i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-12-28 08:35:50

- Coraz lepiej rozumiemy jak niezwykła była prezydentura Lecha Kaczyńskiego w porównaniu z jego poprzednikami i jego następcą - powiedział Zdzisław Krasnodębski na inauguracyjnym spotkaniu ruchu „Zobowiązanie i pamięć”. Krasnodębski jest profesorem. Nie wiem czego, ale to nie ma znaczenia. Bardziej od naukowej specjalności znany jest jego emocjonalny stosunek do PIS-u i Kaczyńskich. To zapewne wyjaśnia, przynajmniej częściowo, że „niezwykłość” prezydentury Lecha Kaczyńskiego ocenia w porównaniu do tych prezydentur, które znać może, ale i do tej, która zaledwie się rozpoczęła, a więc nikt o normalnym osądzie osądzać jej jeszcze nie powinien. Prezydenta Komorowskiego zostawmy więc w spokoju. Może się on okazać prezydentem wybitnym, czego, jako obywatel tego kraju (w przeciwieństwie do Krasnodębskiego) życzę mu szczerze, a może się okazać tak mały, jak moim zdaniem był Lech Kaczyński, a nawet mniejszy. Problemem jest jednak co innego.
***
Jaka jest ta myśl tragicznie zmarłego prezydenta, która ma rodzić zobowiązanie i zostać zachowana w pamięci? W tekstach Krasnodębskiego, Wildsteina, Semki i innych pomniejszych wyznawców, a nawet w telewizyjnych wystąpieniach naszej socjologicznej celebrytki, Jadwigi Staniszkis, nie można się tej myśli doszukać. Jedyne znane mi teksty, w których polityce PIS-u, w tym prezydenturze Lecha Kaczyńskiego, przypisywana jest głębsza myśl ideowa i polityczna to eseistyka i publicystyka Ewy M. Thompson, slawistki, literaturoznawcy, profesora uniwersytetu Rice w Huston i redaktora „Sarmatian Review”. O ile mi wiadomo dwie jej książki zostały w Polsce wydane, jej artykuły i wywiady z nią ukazywały się w „Europie”, dodatku do „Dziennika” oraz w kilku specjalistycznych czasopismach. Jej twórczość nie jest więc w Polsce nieznana. Więcej – była ona eksponowana, właśnie jako intelektualna interpretacja polityki PIS-u i braci Kaczyńskich. Zresztą pomysły ideowo-teoretyczne Thompson są rzeczywiście inspirujące i oryginalne.
I co? I nic. Zapewnione zostały podstawowe warunki, aby weszły w obieg publicznej dysputy. Nic z tego. Dlaczego? Zanim spróbujemy na to pytanie odpowiedzieć, konieczne jest – choć w ogromnym uproszczeniu – przedstawienie tych pomysłów teoretycznych amerykańskiej slawistki, które w naszą dzisiejszą refleksyjność, używając żargonu Giddensa, wnoszą nowe elementy do intelektualnego, a także politycznego przetrawienia.
***
W wykładzie otwierającym sympozjum na uniwersytecie w Toronto, zatytułowanym "Ways of Remembering: the Case of Poland" ("Drogi pamięci: przypadek Polski") Ewa Thompson przedstawia rodzaje (gradację) pamięci. Możemy sobie tę kwestię darować, ponieważ lista tych pamięci oraz ich "hierarchizacja" jest w zasadzie banalna i wynika z "piramidy przynależności" każdego człowieka, który "należy" najpierw do siebie, dalej do rodziny, społeczności lokalnej i do zbiorowości jeszcze szerszej.
