i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2011-02-27 17:47:36

„Nie ogarniam świata” pisał nie tak dawno Ryszard Kapuściński, a twierdził tak dlatego, że świat stał się zbyt skomplikowany i nieprzewidywalny nie tylko dla genialnego reportera, ale także dla agencji wywiadowczych, think-tank’ów, najlepszych analityków, specjalistów od spraw międzynarodowych itp. Któż bowiem mógł przewidzieć, że uliczny sprzedawca Mohamed Bouazizi nękany przez tunezyjską policję dokona samospalenia w proteście przeciwko niesprawiedliwości tego świata. W dosłownym sensie był to zapalnik, który uruchomił ludową rewoltę skierowaną przeciwko skorumpowanemu prezydentowi Ben Alemu, a szczególnie znienawidzonej jego żonie Leili, która stała na czele klanu Trabelsi pasożytującego na tunezyjskim państwie.
Przykład Tunezji stał się katalizatorem ludowej rebelii w Egipcie, Bahrajnie, w Libii, gdzie wypadki wskutek gwałtownej reakcji dyktatora Muammara al-Kaddafiego, który wydał rozkaz strzelania do protestujących tłumów, przybrały katastrofalne rozmiary. W mniejszym stopniu ruch protestu objął Jordanię i Algierię, a prawie nie dotarł do Maroka.
Państwa zachodnie, z wrodzoną sobie hipokryzją, z jednej strony werbalnie deklarują poparcie dla tych ruchów, mających ludziom ciemiężonych przez dyktatorów przynieść wolność i demokrację, z drugiej wszakże strony obawiają się anarchii, dojścia do władzy muzułmańskich fundamentalistów i zagrożenia dla Izraela, żeglugi na kanale sueskim, dostaw ropy, zakłóceń w ruchu turystycznym milionów Europejczyków wypoczywających dotychczas na tunezyjskich i egipskich plażach. Dyktatorzy może byli niesłuszni, ale utrzymywali porządek na południowych wybrzeżach Morza Śródziemnego. Teraz przywódcy świata zachodniego naradzają się gorączkowo, bo nie wiedzą jaki obrót przybiorą toczące się wydarzenia, którym mogą się jedynie przyglądać i składać deklaracje bez realnego znaczenia z cichą nadzieją, że armie tunezyjska, egipska, libijska i inne opanują sytuację.
W krajach objętych ludową rebelią nastąpi wymiana części elity, ale oczywiście o żadnej demokracji mowy być nie może. Demokracja bowiem możliwa jest tylko w tych krajach, w których istnieje wykształcony przez kilka stuleci system instytucji politycznych i społecznych oraz ugruntowane przez pokolenia nawyki negocjacji i porozumienia różnych aktorów społecznej sceny, zwane kulturą polityczną. Z demokracją mają kłopot także postsocjalistyczne państwa Europy Środkowej i Wschodniej jak np. Polska i Węgry, nie wspominając już o Białorusi, a co dopiero kraje południowych wybrzeży Morza Śródziemnego. Wiedzą o tym dobrze politycy krajów zachodnich toteż mówiąc o demokracji myślą jednocześnie jak pomóc znaleźć ludzi, którzy zastąpią Hosni Mubaraka w Egipcie czy Ben Alego w Tunezji i ponownie zapewnią spokój.
Ludowa rebelia, którą obserwujemy codziennie na ekranach telewizorów ma oczywiście głębokie przyczyny. Należy do nich bieda znacznej części społeczeństw, rażące nierówności społeczne, wszechobecna korupcja, brak szans życiowych dla coraz lepiej wykształconych roczników młodzieży, dla których nie ma pracy. Uliczny sprzedawca, który podpalił się w Tunezji miał wyższe wykształcenie. Nie bez znaczenia jest też wzrost klasy średniej napotykającej bariery rozwoju przedsiębiorczości, blokowanej przez skorumpowany układ władzy.
Słabością każdej ludowej rebelii, w odróżnieniu od rewolucji, jest brak ideologii, a więc sprecyzowanych celów działania oraz zorganizowanego przywództwa. Cele rebeliantów to obalenie znienawidzonego dyktatora, ale działanie do tego tylko się ogranicza. W rezultacie na miejsce starego przychodzi nowy w opakowaniu praworządności, demokracji i innych pięknych obietnic.
