Kategorie
Mecenas
Mecenasem serwisu jest Wyższa Szkoła Informatyki
i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Partnerzy
Polityka
Różne historie Solidarności
TAGI: Kuchnia intelektualna, Polityka,
Dodano: 2009-01-12 13:19:58
Dodano: 2009-01-12 13:19:58
AUTOR: Jaromir Kwiatkowski
Te dwie historie układały się względem siebie bardzo różnie. Po okresach mniejszych lub większych zbliżeń i oddaleń, w czasach „wojny na górze” na początku lat 90. toczyły się równolegle, daleko od siebie, antagonistycznie. Wałęsa, nawołujący w 1990 roku do „przyspieszenia”, był dla „michnikowszczyzny” „zagrożeniem dla demokracji” i „przyspieszaczem z siekierą”. Ostatnio obie historie znów mają wiele punktów stycznych, a zbliżyła je do siebie niechęć do lustracji (która u Wałęsy pojawiła się wtedy, gdy zawartość archiwów IPN sprowokowała do postawienia kilku pytań również przy jego nazwisku). Dziś „michnikowszczyzna” odwdzięcza się Wałęsie za jego walkę z lustracją, stojąc za nim murem w potyczkach z IPN. „Lechu” stał się na powrót obdarzonym wielkim autorytetem „historycznym przywódcą >>Solidarności<<”.
Nie mam złudzeń: ten sojusz jest tylko zadaniowy. Pęknie, gdy zniknie groźba lustracji lub gdy z jakichś innych powodów przestanie być potrzebny którejś ze stron.
Historia według Walentynowicz
Jeszcze inną historię opowiadają osoby pokroju Andrzeja Gwiazdy, Anny Walentynowicz czy Krzysztofa Wyszkowskiego, zwolennicy rozliczeń z PRL-em. Są oni zgorzkniali, bo nie tak wyobrażali sobie wolną Polskę. Do tego doszło przekonanie, że w historii „Solidarności” agenci tajnych służb, z Wałęsą na czele, odegrali rolę decydującą, czego efektem jest zdrada przy okrągłym stole i ułomny projekt III RP - państwa chroniącego agentów. Uważają, że trzeba zlikwidować białe plamy w historii „Solidarności”, czyli wyjaśnić, kto był prawdziwą opozycją, a kto agenturą.
Ta historia jest od początku do końca równoległa i odległa od dwóch pozostałych. Jej zwolennicy oskarżają elity III RP o wyprzedaż Polski i zdradę ideałów „Solidarności”. Frustrację potęguje to, że zostali wypchnięci na margines życia publicznego, a elity III RP dokładają wszelkich starań, by na tym marginesie pozostali. Jak również to, że obserwują, iż byli dygnitarze PRL żyją sobie w III RP jak „pączki w maśle”.
Historii nie powinni opowiadać politycy
Z tych trzech historii nie da się złożyć jednej, pod którą mogliby się podpisać wszyscy uczestnicy wydarzeń z ostatnich 28 lat. A każdy „opowiadacz” zwraca się wyłącznie do swoich „wyznawców”. O czym mielibyśmy rozmawiać np. ze zwolennikami Bogdana Borusewicza – zdają się uważać ci, którzy 31 sierpnia buczeli na niego pod gdańskimi krzyżami. I vice versa.
Wniosek: wiarygodnej historii „Solidarności” nie opowiedzą przyszłym pokoleniom politycy i byli działacze związku, bo oni nigdy nie dojdą do wspólnych ustaleń. Nawet jeżeli kiedyś działali razem, dziś o tym nie chcą pamiętać. Jak jest to szkodliwe dla pamięci historycznej, to odrębny temat.
Ale czy taką historię opowiedzą historycy? Pamiętam, że przy okazji obchodów 25-lecia Sierpnia’80 w prasie pojawiły się głosy, iż palców jednej ręki wystarczy, by policzyć dostępne na rynku syntetyczne opracowania dziejów „Solidarności”. A te, które są, są dość ułomne. Pytano, dlaczego tak się dzieje. Sądzę, że z kilku powodów. Nie wszyscy badacze mają umiejętność aż tak głębokiej syntezy, przez co wolą zajmować się głównie historycznymi przyczynkami. Być może niektórzy z nich uważają, że czas, jaki upłynął od Sierpnia’80, jest zbyt krótki, by można było nabrać odpowiedniego dystansu do tego wielkiego tematu. Tym bardziej, że żyje jeszcze wielu bohaterów tamtego czasu. Również mało zachęcające były kilka miesięcy temu histeryczne reakcje „michnikowszczyzny” już na samą zapowiedź ukazania się książki Cenckiewicza i Gontarczyka o Wałęsie. Teraz niejeden historyk, zanim podejmie tak „śliski” temat, mocno się wcześniej zastanowi.
