i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-04-05 22:15:08

Przed kilku miesiącami Prezydent Lech Kaczyński powołał Narodową Radę Rozwoju w skład której weszło 48 osób, polityków przedsiębiorców, naukowców itp. Rada ma być w założeniu forum dyskusyjnym o przyszłości Polski. W tak licznym gronie trudno nawet porozmawiać o pogodzie, a co dopiero wytyczać strategiczne cele rozwojowe. Wyznaczeni mówcy będą występować z referatem lub koreferatem, kilka osób zabierze głos i tyle. Członkowie rady nie we wszystkich sprawach są kompetentni, a wielu lubi się wypowiedzieć i wygłasza prawdy obiegowe i komunały, a w najlepszych razie wyraża swoje poglądy na jakąś kwestię, na której się nie zna. Uczestniczyłem kilka razy w życiu w takich wieloosobowych radach i opisany wyżej mechanizm znam z autopsji. A zatem powoływanie takich rad to typowe działanie pozorne.
Premier Donald Tusk w odpowiedzi na prezydencką radę powołał swoją, znacznie mniej liczną, bo dziewięcioosobową. W skład tego premierowskiego ciała wchodzą ludzie, którzy znają się na gospodarce i biznesie, są to byli i obecni prezesi banków, partnerzy firm konsultingowych, a nawet jeden socjolog, który, jak sam stwierdził, na gospodarce się nie zna, ale jest zaszczycony. W takim gronie można rzeczywiście wymienić poglądy, ale niewiele ponadto. Jeden z członków premierowskiego grona uczestniczy również w radzie prezydenckiej. Czyżby jego zadaniem było przenoszenie informacji z jednej rady do drugiej? Czy ta swoista „unia” personalna ma jakieś znaczenie? Osobiście czułbym się niezbyt komfortowo w takiej sytuacji, no ale to kwestia indywidualna.
Jest jednak jeszcze inny problem. Jeżeli rada premierowska ma sensownie wymienić poglądy i coś Premierowi doradzać, to musi mieć rządowe informacje, które często są poufne, bo inne nie są w ogóle warte dyskusji. Czy udział w radzie prezesa dużego banku i partnerów jednej czy dwóch firm konsultingowych nie stwarza im wskutek dostępu do informacji lepszej sytuacji rynkowej?
Migawka telewizyjna z uroczystości powołania premierowskiej rady miała pewien akcent humorystyczny. Wręczając nominację Janowi Krzysztofowi Bieleckiemu, Donald Tusk zwrócił się do niego „panie premierze”. Mało kto dziś pamięta, że Bielecki był kilkanaście lat temu premierem. Premier, marszałek sejmu, prezydent miasta, minister stały się w Polsce tytułami dożywotnimi. Są to pretensjonalne tęsknoty za szlacheckimi tytułami zniesionymi po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. Wróciły one obecnie w postaci tej biurokratycznej, śmiesznej tytułomanii. Do premiera, ministra itd. można się zwracać wymieniając tę funkcję tylko w czasie pełnienia urzędu. Jedynym tytułem dożywotnim w Polsce jest bowiem tytuł profesora.
Również rada premierowska nie ma większego sensu, ponieważ żeby dobrze doradzać organom państwa trzeba, jak to się robi w innych krajach, tworzyć tzw. think tanki, czyli zespoły ekspertów prowadzących badania i wykonujących profesjonalne analizy. Powinny one dostarczać rządzącym wiedzy o różnych sferach gospodarki i społeczeństwa. Zespoły te powinny być dobrze opłacane, bo za darmo to można sobie godzinkę czy dwie o różnych sprawach przy kawie pogadać, ale nic ponadto.
Społecznie można pracować w organizacjach charytatywnych, natomiast praca dla rządu i przekazywanie mu specjalistycznej wiedzy powinno być dobrze opłacone, podobnie jak np. praca dla mediów, która jest także transmisją wiedzy. W PRL osoba zapraszana do radia czy telewizji otrzymywała niewielkie, ale zawsze honorarium. Dziś komercyjne stacje dzwonią, proszą o wypowiedź na antenie i nic za to nie płacą, a uczeni i inni eksperci chodzą i gadają za frajer. Występując w radiu, w telewizji, udzielając wywiadu do gazety sprzedajemy swoją wiedzę zdobywaną często nie małym kosztem, kupując książki, specjalistyczne czasopisma itd., a także tracimy czas, który można by lepiej wykorzystać. Media bezczelnie wykorzystują ekspertów nic za to nie płacąc. Sfera „darmochy” jest więc nie tylko szeroka, ale także niemoralna.
Świadczenie darmowej pracy wymaga silnej altruistycznej motywacji. Trudno się jej spodziewać u „darmowych” ekspertów nawet w najwyżej usytuowanych w biurokratycznej hierarchii radach.






