i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-01-03 17:41:43

Miniona dekada zaczęła się źle, w momencie, kiedy islamscy terroryści zaatakowali wieże World Trade Center. Rozpoczął się w ten sposób łańcuch ksenofobii, nienawiści i odwetu. Stany Zjednoczone zaatakowały Afganistan, a następnie Irak. Pięcioletnia wojna w tym kraju pochłonęła setki tysięcy ofiar i pochłania nadal. W Afganistanie giną talibowie, ale także ludność cywilna i żołnierze koalicji, w tym także Polacy. Trudno dziś powiedzieć jak historia oceni udział Polaków w tych postkolonialnych wojnach o surowce i panowanie w tym rejonie świata. Polscy decydenci, niezależnie od tego, kto aktualnie sprawował władze, nasz udział w tych wojnach pokrętnie uzasadniają bezpieczeństwem Polski. Pomagając USA w ich wojnach podobno możemy w razie czego liczyć na rewanż. Obyśmy się jednak kiedyś nie przeliczyli. Politycy starają sie robić dobre miny do tych gier, a niektóre wypowiedzi są tak żałosne, że aż śmieszne. Jeden z prominentnych ministrów uzasadniał ostatnio polską obecność w Afganistanie tym, że jesteśmy to winni Afgańczykom.
Te postkolonialne wojny prowadzone przez świat zachodni budzą nienawiść i chęć odwetu. Ostatnie lata przyniosły zamachy terrorystyczne w metrze londyńskim, pociągu podmiejskim w Madrycie, w hotelach na Bali i w Egipcie itd. Te odwetowe akcje organizowane podobno przez mityczną Al-Kaidę powodują nasilenie policyjnej kontroli własnych obywateli przez demokratyczne rządy państw zachodnich. Kartoteki podejrzanych potencjalnych pasażerów linii lotniczych tylko w USA liczą ponad pół miliona nazwisk, rewizje na lotniskach, a ostatnio skanowanie ludzkich postaci, narusza podstawowe prawo człowieka do prywatności.
W wielu miastach Zachodu tysiące kamer nieustannie śledzi setki ulic, tysiące samochodów, miliony przechodniów, jak np. w Londynie, jednej z trzech najważniejszych światowych metropolii. Każda przechodząca przez centrum osoba będzie zarejestrowana co najmniej przez kilkadziesiąt kamer miejskiego monitoringu. Brytyjczycy realizują dystopię swojego rodaka Georges’a Orwell’a, twórcy „Wielkiego Brata”.
Po upadku Muru Berlińskiego państwa Zachodu straciły wroga, którym był ZSRR, zagrażający demokracji i wolności człowieka. Ostatnia dekada pokazała, że żadne państwo, nawet najbardziej demokratyczne, nie może funkcjonować bez wzbudzania zagrożenia i powszechnej kontroli swoich obywateli. Sytuacja taka usprawiedliwia bowiem nieprawości rządzących, podsłuchy, badanie korespondencji, rewizje na lotniskach, ograniczanie praw obywatelskich itd., na które ludzie godzą się z nie całkiem zrozumiałą pokorą. Po upadku ZSRR, Zachód wymyślił dwa takie straszaki: ocieplenie klimatu pod wpływem działalności człowieka i terroryzm. Jak na razie nikt nie udowodnił, że istnieje zależność między emisją dwutlenku węgla, a wzrostem ocieplenia, a zagrożenie terroryzmem statystycznie rzec biorąc jest znikome. W ostatnich kilkunastu latach w zamachach terrorystycznych zginęło mniej niż 10 000 ludzi, mniej więcej tyle osób ginie corocznie w wypadkach drogowych jedynie w dwóch krajach europejskich. Prawdopodobieństwo śmierci w zamachu terrorystycznym jest znacznie mniejsze niż w katastrofie lotniczej. Tak więc środki podjęte w celu zwalczania terroryzmu są zupełnie nieadekwatne do zagrożenia.
Ostatnie dwa lata dekady upłynęły pod znakiem kryzysu finansowego spowodowanego przez żądnych zysku bankierów, finansowa zapaść przeniosła się wkrótce do świata realnego powodując recesję w większości krajów rozwiniętego kapitalizmu. Ratowanie gospodarki przez drukowanie pieniędzy i zadłużanie kraju odbije się z pewnością kolejnym kryzysem w następnych latach. Recesja zaś spowodowała wzrost bezrobocia i osobiste tragedie milionów ludzi.
Wojny, katastrofy, kryzysy gospodarcze są dobrą pożywką dla mediów poszukujących news’ów i sensacji. Poważne tygodniki opinii i wszystkie znane mi telewizje coraz bardziej przypominają tabloidy, gdzie zamiast rzetelnej informacji, zrównoważonych komentarzy, mamy sprymityzowany obraz świata, poszukiwanie kozła ofiarnego, sianie strachu i niechęci do obcych. W ostatniej dekadzie nie tylko świat mediów zmienił się zasadniczo, ale także obraz świata w mediach, który stał się uproszczony i jednowymiarowy.
Ostatnia dekada przyniosła Polakom sporo napięć i rozczarowań. Dostaliśmy zatrute prezenty w postaci CBA, IPN i powszechnej lustracji zastopowanej w ostatniej chwili przez Trybunał Konstytucyjny. Dwuletnie rządy PiS były okresem dzielenia obywateli na dobrych i złych, poszukiwania „układu”, którego nie było i fałszywych oskarżeń. Rząd PiS skłócił nas z Rosją i Niemcami, a straty z tego powodu trzeba będzie długo odrabiać. Prezydent RP zaprzyjaźnił się natomiast z Michaiłem Saakaszwili, co nam na dobre nie wyszło, ale za to ośmieszyło. Nie najlepiej też poszło rządzącym z Ukrainą. Zapoczątkowana przez Aleksandra Kwaśniewskiego przyjaźń z Wiktorem Juszczenko okazała się bardzo „szorstka” w odniesieniu do innych polityków, którzy w międzyczasie zyskali na znaczeniu. Nadzieje na wygrywanie Ukrainy przeciwko Rosji, jak na razie się nie spełniły i pewnie się nie spełnią. Na ołtarzu „przyjaźni” z Ukrainą złożono pamięć kilkudziesięciu tysięcy ofiar wołyńskiej rzezi. Nie domagaliśmy się jakoś przeprosin i kajania się za tę zbrodnię, w przeciwieństwie do stałego wypominania Rosjanom zbrodni katyńskiej.
Ostatnie dwa lata minionej dekady to w Polsce czas względnego spokoju, odrabiania strat z czasów rządów PiS i względnego sukcesu gospodarczego - uniknięcia recesji, ale także zaniechania niezbędnych reform.
Na progu drugiej dekady XXI wieku trudno o optymizm. Nadal będzie się toczyć wojna w Afganistanie i będą ginąć także polscy żołnierze, nadal w miastach Zachodu będą wybuchać bomby islamskich terrorystów, nasili się jeszcze bardziej kontrola obywateli, których prawa będą coraz bardziej ograniczane. W Polsce, miejmy nadzieję, będzie nowy prezydent, ale ten sam rząd.