Najistotniejsze w koncepcji Thompson jest rozróżnienie pamięci kolektywnej i kulturowej (collective memory and cultural memory), przy czym, jak twierdzi Thompson, Polacy mają trudności z transformacją tych pamięci. Tzw. cultural memory – jeśli dobrze myśl Thompson rozumiem – utożsamiana jest przez nią z pamięcią narodową, gdzie indziej dowodzi, że w narodową świadomość historyczną (pamięć narodową) wchodzą przede wszystkim a nawet wyłącznie te treści, które są spisane (literatura) a nie te, które są „tylko” przedstawione (malarstwo, pomniki w szczególności, z czym się zgadzam w pełni, przejeżdżając codziennie obok koszmarnego, odlewniczego kiczu przedstawiającego Jana Pawła II, który – pomnik, a nie osoba – wart jest tylko natychmiastowego zapomnienia). Mimo jednak moich osobistych doświadczeń i narodowo-estetycznych przeżyć, nie jest dla mnie do końca czytelne owo rozgraniczenie pamięci kulturowej (narodowej a więc piśmiennej, ergo intelektualnej) i zbiorowej, wspólnotowej (kolektywnej a więc wizualnej, wyłącznie symbolicznej). To prawda, że obserwując motłoch "broniący" krzyża na Krakowskim Przedmieściu zdaję sobie sprawę z jego podatności na symbole "wizualno-akustyczne" i całkowitą niewrażliwość na argumenty, które można przedstawić w formie literackiej, czy choćby tylko piśmiennej. Zresztą żaden tłum nie jest wrażliwy na racje. Nie sądzę jednak – o czym później - aby taka ilustracja różnicy między pamięcią kolektywną a kulturową podobała się Ewie Thompson. Ale rozgraniczenie to jest dla jej koncepcji kluczowe. Polska pamięć – twierdzi – jest bardziej kolektywna niż kulturowa. Być może więc chodzi o pamięć plemienną i narodową. Uściślenia te nie są w tekstach Ewy Thompson jasne, ale nie jest to najważniejsze. Idźmy dalej, dalej jest ciekawiej.
***
Polaków – dowodzi Thompson – cechuje niedojrzałość, cierpiętnictwo, kult martwych, przegranych bohaterów. Z polskimi elitami jest jeszcze gorzej, cierpią bowiem na chroniczną chorobę intelektualnego wasalstwa, niepewność własnej wartości, nadwrażliwość na opinię innych, przede wszystkim rzecz jasna Zachodu. Dlatego przedstawiciele polskiej elity skłonni są zabiegać w salonach Paryża, Londynu czy Brukseli o akceptację i uznanie. Polska bowiem (ale nie tylko Polska, bo także wszystkie kraje naszej części Europy), to kraj postkolonialny.
Ewa Thompson w innym tekście, drukowanym już na łamach „Europy”, dodatku do „Dziennika”, zauważa, że skolonizowane umysły zawsze umieszczają centrum cywilizacji poza granicami własnego kraju, wierząc, że inna władza jest lepsza, i gardząc tą, która wyłoniła się na ich własnym podwórku. Skolonizowana mentalność odznacza się wiarą, że najwyższa mądrość zawsze mieszka za granicą, a prawdziwa kultura jest odległa, nigdy zaś rodzima. Tę cechę skolonizowanej mentalności Autorka przypisuje polskim elitom, której głównymi i najbardziej demonicznymi jawili się jej Geremek i Michnik (zupełnie jakby się naczytała Ziemkiewicza, Semki and Co) i – co już nie wydaje mi się trafne – sądzi, że można ją zaobserwować wśród polskiego kleru. Z tą grupą społeczno-zawodową, w moim przekonaniu, jest dużo gorzej, o czym jednak później.
Nasi kolonizatorzy zadbali skutecznie, aby historia Polski nie została włączona w pamięć kulturową Europy. Przezwyciężenie tej mentalności nie jest sprawą prostą, bo – zdaniem Thompson – podejmowane próby raczej ją pogłębiają. Wyrazem naszej historycznej niedojrzałości jest koncentracja na "miejscach pamięci", które są najwyżej substytutem wolnej, kulturowej pamięci, ale nie są jej budulcem. Co więcej, te miejsca pamięci, to przede wszystkim groby – dosłowne i symboliczne. Nic nie mobilizuje polskiej diaspory efektywniej – mówi Thompson – niż wiadomość, że będzie gdzieś budowany pomnik Katynia; pieniądze w tym celu płyną łatwo i obficie…. Zapewne teraz polska diaspora, przede wszystkim amerykańska, najbardziej prymitywna niestety, będzie chciała budować pomniki pamięci Smoleńska i Kaczyńskiego. Gloria Victis. Ale już zwycięzcy chwały nie doczekają, bo każdy sukces jest nad Wisłą podejrzany i każdy, kto go odniósł lub się doń przyczynił, zostanie opluty; osnuje go pajęczyna insynuacji i pomówień.
