i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-08-09 10:40:20

Dwie rodziny, dwie książki. Pierwsza – Marii Czapskiej „Europa w rodzinie”. Drugą jest zredagowana, choć właściwie po prostu napisana przez Annę Wronę (nazwisko to będę jednak odmieniał), historia rodziny Szczepańców pt. „Z domu nad Popradem”.
Autorka pierwszej, Maria, siostra Józefa Czapskiego, malarza, eseisty, autora „Na nieludzkiej ziemi”, z rodzinnego, genetycznego dziedzictwa wyniosła zapewne literackie talenty (oprócz „Europa w rodzinie” napisała jeszcze chyba ze siedem książek). Autorka drugiej, Anna Wrona jest doktorem elektroniki, adiunktem Politechniki Rzeszowskiej na emeryturze, z domu, oczywiście Szczepaniec. Jest osobą o wielkiej kulturze intelektualnej, ale szczególnego talentu literackiego raczej bym jej nie przypisał. „Z domu nad Popradem” jest jej debiutem.
Te książki warto ze sobą porównać.
„Europa w rodzinie” jest książką znakomitą, wspaniale napisaną a równocześnie niezwykle „pożywną” poznawczo. Autorka, z rodu Hutten – Czapskich, umiarkowanie arystokratycznej familii (progenitury naszych nowobogackich za tym nazwiskiem nie uganiałyby się w początkach transformacji, bo nazwisko nic by im nie mówiło) chociaż skoligaconej z wieloma panującymi w Europie rodami, prowadzi swą sagę od XVIII wieku. Czapscy przysługującego im (choć nie w Polsce), hrabiowskiego tytułu nie używali. Zresztą prawdziwa arystokratyczna elita eksponowała skromność i służebność. Ta ostatnia cecha wiązała się z poczuciem misji, ale ten wątek zostawmy na inną okazję.
Familia Czapskich była wielonarodowa i wielowyznaniowa. To ważne. Z relacji Marii Czapskiej wynika, że ją i innych członków familii cechował dziwny patriotyzm – złożony z miłości do ziemi, szacunku do ludzi i poczucia osobistego obowiązku i do ziemi i do ludzi. Owszem, także religijność, ale jakaś taka dziwna, rzekłbym ewangeliczna a nie parafialna czy tym bardziej radiomaryjna.
Książka ta jest znakomitym dokumentem społecznej zmiany, która powinna zainteresować wszystkich badaczy życia społecznego – socjologów, antropologów (pijarowców nie zainteresuje, bo tych interesuje jedynie celebrytologia, czyli najnowsza i najbardziej dziś popularna dyscyplina naukowa). Sądzę, że dopiero po przeczytaniu tej książki studenci socjologii zrozumieją czym były wspólnoty takie, jak krąg sąsiedztwa (a jakże, z dworem), familia, czyli wielka rodzina i jakie konsekwencje dla życia społecznego miało ich istnienie.
Dokumentem tej samej – a może nawet pod pewnymi względami większej – rangi jest książka „Z domu nad Popradem. Historia rodziny Szczepańców”. „Okazało się, że w 1795, a więc 215 lat temu, we wsi Lubień urodził się Jan Szczepaniec” – to zdanie właściwie zaczyna historię rodziny, chociaż od niego nie zaczyna się książka. W cytowanym zdaniu ważne są słowa: „okazało się, że…”. O ile bowiem reszta zdania odnosi się do samej historii rodziny, o tyle te pierwsze trzy słowa wskazują na zupełnie niezwykłą akcję – historię poszukiwania i dokumentowania rodzinnych korzeni. Bo z początku wcale nie było pewne czy Jan Szczepaniec, który urodził się we wsi Lubień, to akurat ten Jan Szczepaniec, od którego zaczęła się historia rodu.
