i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-11-11 14:03:40

Modnym sloganem po obu stronach Atlantyku jest tzw. zielona gospodarka. Sloganem, gdyż na poziomie ogólników słyszymy wiele obietnic, natomiast gdy przechodzi się do konkretnych propozycji, to z ekonomicznego punktu widzenia wieje grozą. Nieodłączną częścią tej gadaniny są zwykle alternatywne źródła energii.
Większość pomysłów na „zieloną gospodarkę” bierze się z przekonania, że to ludzkość, używając kopalin (węgla, ropy, gazu), jest powodem globalnego ocieplenia. Wielu uczonych różnych specjalności (astrofizyków, geologów, chemików i in.) ostrzega jednak, że hipoteza ta jest słabo ugruntowana empirycznie, a w dodatku oparta na modelach matematycznych wrażliwych na poczynione przez „modelarzy” założenia. I nawołuje do ostrożności w działaniu.
Ich zdaniem bowiem, działania te – które są wielce kosztowne i znacznie obniżą nasz poziom życia – mogą oznaczać ogromne koszty bez żadnych efektów, skoro źródła ocieplenia tkwią gdzie indziej! Zostawmy przedstawicielom nauk matematyczno-przyrodniczych ten obszar dyskusji i spójrzmy – ograniczając się do własnej profesji – na koszty ekonomiczne. Załóżmy przez chwilę, że „nowa religia ekologiczna” głosi prawdę i zastanówmy się nad kosztami takiego przedsięwzięcia. W końcu nie jest bez znaczenia, czy cel ten osiągniemy mniejszym czy większym spadkiem naszego poziomu życia.
Spójrzmy więc na Hiszpanię, której socjalistyczny rząd – wyznający z wielką żarliwością tę nową, „postępową”, religię – entuzjastycznie rozwijał w ostatnich latach produkcję energii słonecznej. Badania ekonomistów z Universidad Juan Rey Carlos wykazały ogromne koszty takich działań. Wyliczyli oni, że jedno miejsce pracy powstałe w przemysłach pracujących na rzecz wykorzystania energii słonecznej (produkcja paneli słonecznych, budownictwo i in.) kosztuje 570 tys. euro, to jest 2,2 razy więcej niż miejsca pracy powstałe w innych gałęziach gospodarki. Innymi słowy, nawet gdyby rząd uważał, że wie lepiej niż prywatny sektor, gdzie zainwestować pieniądze (co, jak wiemy, jest nieprawdą!), to zrobiłby lepiej wspierając inne gałęzie produkcji i usług, gdyż zamiast 50 tys. miejsc pracy powstałoby ich gdzie indziej ponad 100 tys.
Jak wiadomo pieniądze na drzewach nie rosną (choć dzieci doby automatów płatniczych twierdzą, patrząc na swych rodziców, że wyrastają ze ściany...). I jeśli je się da jednym, to trzeba zabrać drugim. Otóż, żeby przedsiębiorcy chcieli budować potwornie kosztowne elektrownie słoneczne, rząd hiszpański rząd wyznaczył cenę regulowaną na dostawy energii słonecznej w wysokości 575%(!!!) ceny rynkowej. I jak dobry socjalista zadbał, by niedobre wielkie korporacje nie utuczyły się zbytnio. To znaczy wyznaczył subsydiowaną cenę dla dużych producentów energii słonecznej w wysokości „tylko” 300% ceny rynkowej. Dodatkowo więc zwiększył udział relatywnie mniej wydajnych małych „farm” słonecznych.
Całe przedsięwzięcie kosztowało w latach 2004-08 28,6 mld. euro, licząc tylko subsydia. A przecież do tego dochodzą koszty wykupu ziemi, granty związane z budową farm słonecznych i in. Podobnie jak przez poprzednie 40-50 lat, alternatywne źródła energii są potwornie kosztowne i mogą istnieć tylko w wyniku ciągłego transferu środków z bardziej wydajnych gałęzi wytwórczości. Z badań wspomnianego uniwersytetu wynika to, co ekonomiści wiedzą „od zawsze”. Mianowicie, że taki transfer jest poprostu niszczeniem bogactwa...


