i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-06-14 21:25:18
Różni PIS-owscy i okołopisowscy politycy (np. Marek Jurek) twierdzili, że polski rząd powinien zaproszenie odrzucić. Pomysł głupi, ale można go było przedyskutować. Trzeba byłoby wycenić – ile moglibyśmy na tym stracić, a ile, co wątpliwe, zyskać. Można było także, przyjmując zaproszenie, ustalić, że w Smoleńsku na zaproszenie Putina Tusk będzie reprezentował całą, zjednoczoną przy tej symbolicznej okoliczności Polskę, wygłaszając np. także przesłanie w imieniu polskiego prezydenta. Można było szukać różnych rozwiązań.
Ale w przeciwieństwie do Rosjan, którzy potrafią jednoczyć się wokół interesu swego kraju, nasi politycy traktują interes swego kraju jak postaw sukna, z którego każdy stara się dla swego gangu partyjnego oderwać tyle, ile się da. W interesie Polski leżało i leży ułożenie sobie względnie poprawnych stosunków z Rosją, nie tylko dlatego, że to nasz największy sąsiad, z którym łączą nas ważne interesy gospodarcze, ale – o czym się zupełnie nie pamięta – także dlatego, że im lepsze są nasze stosunki z Rosją tym silniejsza jest nasza pozycja w UE. Dziwne? Nie, wcale nie dziwne. Jednym z istotnych argumentów przemawiających za przyjęciem Polski do zachodnich struktur – NATO i UE – był fakt, dla niektórych na Zachodzie zaskakujący, że bezpośrednio po 1990 roku nie było w Polsce antyrosyjskich ekscesów, przeciwnie, relacje polsko – wschodnie (bo nie tylko polsko – rosyjskie) regulowane były przez wspólnotę interesów na handlowych bazarach we wszystkich większych, polskich miastach. Na szczęście wtedy, czyli w początkach polskiej transformacji, Kaczyńscy byli trzeciorzędnymi, mało znaczącymi politykami bez istotnego wpływu na polską politykę, polskie sentymenty i resentymenty.
Kto, co i dlaczego?
Powróćmy jednak do wątku zasadniczego – czy należy, warto i w jakim celu dociekać kto tragedię tę zawinił i kto za nią odpowiada. A jeśli tak, to jaka jest na to pytanie odpowiedź?
Wcale nie jestem pewien czy odpowiedź na to pytanie jest rzeczywiście istotna. Z punktu widzenia oceny procedur, który do takiego wydarzenia dopuściły i ich wyeliminowania, zapewne pytanie to jest ważne. Ale – podkreślmy – w tak postawionym pytaniu nie chodzi wcale o szukanie winnych. Czym innym jest bowiem poszukiwanie przyczyn, czym innym zaś poszukiwanie winnych. Pełnomocnik prawny części rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej (podejrzewam, że część rodzin ofiar tej katastrofy nie chce mieć z nim nic wspólnego) oraz otoczenie polityczne Jarosława Kaczyńskiego i jego otoczenie medialno – propagandowe, to całe towarzystwo Karnowskiego, Wildsteina, Krasnodębskiego, Semki, orientuje się właśnie na poszukiwanie winnych a nie na poszukiwanie przyczyn. W tej sytuacji odpowiedź na pytanie – kto tragedię tę zawinił (o odpowiedzialność już nie chodzi, bo być może jej wyciągnięcie nie byłoby już możliwe) – staje się aktualne.
Zatrzymajmy się przy faktach, które nie podlegają dyskusji ani nie wymagają procedury dowodzenia:
• Uroczystości w Smoleńsku 10 kwietnia były pomysłem Lecha Kaczyńskiego. Prezydent nie chciał aby ktokolwiek, tym bardziej Tusk, odebrał Mu tytuł najwyższego depozytariusza historycznej pamięci Polaków. Było to dla Niego ważne przede wszystkim w perspektywie zbliżających się wyborów prezydenckich.
• Jeśli uroczystości te miały przyćmić wymowę tych, w których wcześniej uczestniczył Tusk, powinny być nie tylko okazałe, ale przede wszystkim reprezentatywne. Stąd obecność w gronie gości prezydenckiego tupolewa reprezentantów wszystkich partii politycznych reprezentowanych w parlamencie, a także obecność dowódców wszystkich rodzajów sił zbrojnych Rzeczpospolitej (wszak to Prezydent jest ich najwyższym dowódcą). A więc pojawiające się zaraz po wypadku a później wyciszone, pytanie kto odpowiada, że zginęli wszyscy najwyżsi dowódcy, jest pytaniem retorycznym. Odpowiada za to Lech Kaczyński w pierwszym rzędzie a dodatkowo zapewne fakt, że nie ustalono wcześniej procedur, któreby Mu to uniemożliwiały.
