i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-01-07 12:38:59

Bohdan Jałowiecki w swoim krótkim i niezwykle emocjonalnym tekście porusza dwie sprawy, zgrabnie z pierwszej przechodząc do drugiej. Obie są ważne i nie sądzę by należało poprzestać na ich zdawkowym, choć emocjonalnym odnotowaniu. Zacznijmy od pierwszej. Oczywiście sprawa polskiego muzealnictwa nie jest tu problemem, a jedynie ilustracją problemu. Ja też zacznę od ilustracji.
Martyrologizacja świadomości
Od kilkunastu lat na wykładach z socjologii pozwalam sobie na sondowanie wiedzy studentów o najnowszej, powojennej historii Polski. Sondaż polega na tym, że piszę na tablicy rok i proszę studentów o podanie miesiąca. A więc zaczynamy – rok 1956; 1968; 1970; 1976; 1980 i 1981. Z każdym kolejnym studenckim rocznikiem jest gorzej. Mimo, że sondaż merytorycznie wkomponowany jest w tok wykładu coraz częściej zdarzają się studenci, którzy nie wiedzą, o co tu w ogóle chodzi. Ale nie tylko coraz niższy poziom wiedzy jest charakterystyczny. Szczególnie znacząca jest zmiana miesiąca wymienianego przy roku 1956.
W przeszłości, dla ludzi z mego pokolenia i młodszych, było oczywiste, że rok 1956 to październik – Październik – bo duża litera wydawała się uzasadniona i oczywista. To był największy przełom w powojennej historii Polski – cezura oddzielająca dwie epoki. Przejście od totalitarnego świata, fingowanych procesów i wyroków śmierci wykonywanych w piwnicy, wyroków więzienia za „skazy” w życiorysie takie, jak przynależność do AK czy udział w Powstaniu Warszawskim, za niesłuszne pochodzenie czy zanucenie melodii „Czerwone maki pod Monte Casino”, do świata, który, jak się rychło i na przekór złudzeniom okazało, nie był jeszcze królestwem wolności, ale był już światem, w którym można było względnie spokojnie, normalnie i bezpiecznie żyć, w którym opresyjność systemu zwracała się w gruncie rzeczy tylko przeciwko tym, którzy byli jawnie przeciwko niemu.
Otóż od kilku lat dla moich studentów nie istnieje październik, jako miesiąc znaczący w roku 1956 – tym. Dla tych, którym jeszcze rok ów z czymś, z jakimiś wydarzeniami się kojarzy, znaczący jest czerwiec. To jest efekt systematycznej „martyrologizacji” świadomości młodego pokolenia Polaków podporządkowanej celom bardzo doraźnym. Kaczyńscy nie są polityki tej autorami. Przypuszczam zresztą, że tzw. polityka historyczna uprawiana przez Kaczyńskich jest konsekwencją a nie źródłem owej martyrologizacji.
Białe plamy i czarne dziury
O ile atlas historii Polski w czasach PRL-u pełen był białych plam, dzisiaj jest pełen czarnych dziur. Tych pierwszych wymieniać nawet nie trzeba, nad tymi drugimi warto się zatrzymać. Zarówno wtedy, w epoce białych plam, jak i dzisiaj, w latach czarnych dziur, trwa swoista walka o historię i na historię. Przy czym nie chodzi tylko o to, że to, co miało być czarne wczoraj, dzisiaj musi być białe i odwrotnie. Ta walka o i na historię była i jest bardziej subtelna i złożona. Chodzi w niej w gruncie rzeczy o cele doraźne.
Symbolika czerwca 1956 roku mieści się bez reszty w wizji Polski komunistycznej, w której z jednej strony był zniewolony naród, z drugiej krwawa, okupacyjna władza. Październik 1956 roku oczywistość tego obrazu odjednoznacznia, jego wyrazistość zakłóca. Nie chodzi tylko o to, że ludzie pokroju historyków IPNowskich (a przecież szczególny to gatunek historyków) nie są w stanie sprostać intelektualnie wyzwaniu, które stawia przed nimi analiza obrazu o wielu odcieniach szarości; tu chodzi także o całkiem przyziemne i zupełnie aintelektualne polityczne interesy, chociaż nie wątpię, że dla części, nawet polityków (a może nawet przede wszystkim polityków), czarno-biały obraz powojennej historii Polski wydaje się być obrazem prawdziwym, w który szczerze wierzą. Cóż się dziwić studentom.