Ten śledczy, momentami wręcz sensacyjny wątek, przewijający się przez z grubsza połowę tej 300 stronnicowej książki, jest niezwykły. Książka Marii Czapskiej – skądinąd literacko strojniejsza a historycznie ważniejsza, choćby z uwagi na fakt, że mała historia rodziny Czapskich jest znaczącą częścią wielkiej historii kilku najważniejszych krajów Europy – tego wątku jest pozbawiona. Tam wszystko od początku było wiadome, niczego nie trzeba było odkrywać. Interpretować – tak, ale odkrywać – nie. U Szczepańców historycznie „transparentna” jest tylko teraźniejszość. Przeszłości nie można tak po prostu poznawać, trzeba jej szukać, wcale nierzadko trzeba się jej domyślać. Oto charakterystyczny fragment: „Maria to drugie dziecko Józefa Szczepańca i jego pierwszej żony Franciszki. Nieznane jest miejsce i data urodzenia Marii. Można tylko stwierdzić, że było to w czasie pomiędzy 1893 a 1898 rokiem. /…/ Nie wiadomo czy wyszła za mąż, czy miała dzieci. Prawdopodobnie wyjechała z młodszą siostrą, Katarzyną, do USA i tam zmarła”.
W rodzinie Czapskich historia – historia rodziny – jest przekazem łączącym następujące po sobie pokolenia. W tym przekazie nie ma w zasadzie luk w pamięci, przekaz konstytuuje uświadomioną tradycję. W rodzinie Szczepańców nie ma przekazu a więc równocześnie nie ma tradycji, przynajmniej świadomej. Anna Wrona postanowiła ją zrekonstruować, odtworzyć i utrwalić. Od tego momentu może się ona stać dziedzictwem podlegającym regułom przekazu i można mieć nadzieję, że tak się stanie.
W pierwszym momencie zaskoczyła mnie informacja, że ten znakomity, rodzinno-badawczy projekt podjęty przez Annę Wronę, przez niektórych członków licznej rodziny spotkał się z niechęcią a nawet wrogością. Nie wyobrażam sobie, aby książka Marii Czapskiej była kontestowana przez któregokolwiek z opisywanych przez nią członków rodu. W przypadku książki Anny Wrony to było jednak do przewidzenia. Czy dlatego, że niektórzy po prostu wstydzili się rodzinnych korzeni lub skłonni byli ten rodzinny wizerunek traktować jak niestosowny akt społecznego ekshibicjonizmu albo jak zagrożenie ich prywatności? To wszystko jest możliwe, ale nawet jeśli prawdziwe, to jednak tylko częściowo, pozornie. Przyczyny tkwią głębiej.
Żyjemy w epoce postmodernistycznej. Darujmy sobie spór nazewniczy – postmodernistyczna, późno-modernistyczna, ponowoczesna – nie jest on ważny. W pismach teoretyków postmodernizmu, Becka, Giddensa, Lasha, Baumana, Bordieau i innych pojawia się pojęcie narracji, a także refleksyjności i refleksywności. Opakowane w postmodernistyczny bełkot (szkoda, że Andreski już nie żyje i nie może ich obśmiać) w gruncie rzeczy pojęcia te określają, nazywają, zjawisko społeczne w przejawach dość proste, w genezie też niezbyt skomplikowane. Człowiek współcześnie, w naszym kręgu cywilizacyjnym, rodzi się „bez tożsamości”, jest jak tabula rasa, biała karta, o której pisali szkoccy empiryści. Ponieważ jesteśmy przedmiotem rozpadu struktur niegdyś przesądzających o tym, kim jesteśmy, sami musimy dokonać wyboru tożsamości. Do tego „musimy” zgłosiłbym zastrzeżenie, bo jednak można pozostać nikim i z takich ludzi, wykorzenionych i nie „zrekonstruowanych”, jak trafnie zauważyła to już Hannah Arendt i co obserwować możemy dzisiaj w Polsce, rodzi się motłoch. Ale to już jest kwestia, która w zakres tych rozważań nie wchodzi, choćby z tej racji, że lektura obu książek do tego nie upoważnia. Książkę Wrony można czytać także jak barwną, pasjonującą historię walki o tożsamość, sama książka zresztą, już sam pomysł jej napisania, jest elementem budowy tożsamości, na którą składa się świadomość tego kim się jest i skąd się jest. U Czapskiej tego wątku nie ma i zresztą być nie może, członkowie ich rodzinnego klanu wiedzieli kim są w momencie narodzin.
