i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-03-16 11:37:18

Na różnych forach, także w moich felietonach, zwracałem uwagę na fakt, iż ruchy ekologiczne są wrogami wolności. Jakiekolwiek ich działania mają na celu narzucenie nam określonych – najczęściej destrukcyjnych dla zamożności – zachowań za pośrednictwem wzmacnianych groźbą użycia przymusu państwowych regulacji; wybory czy referendum to dla nich anatema.
Ale tak zwani „głębocy ekolodzy”, jak ich się nazywa w języku angielskim, nie tylko chcieliby nam narzucać swoje ideologiczne rojenia jako obowiązującą rzeczywistość, ale najchętniej pozbyli by się nas w ogóle. Piszą liczne książki o tym, jak świetnie nasza planeta prosperowałaby bez ludzi, którzy (rzekomo) są przyczyną globalnego ocieplenia.
Zresztą nie tylko ludzie są – według nich – ciężarem dla naszej nadmiernie podgrzewanej planety. Ludzie i ich samochody są niechętnie widziani; to wiemy. Ale dosłownie dzień po (niemal) skutecznych działaniach na rzecz całkowicie sztucznego drastycznego podwyższenia cen paliw kopalnych, ujawniony został kolejny cel. Nie tylko samochody ze swoich rur wydechowych ocieplają naszą planetę.
Krowy i świnie ze swoich rur wydechowych ocieplają ją w takim samym stopniu jak samochody. Implikacje wydają się oczywiste. Po ludziach, zwierzęta hodowlane będą następne w kolejce. W latach 50. XXw., w związku z promowaną przez Sowietów, za polskim pośrednictwem, propozycją strefy bezatomowej w Europie Środkowej, przez Polskę przeszedł dowcip, że następną inicjatywą będzie utworzenie w Europie Środkowej strefy bezmięsnej (jako, że mięsa w komunizmie brakowało od zawsze). Ekoświrownia ma jednak nie regionalne, lecz globalne ambicje uczynienia świata strefa bezmięsną.
Ale „sympatie” głębokich ekologów, to znaczy głęboko nienawidzących istot żyjących, idą dalej. Kilka tygodni temu z notatki prasowej dowiedziałem się, że nie tylko prukające krowy, ale i siusiające psy zanieczyszczają środowisko nie gorzej niż samochody.
Taki jest stan „sympatii” do istot żyjących ze strony ekologów. Czy na tym rzecz się zakończy? Angielski pisarz z początków XX w., D.H.Lawrance, pisał o wspaniałym świecie, w którym cały glob porastałaby piękna trawa i tylko od czasu do czasu widać by było dumnego zająca patrzącego na tak wspaniałe dla niego środowisko. Podejrzewam jednak, że „głębocy ekolodzy” mogliby nie oszczędzić nawet lawrance’owskich zajęcy.
Pewien niemiecki entomolog w swojej książce zwrócił uwagę, że gdyby potraktować poważnie antropogeniczną teorię globalnego ocieplenia (czyli teorię o jego ludzkim pochodzeniu), to trzeba zwrócić uwagę na to, że owady wytwarzają więcej dwutlenku węgla niż ludzie. Czyżby więc owady miały być następne w kolejce?
W czasach stalinowskich opowiadano – po cichu, rzecz jasna! – taki dowcip: „Towarzysz Stalin bardzo kocha dzieci. Ale nie cierpi dorosłych...” Kto wie, czy w obliczu poglądów i ambicji zmieniania świata przez ekoświrownię nie będziemy musieli zmienić nieco opinii na temat jednego z największych zbrodniarzy w historii ludzkości. W końcu Towarzysz Stalin nie cierpiał „tylko” dorosłych; dzieci miały jeszcze jakąś szansę...