***
Ewa Thompson, założycielka i redaktor „Sarmatian Review” nie lubi romantyzmu, pozytywizmu chyba też nie, bo uważa, że cała polska literatura postrozbiorowa jest zatruta. Z wieszczem Adamem na czele.
Odtrutką na naszą postkolonialną świadomość byłby powrót do czasów wcześniejszych, przedrozbiorowych, do literackiej i nie tylko literackiej, sarmacczyzny. Literatura przedrozbiorowa nie była wielka ani godna moralnego podziwu – pisze Thompson - była jednak literaturą zdrową. /…/ Nawet jeśli przyznamy, że bogactwo polskiej literatury dwóch ostatnich stuleci znacznie przewyższa osiągnięcia literackie okresu przedrozbiorowego, trudno zaprzeczyć, że istnieje między nimi fundamentalna różnica psychologiczna.
Co z tego, że Sarmata był prymitywny, zadufany, niechętny wpływom Zachodu z wyjątkiem Watykanu? Ale był zadowolony z siebie i nie dał sobie w kaszę dmuchać jakimś zniewieściałym francuzikom. Jego intelektualna siermiężność, przaśność i ksenofobia może zostać dziś przekuta na pancerz chroniący Polaków przed postkolonialnym klientelizmem wobec Zachodu, ze szczególnym uwzględnieniem Brukseli. W tej uproszczonej rzecz jasna prezentacji jest szczypta ironii, ale nie wypacza ona, jak sądzę, teoretycznych pomysłów amerykańskiej slawistki. Jest przecież różnica między „Moraliami” Wespazjana Kochowskiego a „Pamiętnikami” Jana Chryzostoma Paska, tak jak jest mimo wszystko różnica, jeszcze bardziej przepastna, między „Rzeczpospolitą” a imperium medialnym Rydzyka, czy portalem Prawica.net.
Wcześniej zasygnalizowałem niezgodę na opinię Thompson przypisującą polskiemu klerowi mentalność postkolonialną. Pozostając w kręgu jej kulturowych i literackich odniesień, polskiemu klerowi, a wielu hierarchom w szczególności, przypisać należałoby raczej postawę sarmacką. Od obżarstwa, opilstwa i umiłowania przepychu, do ksenofobii i podejrzliwości wobec zgniłego oczywiście Zachodu oraz niechęci wobec tzw. obcych wpływów. To jednak dygresja.
Niezależnie bowiem od różnych uwag krytycznych, konceptu Thompson i poprzedzającej go analizy lekceważyć się nie powinno. Ani lekceważyć ani przemilczać. Ale wykorzystanie tego konceptu byłoby możliwe tylko wtedy, gdyby były jakieś elity zdolne zrozumieć, podjąć i na użytek własnych programów politycznych ten koncept przetworzyć. Naprowadza nas to na przerwany wcześniej wątek PIS-u, Kaczyńskich a także – szerzej – całej polskiej prawicy a nawet polskiego Kościoła. Trzeba bowiem zadać sobie pytanie dlaczego ta właśnie, oryginalna teoria nie została w Polsce przez te kręgi wprowadzona w obieg publicznego dyskursu.
***
Niedojrzałością polskiej demokracji, polskiej sceny politycznej i wreszcie polskiej klasy politycznej a nie polskich elit (polityków do elity nie zaliczam) jest odwrócona relacja zależności i wpływu. Relacja normalna (naturalna, dojrzała) polega na tym, że politycy czerpią z bogactwa kulturowej pamięci narodu idee i wątki przydatne dla konstrukcji politycznych programów. Kulturowej pamięci nie rozumiem rzecz jasna wąsko, ale pojęcie to przejęte z tekstów Thompson, rozumiem szerzej, także jako koncepcje, idee, myśli o niezweryfikowanej jeszcze przez czas aktualności – można nawet przyjmować, że chodzi tu także o bieżący dorobek nauki. Czy są jednak tacy politycy?