O ile się nie mylę w 2009 roku rocznica czerwca 1956 roku obchodzona była uroczyście nie tylko w Poznaniu, nad rocznicą października 1956 roku zaś było dziwnie cicho. Po prostu – czarna dziura. Nie jedyna przecież.
Jaruzelski nie jest moim bohaterem i nie podpiszę się pod opinią Jałowieckiego, że jest to człowiek, który „uratował nas od nas samych”, chociaż oczywiście sabat odprawiany nad nim co roku przez rozmaite męty dziennikarskie i polityczne budzi mój niesmak. W grudniu 2009 roku, w dniach corocznego świętowania rocznicy wprowadzenia stanu wojennego, TVN zaprezentowała rozmowę Jerzego Urbana z Marianem Girzyńskim, posłem PIS-u, co nie jest bez znaczenia i nieco sytuację tłumaczy. Słowo „rozmowa” nie oddaje tego, co mieliśmy okazję obejrzeć. A widowisko to było – przynajmniej dla mnie – i zaskakujące i przygnębiające. Nigdy nie przypuszczałem, że kiedykolwiek będę odczuwał sympatię i szacunek do człowieka, którego, jak wielu Polaków, nienawidziłem w latach 80-tych i którym, już jako twórcą i redaktorem szmatławca „Nie”, brzydziłem się w czasach późniejszych. A wszystko to sprawił poseł Girzyński, który na tle kulturalnego i merytorycznego Urbana zaprezentował prymitywne i całkowicie odmóżdżone chamstwo. Nie znaczy to oczywiście, że trafiały mi do przekonania wygłaszane przez Urbana opinie, ale przynajmniej jedna jego uwaga uderzyła mnie swoją trafnością. Otóż Urban stwierdził, że w czasach pierwszej, prawdziwej „Solidarności”, prześladował go obsesyjny strach na myśl o tym, że jakiś pijany milicjant, prowadząc samochód, potrąci i zabije dziecko. Nie mam powodu, aby mu nie wierzyć, ale jeśli rzeczywiście miał takie obawy, powinien się także obawiać, że wreszcie któraś z prowokacji jego politycznych komilitonów wypali. A trochę ich było.
Zastanawia mnie na przykład dlaczego nie podejmuje się prób wyjaśnienia kulis afery bydgoskiej z 19 marca 1981, przygotowywanej przez Tadeusza Grabskiego. A chodziło w niej o to, aby podburzony widokiem zakrwawionego Rulewskiego tłum, idący ze stadionu Zawiszy Bydgoszcz, po przegranym przez bydgoszczan meczu (akurat tłum był radosny bo bydgoszczanie, wbrew wszelkim oczekiwaniom i rachunkowi prawdopodobieństwa, mecz wygrali) podpalił albo choćby zdemolował budynek KW PZPR. Nic takiego się nie stało dzięki odpowiedzialności i refleksowi działaczy bydgoskiej „Solidarności”, którzy Rulewskiego wyprowadzili bocznym wyjściem.
Zastanawia mnie dlaczego jest tak cicho nad rolami Andrzeja Żabińskiego, Stanisława Kociołka, Mirosława Milewskiego, Norberta Michty i innych, a przede wszystkim Stefana Olszowskiego, żyjącego sobie dziś w USA, do których wyjechał w 1986 roku. Niedawno Olszowski, który w Ameryce czuje się chyba całkiem dobrze, wydał książkę pt. „How Are You Doing Mr Olszowski?” pełną bezczelnych kłamstw i zupełnie niesubtelnych przemilczeń. Na marginesie warto zauważyć, że Amerykanie, którzy bardzo skrupulatnie, powiedziałbym poniżająco skrupulatnie, sprawdzali biografie zwykłych Polaków starających się o amerykańskie wizy, równocześnie szczodrze i ochoczo dawali wizy esbekom i prominentnym komunistycznym działaczom.
Zastanawia mnie dlaczego, od lat już dwudziestu, tak cicho jest 13 grudnia każdego roku nad rozmowami Olszowskiego z ambasadorem Aristowem w kilka dni po podpisaniu Porozumień Sierpniowych; dlaczego tak cicho jest na temat konszachtów wyżej wymienionych z Husakiem i Honeckerem zmierzających do wprowadzenia, choćby na sowieckich bagnetach, alternatywnej ekipy władzy w Polsce?