Czapscy rodzili się tym, kim wiedzieli, że są. Ich biografie były im dane. Nie było tu nic do wyboru. W ich czasach człowiek rodził się kimś określonym i przesądzonym – jego zadaniem było sprostać temu, co przez fakt urodzenia w określonej grupie społecznej (wspólnocie), zostało mu zadane. Ze Szczepańcami sprawa bardziej skomplikowana. Szczepańce dzisiaj mogą być i są twórcami swoich biografii, autorami swoich wyborów. Z jednej strony zostali (refleksywność!) wykorzenieni, uwolnieni z okowów środowiska społecznego, w którym zdarzyło się im przyjść na świat, z drugiej zaś strony (refleksyjność!) mogli się stać i stali kowalami nie tylko swego losu, ale i autorami swoich biografii, co książka skrupulatnie dokumentuje.
W czasach Czapskich najważniejsza była przeszłość, która była równocześnie zobowiązaniem. W czasach Szczepańców liczy się tylko teraźniejszość, która jest dokonaniem i przyszłość, która jest perspektywą, ofertą, możliwością. Ludzie, których, nawet minimalistycznie, satysfakcjonuje teraźniejszość albo ludzie, którzy są zapatrzeni w osiągalną wizję przyszłości – przeszłość może nie interesować, może ich nawet ograniczać w ambicjach. Uważny czytelnik dostrzeże różnicę postawy – Czapska w wielu momentach swej relacji odwołuje się do sfery powinności – pisze o tym, co zrobić się powinno. Wrona pisze o tym, co się zrobiło lub robi. Książka Czapskiej momentami wpada w ton moralitetu, ton całkowicie obcy książce Wrony. W książce Anny Wrony mamy zaś pojawiający się często wątek satysfakcji z tego, do czego rodzina doszła, wątek nieobecny w książce Czapskiej.
Józef Szczepaniec „zgodnie z obowiązującym prawem, odbywał służbę wojskową w gwardii przybocznej cesarza Franciszka Józefa I, gdzie w czasie jednej z kompanii honorowej zwróciła na niego uwagę cesarzowa”. Dzięki temu był chyba pierwszym Szczepańcem, który zrobił karierę – najpierw został robotnikiem kolejowym, później dróżnikiem, wreszcie naczelnikiem na małych stacjach. To była rzeczywiście poważna kariera. Józef Szczepaniec w swoim czasie i na skalę swego kręgu społecznego musiał być kimś. Na zamieszczonym w książce zdjęciu, Józef Szczepaniec jest w surducie, koszuli ze stójką i w krawacie.
I na koniec problem ostatni. Czytając „Europę w rodzinie” nie zastanawiałem się dlaczego Czapska ją napisała. Chyba nikt z czytelników się nad tym nie zastanawiał, a samo pytanie dlaczego i po co, wydaje się w kontekście tej książki i tej fabuły, pozbawione sensu. Pojawia się ono natomiast przy czytaniu „Z domu nad Popradem”; zresztą sama Autorka czuje potrzebę, której upust daje w wielu miejscach, tłumaczenia się i wyjaśniania sensu swego projektu literacko-badawczego.