14 grudnia 2010 roku, w popularnym programie Moniki Olejnik „Kropka nad i”, w TVN24, wyemitowana została rozmowa z prominentnym politykiem PIS-u, Joachimem Brudzińskim, który w zdecydowanej większości telewizyjnych przebitek filmowych pojawia się z reguły obok Jarosława Kaczyńskiego. Wywiad następnego dnia komentowany był szeroko i powszechnie oceniony jako demonstracja niebywale prymitywnego chamstwa. Skłonny jestem podejrzewać, że komentarze te wywołane zostały przez swego rodzaju szok wynikający z faktu, że poseł ten bardzo długo nie pojawiał się w mediach (został „schowany” w ramach pijarowskiej reorientacji wizerunku PIS-u, który miał być „miękki’ i bardziej cywilizowany). Brudziński jednak zawsze taki był i innym być nie umiał. Co prawda nosi garnitur, ale, przynajmniej ja, zawsze widzę go odzianego w dres – jest to dla mnie parlamentarny PIS-owski „dresiarz”. Zupełnie nie mogę sobie wyobrazić tego osobnika czytającego Wacława Potockiego a tym bardziej Wespazjana Kochowskiego. Tak samo jak nie mogę sobie wyobrazić czołowego intelektualistę PIS-u po szkole zawodowej, skąd inąd przecież wicemarszałka sejmu, Kuchcińskiego, zaczytanego w poezji barokowej. Ale z grubsza biorąc taki właśnie jest poziom umysłowy (świadomie nie używam tu określenia intelektualny) większości polityków PIS-u, który wydaje się być naturalnym „odbiorcą” tej ideologii.
A więc jedna przyczyna jest prosta i okrutnie banalna. Oferta intelektualna Thompson nie trafia do nadawcy. Ten bowiem jej nie wykorzysta z tego prostego powodu, że nie będzie wiedział o czym mowa. Ale to wyjaśnienie, gdyby na nim poprzestać, byłoby nazbyt prostackie.
O tym, że polityka dzisiaj przestała być sceną kultury, na której odgrywany jest spektakl sporu odmiennych wizji przyszłości, publicznego dyskursu wartości, w dużej mierze decydują media. Można się pastwić nad poziomem umysłowym większości polskich polityków, ale trudno nie dostrzegać niedokształcenia i umysłowego ubóstwa dziennikarzy. A przecież oni są nie tylko pośrednikami w rozmowie między politykami a ich wyborcami (społeczeństwem), oni są tymi, którzy narzucają przedmiot i standard rozmowy i decydują, że polityka staje się rynkiem, na którym dominuje konkurencja oparta o retorykę agresji.
***
Politycy PIS-u rzecz jasna nie czerpali intelektualnego natchnienia z koncepcji amerykańskiej slawistki z powodów wcześniej przedstawionych, natomiast ona dopisywała Kaczyńskim motywy zgodne jej zdaniem z postsarmackim pojmowaniem polskiej racji stanu. Z pozoru mieści się to w dzisiejszych regułach odwróconej zależności – politycy nie czerpią inspiracji z nauki, naukowcy natomiast stają się, jak choćby wspomniana wcześniej Jadwiga Staniszkis, komentatorami działań polityków (Krasnodębski nie jest nawet komentatorem, to tylko wyznawca). Mimo wszystko nie dotyczy to Thompson.
W jej koncepcji odwołania się do sarmatyzmu, a więc w konsekwencji odrzucenia wartości oświeceniowych, zawiera się myśl warta dyskusji, ponieważ rzeczywiście weszliśmy – my w Polsce, ale także my w Europie, a nawet my w świecie – w fazę swoistego interregnum. Tradycyjne wartości, które dotąd mniej lub bardziej skutecznie normowały ład społeczny świata, w którym żyliśmy, umarły a nowych jeszcze nie ma, co gorsza nawet nie ogarniamy ich wyobraźnią. Z czegoś to przecież wynika, że w literaturze (Ewa Thompson jest wszak literaturoznawcą) dominuje niebywale rozbuchany nurt fantasy, a na kreację utopii (niegdyś tak popularnych) nikt się już nie porywa.
Demokracja osiągnęła poziom własnej karykatury dając licznym durniom przewagę nad z natury nielicznymi mędrcami, elity stały się pośmiewiskiem motłochu, tolerancja okazuje się słabością, polityczna poprawność sięgnęła pułapu śmieszności, prawo do wolności niszczy podstawy bezpieczeństwa, otwartość na innych pozbawia nas poczucia tożsamości – listę można kontynuować jeszcze długo. Co gorsza nie wiadomo, jak z tego wybrnąć. Thompson podsuwa pomysł – cofnijmy się. Cofnijmy się do wartości dawno utraconych, nawet za cenę odrzucenia wartości później osiągniętych. Odrzućmy Oświecenie, te wszystkie prawa człowieka i obywatela, umowy społeczne, wolności indywidualne, odrzućmy globalizację – powróćmy do wartości podstawowych – rodzina, naród, albośmy to jacy tacy, nie będzie Francuz pluł nam w twarz. I właśnie Polska jest szczególnie predestynowana, aby taki zabieg zainicjować w postoświeceniowej, zachodniej Europie.