To są kolejne czarne dziury. A jest ich więcej. Ale przecież nie o nie nam chodzi.
Patriotyzm archiwalny a tożsamość narodowa
Od czasu powrotu na scenę polityczną braci Kaczyńskich, mówi się w Polsce o prowadzeniu tzw. polityki historycznej. Mam wątpliwości czy jest jakiś drugi kraj, w którym pojęcie to weszło do języka polityki. Jest ono bowiem co najmniej dwuznaczne. Jak wiadomo Bóg nie mógłby prowadzić polityki historycznej, ponieważ nie może zmieniać przeszłości. W przeciwieństwie do cara. Ale Boga z carem zostawmy w spokoju, powróćmy do polityki historycznej braci Kaczyńskich.
We wstępie do książki Tadeusza Gardziela i Sławomira Gawrońskiego („Wybory 2007. Partie, programy, kampania wyborcza.”) postawiłem tezę, że Platforma Obywatelska swoją wygraną nad PIS-em zawdzięcza temu, że młodzi wyborcy, którzy tym razem masowo do urn poszli, wstydzili się Kaczyńskich. Co charakteryzuje to młode pokolenie i skąd ten wstyd?
W większości jest ono pokoleniem wrażliwym na imponderabilia. Wbrew pozorom nie jest to pokolenie kosmopolityczne. Młodzi ludzie z tego pokolenia mają rozwinięte poczucie tożsamości narodowej. Cechuje ich ten typ nowoczesnego patriotyzmu, który charakteryzuje ludzi żyjących i pracujących w środowisku wielokulturowym, ludzi, którzy ten współczesny, wielokulturowy świat rozumieją i są nań otwarci. Obu Kaczyńskim, nie mówiąc już o ich politycznym i społecznym zapleczu, świat ten jest nie tylko obcy, ale jest zupełnie dla nich niezrozumiały.
Jarosław Kaczyński – wiele na to wskazuje – nie należy do ludzi szczególnie uwrażliwionych na zasady etyczne i estetyczne, podobnie zresztą, jak ludzie, którymi się otacza. Środowisko to zdaje się cechować swego rodzaju daltonizm estetyczny i autyzm moralny, ale nie ośmieliłbym się twierdzić, że Kaczyńscy nie są patriotami. Tyle, że są to patrioci archiwalni. Ich patriotyzm jest anachroniczny, wczorajszy, przystosowany do świata, w którym obrona granicznego płotu przed wrogim sąsiadem (a każdy sąsiad był potencjalnym wrogiem, bo mógł naszą miedzę zaorać) była powinnością i ostatecznym tego patriotyzmu sprawdzianem.
Model patriotyzmu „IV Rzeczypospolitej” przykrojony był według wzorca polskości martyrologicznej. Według modelu patriotyzmu wyznawanego przez Kaczyńskich, polski patriota, jak bohater z opowiadania Mrożka, na eleganckim przyjęciu otwierać powinien gębę, prezentować braki w uzębieniu i tłumaczyć: „za wolność wybili, za wolność…”.
We współczesnym, wielokulturowym świecie, w świecie „mozaikowych tożsamości”, taka postawa poczucie polskości obraża i znieważa, co znakomicie wyczuli młodzi, wykształceni, bywali w świecie i na świat otwarci, młodzi ludzie. Dla nich polityczny i etyczny klient Rydzyka jest kimś, kogo można się tylko wstydzić. Alain Malouffe, pisarz francuski arabskiego pochodzenia, w książce „Zabójcze tożsamości” pisze, że harmonia jego mozaikowej tożsamości bywa zakłócana wtedy, gdy jeden z fragmentów tej mozaiki zostaje zagrożony. Kaczyńscy stanowili zagrożenie dla poczucia polskości tych młodych ludzi – paradoksalnie oni budzili w nich patriotyzm. Ten patriotyzm kazał im pójść do urn, aby wreszcie zniknęli ze sceny ci, którzy przynosili im wstyd.
