Rzecz nudna - o upadku obyczajów i złudzeniach
TAGI: Deser, Waria,
Dodano: 2011-07-19 12:25:41

Niedługo już upłynie dwa tysiące lat, jak nieoceniony Marek Tuliusz Grochal(?) bajdurzył coś o tępocie i moresie (O tempora, o mores!).  Trudno jest dziś „na poczekaniu” zrozumieć te słowa. Tępota – to tępota, ale samo słowo „ mores” nabrało jakby innego wymiaru, oznaczając w języku polskim (tym starym) coś na kształt respektu – czyli czegoś o jeden stopień większego, niż słowo „szacunek”. Piszę „w tym starym języku”, bowiem wokół nas dzieje się nowy język polski, młodzieżowo - slangowo – internetowy, w którym słowo „mores” odległe jest o mile, zarówno od znaczenia łacińskiego, jak i tego „staropolskiego”. Kiedy sięgniemy do [sic!] „© 2006 – 2009 Miejskiego słownika Slangu i mowy potocznej” dowiemy się (cytuję), że:
„1 ) Mores to po prostu cygan, rom, brudas. 2 ) Mores to osoba żebrząca na ulicy o pieniądze, które później wydaje na wódkę lub papierosy. Ma skórę koloru gówna, często bardzo pomarszczoną. Moresy mieszkają zazwyczaj w szczelnych koszach na ulicach, lub w domach dla bezdomnych. 3) [obraźliwe] Rom, osoba wyglądająca jak Rom.”

Kiedy więc weźmiemy taki słownik do ręki, łatwo dojdziemy do wniosku, że jest on raczej nowym podręcznikiem geografii, który uczy nas, że dzisiejszy świat jest wprawdzie globalną wioską, ale ma nowe enklawy - ba! - nawet nowe kontynenty, na których dalej żyją plemiona pierwotne. Związek frazeologiczny „plemiona pierwotne” przyporządkowuje nam, niejako automatycznie kolejne synonimy, a jeśli chcielibyśmy zastąpić słowo „ pierwotne” wybralibyśmy zapewne określenie: „niewykształcone”. Czy jednak „wykształcenie” niesie ze sobą lepsze obyczaje?

Wróćmy do naszego Marka Tuliusza. Ci, co akurat byli na tej lekcji, bez trudu domyślili się, że niejaki „Grochal” – to nikt inny, jak sławny Cyceron – bowiem słowo „cicer” oznacza po łacinie groch właśnie. W owym czasie Cyceron sprawował jakże zaszczytną funkcję konsula Republiki, zbliżoną do pozycji „ pierwszego między równymi” - czyli – jakbyśmy dzisiaj powiedzieli - premiera. Jego ubolewania zaś dotyczyły niejakiego Katyliny - prezesa niemałej partii opozycyjnej (tak około 25% zwolenników). Prezes Katylina posiadał (oprócz wielu innych zalet) wielkie upodobanie do sprawowania władzy. Dla osiągnięcia swego celu, prezes Katylina głosił hasła mówiące że: „Rzymianin musi być prawdziwym Rzymianinem; a w państwie musi zapanować „sprawiedliwość społeczna”. Wielce nośna koncepcja „sprawiedliwości społecznej”, została dopracowana ze szczegółami znacznie później, przez ruch zwany marksizmem – leninizmem, ale w czasach prezesa Katyliny i w jego wydaniu oznaczało to unieważnienie wszelkich długów, jakie posiadali niektórzy obywatele. Co miałoby potem nastąpić, tego Katylina nie objaśniał, bowiem go to wcale nie interesowało. Interesowała go władza, dla której był w stanie zrobić wiele, a właściwie – wszystko. Pomysły Katyliny spotkały się z wielką życzliwością – jak już wspomniałem – około dwudziestu pięciu procent obywateli. Nie wiemy niestety do końca, jak w tej grupie przebiegały podziały oraz jaki był status ludzi, którzy żywili upodobania do tych idei. Czy większość zwolenników stanowili ci bardziej zadłużeni, czy też może ci bardziej durni, a zawsze chętni cudzego. Być może nawet sytuacja miała się lepiej (lub gorzej?) i większość zaliczała się do „Prawdziwych Rzymian”. Katylina, który był wcześniej przegrał demokratyczne wybory na stanowisko premiera, miał przed sobą dwie drogi. Pierwsza byłaby rozwiązaniem doskonałym: należało w majestacie prawa wytoczyć swemu przeciwnikowi proces polityczny, by potem uroczyście strącić go z Tarpejskiej Skały, w niebyt fizyczny. Dwa tysiące lat temu wytoczenie takiego procesu nie było rzeczą specjalnie trudną – wystarczył jeden prywatny oskarżyciel. Niestety już wtedy, należało przed sądem mieć bardziej konkretne argumenty niż dziadek w Wermachcie, czy zdolność generowania mgły w różnych zakątkach świata. Pozostawała więc jeszcze droga druga, która mówiąc w uproszczeniu polegała na zrobieniu (najlepiej rękami innych i przy użyciu sztyletu) dodatkowej dziurki (dziurek) w urzędującym premierze – to jest właściwie – konsulu. Obecnie, po dwóch tysiącach lat, żaden oponent polityczny w III RP (dawnej Czwartej), nie zmierza otwarcie do takich rozwiązań. Przynajmniej głośno, przynajmniej nie u nas i przynajmniej na razie. Zaś co do wysłania przeciwnika w niebyt polityczny, to marzenia te są zapewnie miłe sercu każdego wybitnego męża stanu, nie będącego jednak przy sterze państwowej nawy.

