i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-11-30 13:26:07

Słoneczny Bałtyk – rzadki widok, ale za to piękny i nastrojowy… Leżąc na ciepłym piasku upajałem się chwilą. Szum fal, zapach morskiego powietrza, gdzieś w dali majaczący stateczek – no żyć nie umierać… Biegające dzieci, fajne babki – niektóre z piasku, miły gwar wokół… Miły? Zaraz, zaraz… Wsłuchałem się bardziej, wyławiając pojedyncze wypowiedzi:
– Jacuś, syneczku, a siednij se na kocu – zgrzytnęło mi w uszach.
– Piotrek nie właź do wody, bo będziesz mokry! Po co tam poszłeś? – jakaś gorliwa mamusia krzyczy do synka.
– Spadaj, k…, palancie! – całkiem zgrabne dziewczątko rzekło do kolegi.
– Ej, wyp…y na piwo! – to taki łysy w dresie zachęcał przyjaciół do udania się w celu konsumpcji napojów chłodzących.
O rany! A jest przecież tak pięknie. I język nasz polski też uroczy – czemu z tego nie korzystać? – pomyślałem i ułożyłem się na kocu, a w uszy włożyłem słuchawki „empetrójki”. Wykonałem czynność pod nazwą „wciś plej”, jak mówi znajomy ochroniarz i zatopiłem się w utworach jednego z moich ulubionych wykonawców – Andrzeja Poniedzielskiego. Od razu zrobiło się przyjemniej…
Poniedzielski jest żywym dowodem, że nie trzeba być polonistą, aby dbać o poprawną polszczyznę. Jest poetą-inżynierem, a więc jak się chce, to można!
(…) Jestem tani w pokazywaniu. Wystarczy jedna statyczna kamera, a dla niektórych i to wydaje się za dużo. Mam jeszcze inną zaletę telewizyjną – dzięki mnie wzrasta oglądalność. Widz zajmujący się wieczorem „pilotażem” kanałów telewizyjnych, gdy przerzucając kolejne stacje trafi na mnie, to przy moim powolnym sposobie mówienia, zanim doczeka się podmiotu, upłynie sporo czasu. A oglądalność rośnie.
Rzeczywiście atrakcyjność Andrzeja Poniedzielskiego, jako satyryka i poety, wynika głównie z treści jego tekstów, gdyż z założenia inne środki wyrazu ograniczył do minimum. Cały urok tkwi we wspaniałym budowaniu zdań, jak sam twierdzi trudnych, bo podrzędnie złożonych: Z dużym oporem natury moralnej roztaczałem tę ponurą wizję, by nieśmiało zasugerować, że prawdziwe, minimalne, ale ciągle uzupełniane ciepło trzeba chyba mieć
w sobie. Zdanie długie, złożone, ale nie wydumane na siłę – napisane prosto i logicznie, poprawnie i bez używania trudnych słów. To jedna z cech Poniedzielskiego, co jest o tyle zrozumiałe, że jest on przede wszystkim poetą. W poezji zaletą jest stosowanie języka prostego.
(…) Szerokie „spektrum aspektów”. Ukułem ten termin (…) by ratować się paranaukowością nazewniczą w sytuacjach, kiedy mam na jakiś temat wyjątkowy bajzel w głowie. Zestawienie słów „mądrych” z potocznym, niezbyt pięknym wyrażeniem „bajzel”, świadczy o negatywnym podejściu autora do nadużywania wyrazów trudnych. On potrafi mówić prostym językiem – jeśli czasami pojawiają się dziwne, na pozór trudne wyrazy, to są one zazwyczaj wymyślone na potrzeby utworu: mają wprowadzić wesołość lub dodać poetyki. Poniedzielski to współczesny Leśmian z lekkim przesunięciem w kierunku Białoszewskiego. Takie ładne „stworki” językowe: jak trwoga, to do bloga – pozwoliłem sobie u-mottać naszą rozmowę, umaczyć się (czyli zostać macho – przyp. autora), meteopoeta, listopadowo-zniczowe święto, się-nieodzywanie, połajująca (forma „lżejsza” od czasownika łajać – przyp. autora). Nazwałem je „stworkami”, gdyż nie zawsze są to neologizmy – te tworzyć należy zgodnie z normami słowotwórczymi, a stworki Poniedzielskiego norm żadnych nie uznają – no może jedynie poza dobrym smakiem i zabawą w podobieństwo brzmieniowe do słów o zupełnie innym znaczeniu. Jego wypowiedzi, wyrwane z kontekstu, często sprawiają wrażenie niepoprawnych językowo. Dopiero, gdy wsłuchamy się w treść, okazuje się, że specyficzna składnia i zabawa słowami mają sens, a ponadto wymagają niebywałego kunsztu i biegłej znajomości polszczyzny. Wymagają też sporej odwagi.