• Wiadomo dzisiaj, że wyprawa była fatalnie przygotowana, czy raczej nieprzygotowana. Co prawda wiemy, że piloci pechowego tupolewa znali lotnisko smoleńskie, ukształtowanie jego terenu i jego warunki techniczno-infrastrukturalne, ale – i to jest najważniejsze – nie było planu alternatywnego. Kto za to odpowiada? Nie podlega dyskusji, że niezależnie od przedmiotowych odpowiedzialności różnych służb rządowych i prezydenckich, cywilnych i wojskowych, podmiotem „zlecającym” był Prezydent i Jego Kancelaria. To na ludziach z Kancelarii Prezydenta spoczywały obowiązek i odpowiedzialność co najmniej za określenie wymagań związanych z wyjazdem i dopilnowanie ich spełnienia. Skąd inąd wiadomo, że – z nielicznymi wyjątkami – poziom inteligencji i fachowości ludzi otaczających Lecha Kaczyńskiego był żałośnie niski. Po prostu takimi ludźmi, wiernymi ale miernymi, Prezydent najchętniej się otaczał – innym nie ufał. W każdym razie kwestia odpowiedzialności za przygotowanie tej wizyty powinna zostać szybko wyjaśniona i do tego nie są potrzebne odpowiedzi na pytania zgłaszane przez pełnomocnika prawnego niektórych rodzin, ofiar katastrofy smoleńskiej. Przy okazji warto zwrócić uwagę, że mnoży on pytania do strony rosyjskiej, na które trudno uzyskać szybką odpowiedź, natomiast dziwnie unika pytań kierowanych do strony polskiej, na które można byłoby uzyskać szybką odpowiedź, choć być może, politycznie niewygodną.
• I na koniec warto powrócić do dyskutowanego już wcześniej problemu presji na pilotów. Czy siła owej presji nie została zwiększona przez fakt, że Prezydent przybył na lotnisko mocno spóźniony? Ponoć długo w noc pracował ze swoimi współpracownikami z kancelarii. Pytania, które zapewne zadałby w tym miejscu Janusz Palikot byłyby całkiem niestosowne.
***
O zmarłych mówi się dobrze albo wcale. Ta kulturowa zasada nie jest możliwa do utrzymania w warunkach, w których okoliczności tragicznej, ale przypadkowej katastrofy wykorzystuje się do celów doraźnie politycznych. Jarosław Kaczyński rzeczywiście niezwykle inteligentnie okoliczności te wykorzystuje. Nic z nachalności i dosłowności. Najwyżej pewne elementy subtelnej wizażystyki, upodabniającej go jeszcze bardziej do zmarłego bliźniaka. Kaczyński wie, że w tradycji polskiej leży solidarność z tymi, którzy ponieśli klęskę a zawiść wobec tych, którzy odnieśli sukces. Gołodupców i nieszczęśliwców przeciętny Polak skłonny byłby do piersi przytulić, człowieka sukcesu utopiłby w wodzie, choć najchętniej w szambie. Stąd obraz Kaczyńskiego cierpiącego z godnością, w Polsce (choć w innych krajach niekoniecznie), jest politycznie najbardziej korzystny i efektywny.
Palikot uważa, że dowodem na rzeczywistą przemianę Kaczyńskiego byłoby jego odcięcie się od Rydzyka. Nie byłoby. Kaczyński odciąłby się od Rydzyka natychmiast, gdyby z chłodnej analizy wynikało, że mu się to opłaca. Oczywiście Rydzyk nie jest tu specjalnie ważny. Tzw. ojciec dyrektor bezpośrednio wielkiego wpływu na polską opinię publiczną nie ma. Ma jednak wpływ ogromny na opinię polskiego kleru i dopiero pośrednio, poprzez proboszczów i wikarych, na niskowykształconą, nienawykłą do samodzielnego myślenia część polskiego społeczeństwa. Odcięcie się od takiego źródła poparcia byłoby jednak nie tylko nieopłacalne i nieracjonalne, byłoby niepolityczne. Polityk nie może odcinać się od tych, którzy go popierają i od żadnego polityka nie można tego żądać. Natomiast uwierzyłbym, że przemiana z Szawła w Pawła w przypadku Kaczyńskiego jest prawdziwa tylko w jednym jedynym przypadku – gdyby jasno, wyraźnie i zdecydowanie powiedział swemu środowisku, że poszukiwanie winnych smoleńskiej katastrofy jest nieracjonalne i niemoralne, a obarczanie odpowiedzialnością za nią kogokolwiek, jest haniebne.
Nie, nie wymagam od niego aby otwarcie stwierdził, że jeśli ktoś tu jest winien, to jego Brat. Tego wymagać nie wolno. Ale odcięcie się od mentalności tropicielskiej, charakterystycznej dla jego środowiska, byłoby równocześnie zerwaniem z paradoidalną polityką uprawianą przezeń i charakterystyczną dla PIS-u. Powiedzieć, że IV Rzeczpospolita jest już nieaktualna, to mało. Rozstanie się z hasłami czy symbolami nie kosztuje wiele a często się opłaca. Czym innym jest jednak zanegowanie fundamentu, na którym IV Rzeczpospolita miała być budowana. Tym fundamentem była paranoja. Nie jest przecież sprawą przypadku, że praca Robinsa i Prosta, brytyjskiego politologa i amerykańskiego psychologa pt. „Paranoja polityczna. Psychopatologia nienawiści”, tylko w Polsce stała się, właśnie dzięki Kaczyńskim, bestsellerem.
Kompromitująca się ostatnio publicznie i coraz częściej socjologiczna celebrytka, Jadwiga Staniszkis, może tego nie wiedzieć, ale zaufanie jest podstawą kapitału społecznego. Obaj Kaczyńscy, ale przede wszystkim Jarosław, swoją polityką, tym ustawicznym tropieniem układów, poszukiwaniem wrogów, skupianiem wokół siebie ludzi chorobliwie podejrzliwych, pokroju Maciarewicza czy Kamińskiego, a więc mentalnie do nich zbliżonych, niszczyli podstawy życia społecznego. Byli jak powódź, który podmywa fundament, na których zbudowane jest nowoczesne, zdrowe społeczeństwo. Gdyby Jarosław Kaczyński był zdolny odciąć się od paranoicznych korzeni swojej dotychczasowej polityki uwierzyłbym, że odszedł Szaweł a narodził się Paweł. Gdyby…