I trudno się dziwić, że Ewa Thompson skłonna była nawet Annę Fotygę uważać za polityka, którego w Polsce nasze postoświeceniowe elity traktowały niesprawiedliwie zamiast dostrzegać i doceniać, że oboje z Lechem Kaczyńskim przestali myśleć o Polsce jako o marginesie Europy. Trudno się także dziwić Thompson, że jej polityczne antypatie pokrywają się antypatiami „Rzeczpospolitej”. Krytyczny stosunek do Kaczyńskiego i Fotygi jest dla niej dowodem na skolonizowanie umysłów polskich elit. Podczas gdy adwersarze Kaczyńskich – pisze Thompson - wciąż ustawiają się w kolejce po Aprobatę - a to do trybunału w Strasburgu, a to do Brukseli, a to do Rzymu, a to do zachodniej prasy - Kaczyńscy starają się zachowywać tak, jak przystało na polityków państwa postkolonialnego, które wreszcie uzyskało względną niezawisłość i które zaczyna formułować swoją własną tożsamość.
Ciekaw jestem jednak, co Thompson powiedziałaby dzisiaj.
***
W polskiej tradycji o zmarłych mówi się dobrze albo wcale. Jarosław Kaczyński tę tradycję, jeśli nie zniszczył, to w każdym razie nadwyrężył. Pochodną tej tradycji jest także szacunek dla żałoby, który każe otaczać nie tylko współczuciem rodziny zmarłych, ale i tolerancją. Trauma ich tłumaczy. Ale tylko kilka osób spośród rodzin tych, którzy zginęli pod Smoleńskiem, z osobistego dramatu robi polityczny spektakl. Zapewne nie wszystkie celowo, świadomie i z premedytacją. Niektóre z tych osób po prostu odtwarzają sentymenty i resentymenty swoich tragicznie zmarłych bliskich. Śmierć uświęciła ich przekonania i poglądy, dla najbliższych zamieniając je w zobowiązanie dawania świadectwa tym przekonaniom. Są jednak granice. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że te granice, granice tolerancji, przekroczyła Marta Kaczyńska, córka tragicznie zmarłej pary prezydenckiej, odczytując haniebny tekst w Parlamencie Europejskim. To nie było emocjonalne wystąpienie. Było chłodne, cyniczne, a przede wszystkim – w odczuciu chyba każdego słuchacza – cudze. Nie jestem w stanie uwierzyć, że napisała je osoba, która je odczytywała. Z różnych powodów, których nie będę tu przedstawiał.
Nie uważam, aby peregrynacje Fotygi i Maciarewicza poszukujących sprawiedliwości w Waszyngtonie przeciwko polskiemu państwu można było nazwać zdradą narodową. One raczej poświadczają żenujący brak kompetencji i naiwność osoby, która była jeszcze niedawno, z poręki zresztą Lecha Kaczyńskiego, ministrem spraw zagranicznych. Nie jest to zdrada, gorzej – to śmieszność. Zdrada może być nieskuteczna, śmieszność nigdy nie pozostaje bez konsekwencji.
Ale czy przypadki te – Marty Kaczyńskiej, Anny Fotygi i Antoniego Maciarewicza – nie są właśnie szczególnie wymowną ilustracją tej postkolonialnej mentalności, którą tak ostro krytykowała Thompson? Jak to napisała nasza Autorka? Skolonizowane umysły zawsze umieszczają centrum cywilizacji poza granicami własnego kraju, wierząc, że inna władza jest lepsza, i gardząc tą, która wyłoniła się na ich własnym podwórku („Europa”, 15 wrzesień 2007). Rację można amerykańskiej slawistce przyznać, ale trudno dziś nie zauważyć, że popełniła pomyłkę w adresie.
W tej sytuacji pytanie, gdzie jest ta myśl Lecha Kaczyńskiego, którą należy zapamiętać i jako zobowiązanie przyjąć, pozostaje nadal bez odpowiedzi.






