więcej osiągnie jednym kazaniem, niż setkami bzdur wypisywanych przez towarzysza Chłopeckiego.

Dodaj swoją opinię
Autor:
Tytuł:
Treść:


kod z obrazka:

Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania z siedzibą w Rzeszowie
ul. Sucharskiego 2, 35-225 Rzeszów, fax: +48 17 866 12 22 e-mail: wsiz@wsiz.rzeszow.pl
Wszelkie Prawa Zastrzeżone, Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie © 2010