Wielka historia „Solidarności” – opowiedziana bez „białych plam”, ale także bez histerii - czeka na swego kronikarza. A ten zapewne nieprędko się pojawi. Być może dopiero wtedy, gdy odejdą z tego świata uczestnicy tamtych wydarzeń.
Jeżeli pojawi się w ogóle.
Nie mam złudzeń: ten sojusz jest tylko zadaniowy. Pęknie, gdy zniknie groźba lustracji lub gdy z jakichś innych powodów przestanie być potrzebny którejś ze stron.
Historia według Walentynowicz
Jeszcze inną historię opowiadają osoby pokroju Andrzeja Gwiazdy, Anny Walentynowicz czy Krzysztofa Wyszkowskiego, zwolennicy rozliczeń z PRL-em. Są oni zgorzkniali, bo nie tak wyobrażali sobie wolną Polskę. Do tego doszło przekonanie, że w historii „Solidarności” agenci tajnych służb, z Wałęsą na czele, odegrali rolę decydującą, czego efektem jest zdrada przy okrągłym stole i ułomny projekt III RP - państwa chroniącego agentów. Uważają, że trzeba zlikwidować białe plamy w historii „Solidarności”, czyli wyjaśnić, kto był prawdziwą opozycją, a kto agenturą.
Ta historia jest od początku do końca równoległa i odległa od dwóch pozostałych. Jej zwolennicy oskarżają elity III RP o wyprzedaż Polski i zdradę ideałów „Solidarności”. Frustrację potęguje to, że zostali wypchnięci na margines życia publicznego, a elity III RP dokładają wszelkich starań, by na tym marginesie pozostali. Jak również to, że obserwują, iż byli dygnitarze PRL żyją sobie w III RP jak „pączki w maśle”.
Historii nie powinni opowiadać politycy
Z tych trzech historii nie da się złożyć jednej, pod którą mogliby się podpisać wszyscy uczestnicy wydarzeń z ostatnich 28 lat. A każdy „opowiadacz” zwraca się wyłącznie do swoich „wyznawców”. O czym mielibyśmy rozmawiać np. ze zwolennikami Bogdana Borusewicza – zdają się uważać ci, którzy 31 sierpnia buczeli na niego pod gdańskimi krzyżami. I vice versa.
Wniosek: wiarygodnej historii „Solidarności” nie opowiedzą przyszłym pokoleniom politycy i byli działacze związku, bo oni nigdy nie dojdą do wspólnych ustaleń. Nawet jeżeli kiedyś działali razem, dziś o tym nie chcą pamiętać. Jak jest to szkodliwe dla pamięci historycznej, to odrębny temat.
Ale czy taką historię opowiedzą historycy? Pamiętam, że przy okazji obchodów 25-lecia Sierpnia’80 w prasie pojawiły się głosy, iż palców jednej ręki wystarczy, by policzyć dostępne na rynku syntetyczne opracowania dziejów „Solidarności”. A te, które są, są dość ułomne. Pytano, dlaczego tak się dzieje. Sądzę, że z kilku powodów. Nie wszyscy badacze mają umiejętność aż tak głębokiej syntezy, przez co wolą zajmować się głównie historycznymi przyczynkami. Być może niektórzy z nich uważają, że czas, jaki upłynął od Sierpnia’80, jest zbyt krótki, by można było nabrać odpowiedniego dystansu do tego wielkiego tematu. Tym bardziej, że żyje jeszcze wielu bohaterów tamtego czasu. Również mało zachęcające były kilka miesięcy temu histeryczne reakcje „michnikowszczyzny” już na samą zapowiedź ukazania się książki Cenckiewicza i Gontarczyka o Wałęsie. Teraz niejeden historyk, zanim podejmie tak „śliski” temat, mocno się wcześniej zastanowi.
Wielka historia „Solidarności” – opowiedziana bez „białych plam”, ale także bez histerii - czeka na swego kronikarza. A ten zapewne nieprędko się pojawi. Być może dopiero wtedy, gdy odejdą z tego świata uczestnicy tamtych wydarzeń.
Jeżeli pojawi się w ogóle.
Od redakcji: Temat będzie kontunuowany w tekście Aleksandra Halla - "Czas przełomu"
OPINIE
tolldy - W pewnym stopniu przyznaję rację autorowi
2009-01-30 12:52:56
Rację ma autor, że z tych trzech historii nie da się napisać jednej pod którą mogli by sie podpisać wszyscy. Bo inaczej będą to interpetować komuniści, inaczej ludzie owładnięci manią o wszędobylskim układzie. Historia jednak nie jest po to by się pod nią podpisywać, ale by ją przekazywać, czasem z rumieńcami wstydu, a czasem z wściekłością, że się jej nie tworzyło.Polemika
Autor: Elżbieta Inglot
czytaj artykułNajczęściej czytane
Autor: Elżbieta Inglot
czytaj artykułSocial Media