Wstyd przed światem
Motyw „wstydu przed światem” należy do polskiej tradycyjnej nadwrażliwości na opinię innych. To jeden z polskich kompleksów, który każe (dotyczy to zarówno wymiaru globalnego, międzynarodowego, jak i lokalnego, sąsiedzkiego) dostosowywać nasze postępowanie do własnych wyobrażeń o tym, „co o nas inni powiedzą”. Kompleks ten jest źródłem naszej wtórności w nauce, kulturze, sztuce, wyborach cywilizacyjnych, ale i w polityce. Jeśli jednak chodzi o jego współczesny wymiar w młodym pokoleniu, ma on nieco odmienny charakter i różną od tradycyjnego funkcję. Ci młodzi ludzie, żyjąc w świecie wielokulturowym, otwartym, chcą czuć się równoprawni. Chcą być postrzegani, jako normalni obywatele normalnego świata, którzy wnoszą do tego świata swoją specyfikę, ale nie zaskakują nikogo swoją odmiennością i egzotyką. Nasze martyrologiczne cierpiętnictwo jest obce tym młodym ludziom, którzy chcą – i mają do tego podstawy – czuć się w Europie ludźmi sukcesu. Historyczne cierpiętnictwo ich stygmatyzuje, natomiast postawa martyrologiczno roszczeniowa (bo przecież za te cierpienia coś się nam należy) ich obraża. A taką właśnie postawę martyrologiczno-roszczeniową proponują im Kaczyńscy (w większym nawet stopniu Lech niż Jarosław). Właśnie dlatego byli oni i pozostają w Europie odmienni i egzotycznie anachroniczni. To ludzie nie tylko z innego świata, ale innej epoki. Czy rzeczywiście oni są z epoki muzeów II wojny światowej, a nie muzeów Guggenheima? I tak i nie.
Bohdan Jałowiecki przeciwstawia muzeum Guggenheima w Bilbao (warto dodać, że dzięki temu muzeum, to, w gruncie rzeczy brzydkie miasto, stało się atrakcją turystyczną na skalę światową), muzeum Powstania Warszawskiego w Warszawie. Sprawa nie jest taka prosta. Z jednej strony można dojść do wniosku, że muzeum Guggenheima ściągać może zwiedzających z całego świata, a Muzeum Powstania Warszawskiego głównie z nadwiślańskich okolic, ale z drugiej strony, to pierwsze, zbudowane może być wszędzie (byle znalazły się pieniądze), to drugie może (i powinno) powstać tylko w Warszawie i nigdzie indziej. Ale samo przeciwstawienie – choć rozumiem, że jest ono swoistą figurą retoryczną – niezbyt mnie urzeka. Bo – i to wydaje mi się istotne – nie chodzi tu i chodzić nie może o lekceważenie świadomości historycznej. Hiszpanie też ją cenią – wystarczy pojechać do Toledo, żeby się przekonać, jak pielęgnowana jest pamięć o wojnie domowej. To, co można tzw. polityce historycznej, uprawianej przez Kaczyńskich zarzucić (Rydzyka bym tu nie mieszał, bo nawet Kaczyńscy na to nie zasługują), to zacieranie granicy między świadomością historyczną a świadomością plemienną.
Plemienna pamięć nakazuje pamięć zadanych krzywd, a w konsekwencji nienawiść przenosić z pokolenia na pokolenie. Nie ma ona nic wspólnego z pamięcią historyczną. Jest właśnie ahistoryczna, bo przeszłość traktuje tak, jakby działa się ona dzisiaj. W Rwandzie, w wojnach między plemionami Hutu i Tutsi, mordowane były także niemowlęta. Odbieramy to, jako monstrualne zwyrodnienie. Ale to nie jest tylko zwykłe okrucieństwo, lecz, do makabrycznych konsekwencji doprowadzona, racjonalizacja pamięci plemiennej. Bo te dzieci, gdy dorosną, będą pamiętać i będą się mścić na dzieciach oprawców swoich rodziców.
W zachodniej Europie od 1949 roku (powołanie do życia Rady Europy) powoli, nie bez kłopotów i konfliktów, budowany jest świat wolny od pamięci plemiennej. Ma w pewnym sensie rangę symbolu na miarę tej właśnie, nowej Europy, fakt, że poprzedni prezydent Niemiec, Richard von Weizacker, uważany był powszechnie, także poza granicami swego kraju, za człowieka o niekwestionowanym autorytecie moralnym. A był przecież synem hitlerowskiego ministra. W tej Europie Niemcy i Francuzi, Hiszpanie i Anglicy uczą się żyć obok siebie i ze sobą. Przepustką do tej Europy jest oczywiście potencjał gospodarczy, ale jest także, a może nawet przede wszystkim, umiejętność współżycia. Młodzi Polacy zdają znakomicie egzamin z tej umiejętności. Kaczyńscy niewiele z tego rozumieją.