Wolałbym podział na „tych, z którymi chciałoby się iść” i „tych, którzy… niech idą”. (…) mogą to być ludzie, dzięki którym osiąga się czy to codzienną, czy okazjonalną, a niechby i napadową „chęć” do jakiegokolwiek „iścia”. Iście diabelski to pomysł (…).
Tęsknota to bliskość w oddaleniu. Dowód na niesamotność w podążaniu. Niesamotność w niewiedzy – „gdzie?”.
Magda Umer powiedziała o Andrzeju Poniedzielskim: „Poeta w wydaniu wdziękowym”. Pewnie ten wdzięk sprawia, że nie tylko nie przeszkadza nam składnia jego tekstów, ale nawet zarażamy się tą manierą i stosujemy ją we własnej mowie. Częste stosowanie szyku przestawnego w prozie nie jest popularne i nie zawsze się podoba, a jednak w tym przypadku nie przeszkadza. Powoduje dodanie do mowy potocznej odrobiny poezji, a nietypowe brzmienie takich fraz bardziej skupia naszą uwagę. Zdanie: Każdą komórkę jego ciała i każdą jego duszy niszę. Pomimo, że brzmi jak strofa wiersza, wyrwane jest z tekstu potocznego, podobnie jak: Po wcześniejszym się oczywiście najedzeniu w stopniu tuż-przed-rozpuk.
Nieraz do pełnego zrozumienia potrzeba tyle samo inteligencji, co poczucia humoru, bo czego by ten artysta o sobie nie twierdził, to poczucie humoru posiada:
– Jestem prawie za granicą. Bo w Cieszynie;
– [życzenia] „zdrowia i szczęścia” – ileż niekonsekwencji (…). Czasem przecież i z wieku, i predyspozycji jubilata wynika, że dlań zdrowie i szczęście to, to samo;
– „wychodziliśmy” gdzieś razem. Ja i mój organizm w pełnej zgodzie, z jednaką nadzieją na zabawę. Ale wracaliśmy osobno. O! jakże osobno. A na konsensus czekało się i parę dni.
Może te cytaty nie u wszystkich wywołują salwy śmiechu, ale jest to humor z gatunku elitarnego, wzorowany na takich mistrzach, jak twórcy „Kabaretu Starszych Panów”.
Tak sobie myślę, że nie da się oceniać stylu Andrzeja Poniedzielskiego, bo nie można go w żaden sposób sklasyfikować. Jest on jedyny i niepowtarzalny, i wymyka się wszelkim schematom. Opiera się na specyficznej przewrotności językowej, znaczeniowej i logicznej, np. Moim zdaniem cechą charakterystyczną człowieka jest brak charakterystyczności lub A może ja wolę być żabą? Królewicz – jaki by nie był – zwiastuje koniec bajki.
Nagle mocne – Bęc!!! przerwało moje rozważania. Mokra piłka oblepiona piachem odbiwszy się od mojej głowy toczyła się po kocu. Już biegnie po nią ten łysy w dresie – smakosz napojów chłodzących…
– Sorka, mistrzuniu, ale koleś k… ch… trafił! Sorka! – krzyknął pojednawczo.
Ale jak tu się pojednać?