Korzenie. W końcu lat siedemdziesiątych w USA wyemitowany został w sieci ABC serial telewizyjny pod tym tytułem ("The Roots") wyprodukowany przez Warner Bros na podstawie powieści Aleksa Haley`a pt. „Korzenie – saga amerykańskiej rodziny”. Tamtym, amerykańskim Józefem Szczepańcem, był Kunta Kinte, członek szczepu Mandinka w Gambii. Złapany w swojej ojczyźnie przez handlarzy niewolników, przewieziony do Stanów Zjednoczonych pracował na farmie w Wirginii. Jego potomkowie stali się zamożną, szanowaną, amerykańską rodziną. Serial miał ogromne powodzenie w Ameryce, ale także w Polsce. Pod pewnym względem trafił w „swój czas”. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych nastała w Ameryce moda na poszukiwanie i ujawnianie korzeni, nie tyle rodzinnych nawet, co etnicznych. W Ameryce rozwinęły się trzy koncepcje „amerykanizacji” przybyszów, odpowiadające zresztą różnym fazom imigracji:
• Pierwsza, koncepcja tygla (melting pot), zakładała, że naród amerykański jest jakością powstałą z amalgamacji wielu grup etnicznych, co w początkach rodzenia się Ameryki w jakimś sensie odpowiadało prawdzie.
• Druga koncepcja, asymilacyjna, zakładała, że przybysze wtopią się w istniejące społeczeństwo amerykańskie, którego kulturową dominantę stanowią wartości wniesione w to społeczeństwo przez białych, anglosaskich protestantów (WASP), porzucając możliwie najszybciej jak potrafią, wyniesione ze Starego Kraju nawyki, zwyczaje, kulturę, a także język. Znam całkiem świeżej daty imigrantów z Polski, którzy już po kilku latach pobytu w Ameryce nauczyli się mówić „z akcentem” po polsku, nie zdając sobie pewnie sprawy, że Zbig Brzeziński, którego „amerykańskości” nikt nie śmiałby zakwestionować, potrafi mówić piękną polszczyzną bez żadnego akcentu.
• I wreszcie trzecia koncepcja, koncepcja wielokulturowości, wykorzystująca tzw. prawo trzeciej generacji wybitnego, amerykańskiego historyka imigracji Marcusa L. Hansena, głoszące, że to, o czym synowie imigrantów chcą zapomnieć, wnukowie pragną pamiętać. Prawo to, najpierw zapomniane, przypomniane zostało przez Michela Novaka w jego głośnej na początku lat siedemdziesiątej pracy "The Rise of the Unmeltable Ethnics". I właśnie na ten czas trafił serial „Korzenie”.
Co ma wspólnego praca Anny Wrony z wielokulturowością Ameryki, prawem trzeciego pokolenia Hansuna, książką Haley`a i serialem „Korzenie”? Wbrew pozorom wiele. Właśnie na Podkarpaciu – i nie bez przyczyny w tym właśnie regionie – możemy obserwować w ostatnich latach falę mentalnych i fizycznych powrotów ludzi, którzy niegdyś stąd wyemigrowali i gdzieś indziej odnieśli sukces. Wracają do swych korzeni ci, których „amerykańskości”, rozumianej jako pełnię praw obywatela globalnego świata, zanegować nikt nie może. Być może jest to jedna z przyczyn, dla której niektórzy ze Szczepańców oburzają się na autorkę „Z domu nad Popradem”, ponieważ jeszcze nie odczuwają potrzeby powrotu do korzeni. Ale przyjdzie czas, że i oni, a może dopiero ich dzieci, taką potrzebę odczują.
* **
Obie książki, zarówno Marii Czapskiej „Europa w rodzinie” , jak i Anny Wrony „Z domu nad Popradem” powinny się obowiązkowo znaleźć w każdej bibliotece każdego wydziału czy instytutu socjologii. Książka „Z domu nad Popradem” jest edytorsko dziełem znakomitym. Kapitalna struktura pracy, niezwykła, bogata dokumentacja, świetna, stylowa okładka i utrzymane w archiwalnym klimacie zdjęcia (także te z epoki elektronicznych lustrzanek!). Niestety, nie wiadomo kto jest autorem opracowania graficznego, natomiast wiadomo (przynajmniej mnie wiadomo), że książka została wydana nakładem prywatnym rodziny Anny i Janusza Wronów.