Ta pesymistyczna prognoza nie musi się oczywiście sprawdzić, choć rzecz jasna o demokracji w typie „zachodnim” nie ma nawet co marzyć. Interesującą analizę społecznego charakteru tej ludowej rebelii przeprowadził w jednym z ostatnich numerów „Le Nouvel Observateur” (10-16 luty) francusko-irański socjolog, badacz z Wyższej Szkoły Nauk Społecznych (EHESS), Farhad Khosrokhavar. Jego zdaniem przynajmniej część uczestników tych ruchów społecznych charakteryzują następujące cechy: opierają się na świeckiej wersji islamu, przywróceniu godności obywateli, odrzuceniu prymitywnej antyzachodniej ideologii, akceptacji równości płci, wyłanianiu się nowej klasy średniej, nowym panarabizmie, żądaniu sprawiedliwości społecznej i wykorzystaniu najnowszej technologii komunikacji (Twitter i Facebook). Jednocześnie cytowany autor zauważa słusznie, że ruchom tym brak jest wiarygodnego przywództwa. Ale czy ten nurt zwycięży czy przeciwnie - do głosu dojdą religijni fundamentaliści lub nowi, starzy dyktatorzy.
Tak się złożyło, że w okresie wydarzeń w Kairze i obaleniu Mubaraka byłem w Maroku, gdzie panował błogi spokój i nic nie wskazywało na wzrost napięcia, który można było obserwować w sąsiedniej Algierii. Maroko jest dziedziczną konstytucyjną monarchią, z której spora część Marokańczyków jest dumna. Wieloletnie panowanie króla, w przeciwieństwie do czterdziestoletniej obecności republikańskiego dyktatora, wydaje się czymś naturalnym, chociaż oczywiście także zdarzają się królobójcy. W Maroku również istnieje skrajna bieda, brak pracy szczególnie dla wykształconej młodzieży, korupcja. Sytuacja na rynku pracy jest widoczna gołym okiem. Pracują głównie mężczyźni, w hotelu na kilkudziesięciu kelnerów była tylko jedna kelnerka. Kobiety pracowały natomiast jako pokojówki. Ta maskulinizacja nie wynikała z nakazów religii, bo Maroko jest krajem w zasadzie świeckim, ale z braku pracy w ogóle, a dla kobiet w szczególności.
Marokańska ulica jest, jeżeli chodzi o ubiór kobiet, różnorodna i kolorowa. W miastach spotyka się, przeważnie młode kobiety, ubrane po europejsku, czasem modnej kreacji towarzyszy zasłonięta chustą głowa, ale także wiele jest osób ubranych w tradycyjne stroje a nawet w niqaby zasłaniające całą sylwetkę z wyjątkiem oczu. Na wsiach stroje ludowe są powszechne, a widząc nadjeżdżający samochód kobiety zasłaniają twarz. W Maroku byłem kilka razy i wydaje mi się, że rozpowszechnienie europejskiego kobiecego stroju jest teraz w regresie. To zaznaczanie swojej tożsamości obecne w diasporze jest także widoczne w rodzinnym kraju. Ale być może to tylko wrażenie, na podstawie potocznej obserwacji, nie popartej bardziej wiarygodnymi danymi.
Zarówno w Maroku, jak i w Algierii funkcjonują niektóre atrybuty demokracji, jak partie polityczne czy korzystająca częściowo z wolności wypowiedzi niezależna prasa. W Algierii np. ukazuje się 49 dzienników sprzedających codziennie 6 milionów egzemplarzy i 20 tygodników, natomiast telewizja i radio są pod ścisłą kontrolą władz. Być może te, w gruncie rzeczy, pozory demokracji stanowią jakiś wentyl bezpieczeństwa. Algieria, jak twierdzi w cytowanym numerze „Le Nouvel Observateur” algierski pisarz Rachid Boudjedra, przeżyła już dwie „rewolucje” w 1988 r. kiedy powstał system wielopartyjny i w 1991 r. kiedy - jak pisze Boudjedra - „algierska ulica odrzuciła przejęcie władzy przez islamistów”, co, jak wiadomo, zakończyło się kilkuletnią wojną domową, która pochłonęła 150 tys. ofiar.
Ale oczywiście trudno jest przewidzieć dalszy bieg wydarzeń w tych i innych krajach położonych na południowych brzegach Morza Śródziemnego. W każdym razie na przykładzie Maroka i Jordanii widoczna jest przewaga monarchii nad republiką, dynastycznego króla nad samozwańczymi dyktatorami.






