i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie

Pierwszy raz w Zakopanem byłem w początkach lat pięćdziesiątych z nieżyjącym już moim kuzynem Przemkiem. Pokręciliśmy się po mieście, które wyszło nietknięte z wojny i zachowało dawne przedwojenne klimaty. Było to miejsce kultowe stworzone przez artystów malarzy, architektów, kompozytorów i pisarzy, żeby wspomnieć Mieczysława Karłowicza, Władysława Orkana, Karola Szymanowskiego i Stanisława Witkiewicza, który pochodził z Litwy, a stworzył w architekturze styl zakopiański.
Potem poszliśmy do Doliny Kościeliskiej na nocleg w schronisku na „Ornaku”. Spaliśmy w sali wieloosobowej, gdzie byliśmy świadkami pozornie dramatycznej sceny. W pewnym momencie wkroczył do Sali WOP, czyli straż graniczna, która kogoś poszukiwała. Po wejściu żołnierzy jeden z turystów dramatycznym głosem powiedział: „wszystko przepadło”. Funkcjonariusze WOP rzucili się w jego kierunku, zaś on spokojnie wyciągnął legitymacje wysokiego oficera tejże straży granicznej. Był na urlopie i zadrwił sobie z nadgorliwych kolegów. Pamiętam z tego pobytu pustkę na szlakach, nieskazitelnie biały śnieg i ciszę.
W Zakopanem bywałem w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, obserwując inwestycyjną działalność władz PRL, które kazały budować pudełkowate bloki niszczące tatrzańskie pejzaże, industrializować miejscowość zgodnie z hasłem: „przemysł jedynym czynnikiem miastotwórczym”, wstawiać quasi modernistyczne wczasowiska dla pracowników prominentnych urzędów i zakładów pracy. Mimo różnych „Halnych”, „Rzemieślników”, „Telimen” , mimo całej tej stylistycznie obcej, pokracznej i tandetnej architektury, Zakopane utrzymywało z grubsza swój charakter. Potem wybudowano hotel „Orbis - Kasprowy” gigantyczny budynek obce ciało na łagodnych stokach opodal Gubałówki. Hotel w zamyśle miał gościć zagranicznych, dewizowych turystów, a w rzeczywistości był metą prywaciarzy, cinkciarzy oraz esbeków, którzy pilnowali tego całego towarzystwa. Uprzedzając wydarzenia, mimo transformacji i zmiany nazwy na „Mercure – Kasprowy”, i przejęcia hotelu przez francuską grupę „Accor”, obiekt zachował swój dawny charakter. No cóż „genius loci”. Spotyka się w nim głównie ogolone głowy i tzw. „karki” oraz damy w strojach złoto srebrno brylantowych. Elegancja, ale niestety nie Francja.
Ostateczny jednak cios spotkał Zakopane w okresie transformacji. Zniknęły kultowe lokale, takie jak „Gong”, w „Poraju”, który odrodził się na chwilę, zamiast smażonych rydzów, kanapek z bryndzą i innych tradycyjnych potraw, serwują kurczaki i pizzę. Równie kultową kawiarnię hotelu „Giewont” zamieniono na KFC. Krupówki to kakafonia szyldów, substandardowe sklepy z kiepskiej jakości towarem i pseudo regionalnym badziewiem na pełnych kiczu sklepowych wystawach.
Tradycyjnego, znanego już przed wojną „misia”, z którym niektórzy turyści lubią się fotografować, zastąpiły bałwany - pokemony. W połowie ulicy fałszywy „św. Mikołaj” pasie renifery. Renifery na Podhalu!!! Nie ma już legendarnego „Kmicica”, gdzie trzeba było swoje odstać żeby napić się chyba najlepszej w PRL kawy. I wszędzie byle jak sklecone budy, stragany ze straszliwym badziewiem. Najgorzej jest na Krupówkach, pod skocznią i przy stacji kolei na Gubałówkę. Ktoś to musi kupować, ale kto? Nowobogaccy Rosjanie, Ukraińcy, Polacy?
Twórczość architektoniczna to dopiero groza i horror. Handlarskie budy można zlikwidować, tzw. kupców przepędzić, ale to co zostało wybudowane zostanie. W Zakopanem buduje się zgodnie z wyobrażeniem o luksusie i guście Polaków. Ale nie wszystkich na szczęście. Budowle nawiązują do „stylu alpejskiego” albo „zakopiańskiego”, ale są ich karykaturą, dachy i daszki wielokrotnie łamane, wieżyczki, świetliki, wstawki drewniane. Wszystko drogie, skomplikowane i udziwnione. Stanisław Witkiewicz przewraca się w grobie. Szczytem wszystkiego jest dzieło znanej zakopiańskiej firmy „Trip”, która wybudowała góralsko – alpejski – neorenesansowy gmach z kolumnową fasadą i zamkowymi wieżyczkami. Wnętrze, podobnie jak należącego do tej samej firmy hotelu „Litwor”, to arcydzieło kiczu. W tym ostatnim budynku drewniany strop zdobią przyczepione do niego, chyba koniakowskie, koronki. Na stołach dziergane serwetki prosto z salonu pani Dulskiej. Uff.
Infrastruktura transportowa miasta staje się powoli niewydolna, na skrzyżowaniach i rondach tworzą się korki, żeby wyjechać z parkingu i wciąć się w sznur samochodów trzeba nieraz czekać kilka minut. Miasto tonie w spalinach, a przy niżu powstaje smog.
Znany narciarz – Andrzej Bachleda – proponuje w „Przekroju” (9 luty 2010) organizację olimpiady w Zakopanem i w słowackich Tatrach. Wymaga to – jego zdaniem – budowy tunelu pod Tatrami i udostępnienia polskich gór dla narciarzy: Krokwi, nowych tras na Kasprowym, Tatr zachodnich itd. Pomysł jak pomysł, ale główną przeszkodą w tych zamiarach nie będzie opór dyrekcji Tatrzańskiego Parku Narodowego, która wypędza z gór narciarzy i turystów, bo robią tylko kłopot i płoszą świstaki, ale tandetna brzydota Zakopanego. Przedstawiciele MKOl po spacerze Krupówkami uciekną i już nigdy nie wrócą. Zawody sportowe, a także wypoczynkowy pobyt wymaga nie tylko piękna naturalnego krajobrazu, ale także urody i harmonii zagospodarowanej publicznej przestrzeni.
Krajobraz kulturowy Zakopanego był niszczony przez większość okresu PRL, ale zmasakrowany został dopiero w okresie transformacji, nie przez władze, ale samych mieszkańców tego miejsca.