Co do prezesa Katyliny, pomysł z podziurkowaniem konsula nigdy nie został zrealizowany, gdyż oprócz wielu nawoływań podjęto inne – aczkolwiek zgodne z obowiązującym wtedy prawem – zdecydowane kroki. Pominę tutaj opis rozwiązań praktycznych, lecz nie powstrzymam się przed zacytowaniem jakże celnych pytań otwierających pierwszą mowę przeciwko temuż prezesowi: „Kiedy wreszcie przestaniesz, Katylino, nadużywać naszej cierpliwości? Jak długo jeszcze będziesz drwił z nas, szaleńcze?”.

Jakże aktualne są te słowa, mimo upływu czasu! Jakże pięknie wybrzmiewałyby dzisiaj, umieszczone na bilbordach, gdyby takowe bilbordy były dozwolone! Łza się w oku kręci nad przezornością starożytnych, i naszą totalną niemocą. I pewnie zapłakalibyśmy nad naszą mizerią i naszą niewiedzą, gdyby nie to, że ta sama niewiedza chroni nas przed rozpaczą nad utratą rozumienia pojęć takich jak dignitas czy też auctoritas. Dowodem na ten stan, jest żałosny spektakl, gorszy od najgorszych komedii Plauta, a zaprezentowany na otwarcie naszego unijnego przywództwa.

Lecz porzućmy losy jednostek, dla próby zdefiniowania – jak to się i dzisiaj czasami mówi – pewnych „prawidłowości społeczno-politycznych”. Dla doraźnych więc potrzeb puśćmy się na mętne fale spekulacji i wykreujmy byt, który nazwiemy „przestrzenią polityczną”. Niechże ta wykreowana przestrzeń przybierze formę pokaźnego słoja, jakiego używa się do kiszenia ogórków. Słój ten niechże będzie pełen zmętniałej, lekko brudnej wody, w której podrygują setki rozwielitek (Daphnia pulex), czyli drobniutkich skorupiaczków, wielkości łepka szpilki). Tenże słój, dla potrzeb naszego eksperymentu, postawmy na parapecie okiennym, przez które to okno, a nie parapet, wpada słoneczne światło. Niewiele czasu będzie nam potrzeba, aby stwierdzić , że zdecydowana większość zwierzątek podryguje uporczywie przy tej stronie ściany, przez którą wpada światło słoneczne. Jest to ta część rozwielitek, która (mówiąc w uproszczeniu), zgadza się z przestrzenią dostępu światła, przestrzenią władzy i pokarmu, jaki w sferze oświetlonej, „powszechnej”; oraz przez ilość – „rządzącej” – występuje. Uważny obserwator zjawisk natury (a być może – politycznie naturalnych), szybko spostrzeże, jakże dziwną, ale za to powszechną osobliwość. Otóż 75% populacji tych głupawych zwierzątek skupia się wokół „jasnej strony księżyca”, to jest słoja; pozostałe 25% pływa sobie swobodnie w luźnej, choć „w ciemnej stronie moona”. (Chodź! Pokażę Ci moona, mówi do mnie moja czteroletnia sąsiadka). Jednakowoż owe pozostałe 25% populacji nurza się w „niezmierzonej toni”, wolnej i pustej, gotowej do zagospodarowania; gdzie pozostaje jeszcze wiele pokarmu, na którym można tuczyć zarówno siebie, jak swoje ambicje. I choć w tej populacji dostrzeżemy zaledwie kilka skorupiaczków pokaźnych, czyli „wypasionych”, to jednak przestrzeń w jakiej one pływają, jest swobodna i luźna, gotowa przyjąć każdego następnego – niezadowolonego z warunków jakie należy spełnić po jasnej stronie słoja. I gdybyśmy tak – per analogiam – powtórnie podstawili pod opisane rozwielitki – społeczeństwo – dajmy na to – rzymskie; okaże się wtedy, że znowu pojawi się przed nami postać prezesa Katyliny, który to prezes – (choć to nie do wiary!) – jest o dwa milimetry większy od „rozwielitkowych towarzyszy” z ciemnej strony słoja. Trudno dociekać powodów, które leżą u podstaw tego, ogólnego, a dziwnego podziału; zasad pływania w toni oraz popularności niektórych „wypasionych” rozwielitek. Wiemy wszak jedno: w latach sześćdziesiątych przed naszą erą Katylinie się nie udało. Co przyniesie nam przyszłość – nie wiemy. Być może znów zatriumfuje stara stuletnia już pieśń: „Bój to jest nasz ostatni…”.

I tu (nie wiadomo zresztą – dlaczego) nastąpią smutne konkluzje. (Wrażliwi niech tego nie czytają!). Opozycja tylko w teorii jest grupą ludzi, która uważnie patrzy rządowi na ręce. Tak naprawdę to czekają oni na tę słodką chwilę, kiedy stojący na parapecie słój z rozwielitkami zostanie obrócony o sto osiemdziesiąt stopni.

OPINIE

Dodaj swoją opinię
Autor:
Tytuł:
Treść:


kod z obrazka:

Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania z siedzibą w Rzeszowie
ul. Sucharskiego 2, 35-225 Rzeszów, fax: +48 17 866 12 22 e-mail: wsiz@wsiz.rzeszow.pl
Wszelkie Prawa Zastrzeżone, Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie © 2010