i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-06-25 10:35:46

Od kilku tygodni żyję jak w matrixie, ogarnia nas super rzeczywistość przenosząca w abstrakcyjne światy. Politycy dyskutują na temat prywatyzacji „służby zdrowia”, której nie ma, jest natomiast system ochrony zdrowia, który od zawsze funkcjonuje na zasadzie komercyjnej. Lekarze i pielęgniarki biorą za swoją pracę pieniądze, natomiast służba jest z reguły darmowa. Słuchając polityków odnoszę wrażenie „przeniesienia” w czasy PRL. Obowiązującą w tym systemie była komunistyczna, chociaż nigdy nie zrealizowana zasada: „wszystko każdemu to samo tego samego”. Poseł i rzecznik PiS Mariusz Kamiński wystąpił w telewizji, jak sprawny aparatczyk z dawnych lat, skąd te wzory u młodego człowieka po 20 latach transformacji? Wystąpił demagogicznie przeciwko prywatnym ubezpieczeniom. „Dlaczego ja, który dobrze zarabiam - perorował - mógłbym się prywatnie ubezpieczyć, a mój biedny kolega nie mógłby w lepszym standardzie leczyć swoich dzieci” - pyta retorycznie Poseł. Pan Poseł oczywiście wie, że ludzie nie są równi, że są także równiejsi. Te różnice chciał, chociaż mu się nigdy nie udało, zlikwidować komunizm. Pan poseł nie zdaje sobie chyba sprawy, że w swojej wypowiedzi gloryfikuje komunizm, co jest w III RP karalne (karanie za poglądy to oczywiście kompletna głupota).
Placówki ochrony zdrowia powinny być prywatne, co jest zresztą niemal regułą w tej chwili w Polsce. Prywatny system ochrony zdrowia jest dziś wart kilkanaście miliardów złotych. Natomiast system ubezpieczeń powinien być w części społeczny, a w części prywatny. Elementarnym prawem obywatela wolnego kraju jest przeznaczenie swoich pieniędzy, oprócz podatków i obowiązkowej składki na ochronę zdrowia, na to co chce: podróże zagraniczne, spożywanie drogich alkoholi, piękne kobiety albo na prywatne ubezpieczenie na wypadek choroby. Pozbawienie go tej możliwości jest praktyką komunistyczną, który z zasady ograniczał wolność obywateli. Tego samego chce teraz PiS. Pan Kamiński i jego szef wiedzą dobrze, że ludzie nie mają równych możliwości, ani nawet szans. Pan poseł może lepiej karmić swoje pociechy niż jego bezrobotny kolega, ma też dostęp do rządowej lecznicy (szpital MSW w Warszawie) i może posyłać dzieci (a jakże do prywatnego przedszkola), czego kolega zrobić nie może. Pan Mariusz Kamiński - rzecznik PiS mówi aparatczykiem partyjnym z okresu PRL.
Dostęp do placówek ochrony zdrowia jest tak samo ważny jak dostęp do mieszkania, oświaty, wypoczynku. Nigdy nie będzie on taki sam i równy dla wszystkich, bo jest to niemożliwe. Choć oczywiście można nad tym boleć. Każde dziecko w Polsce wie dobrze, że nie ma sprawiedliwości na świecie. Twierdzenie, że może zapanować powszechna równość i sprawiedliwość jest bałamutnym oszustwem.
Prezes - szef Pana Kamińskiego - jest zwolennikiem równomiernego rozwoju kraju. Polityka taka jest bardzo szkodliwa. Ćwiczyło to wiele krajów. Program rozwoju obszaru Appalachów w USA, który kosztował wiele miliardów dolarów zakończył się klęską. Miliardy lirów, a potem euro wpompowanych w rozwój Mezzogiorno nie tylko nie spowodowały rozwoju tego regionu, ale za to żywiły struktury mafijne. Również Sześcioletni plan rozwoju kraju, który przewidywał w latach 1949-1955 wyrównanie różnic między Polską „A” i Polską „B” zakończył się sukcesem w Polsce „A”. Natomiast większość inwestycji przewidzianych na obszarach na wschód od Wisły nie została zrealizowana z powodu braku infrastruktury i kapitału ludzkiego. Jak ważny to czynnik pokazuje inny przykład. W latach 70-tych otwierano dwie fabryki łożysk tocznych w Poznaniu i w Kraśniku. W pierwszej szybko osiągnięto założoną wielkość i jakość produkcji, w Kraśniku nie udało się to nigdy. Przyczyną były kwalifikacje i kultura pracy robotników poznańskich i kraśnickich. Tzw. ściana wschodnia jest obszarem depresji demograficznej, nie ma tam ludzi do pracy, a szczególnie ludzi o odpowiednich kwalifikacjach. Są oczywiście enklawy: Rzeszów, Lublin, Białystok. W polityce regionalnej należy wspierać miasta - metropolie. Równomierny rozwój jest postulatem komunistycznym, w dodatku nigdy nie zrealizowanym.
Różnice między obszarami na wschód i na zachód od Wisły wynikają z procesów długiego trwania. Kiedy odsetek ludności miast w u progu XVI wieku wynosił w Wielkopolsce ponad 20%, to w Małopolsce i Mazowszu zaledwie ok. 10%. Podobnie duże różnice były w wydajności rolnictwa. Obszary wschodnie nie nadrobią w dającym się przewidzieć czasie wiekowego zacofania.
Politycy przed wyborami, także z kręgu Platformy Obywatelskiej, wydają się być coraz bardziej przeciwni prywatyzacji. Od lat prywatyzuje się pozornie, tak żeby zostawić cugle w rękach państwowej biurokracji. Wymienić można np. KGHM, którym rządzą związki zawodowe oraz „Orlen”, który zamiast biznesu realizował polityczne mrzonki poprzedniego Prezydenta kupując rafinerię w Możejkach. W rezultacie firma ma duże straty. Ostatnim pomysłem jest kupno za pieniądze podatników banku WBK. Operacja ma kosztować ok. 10 mld złotych wypłaconych w znacznej części z budżetu państwa. Bank ten ma kupić PKO BP w związku z czym nie wypłaci dywidenty skarbowi państwa. Pomysł ten jest niczym innym jak renacjonalizacją. Opowiada się za tym m.in. Jan Krzysztof Bielecki uzasadniając ten pomysł koniecznością przejmowania przez polski kapitał zagranicznych przedsiębiorstw. Piękny przykład gospodarczego nacjonalizmu w jednoczącej się Europie. JKB ma ponoć opinię liberała, ale chyba zupełnie niesłusznie. Miejmy nadzieję, że minister Jacek Rostocki nie dopuści do tego szaleństwa.
Gdzie my jesteśmy po 20 latach transformacji? Czy na drodze rozwoju, czy też na powrotnej ścieżce do PRL z państwową własnością, z populistycznym, nie możliwym do realizacji w realnym świecie, egalitaryzmem, z równomiernym rozwojem każdego kawałka kraju, co prowadzi nieuchronnie do stagnacji, a więc do entropii. Ale zrozumienie tego faktu albo przekracza wiedzę wielu polityków, albo świadomie wciskają ludziom „kit”, „bo głupi naród to kupi”. W internecie krąży, oby nie proroczy, wierszyk: „Z WOLI PIS - PRL - BIS”.
Jednak nie jestem szczególnie zaskoczona ani osobliwościami charakteryzującymi reguły funkcjonowania polskich instytucji demokratycznych, ani też zachowaniami społecznymi – w całej ich rozciągłości.
Bo nie są to osobliwości. Wprost przeciwnie – mamy tu prawidłowości.






