i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-02-05 13:03:25

Przeczytałem w „Dzienniku” wywiad z dr. Markiem Migalskim, znanym politologiem z Uniwersytetu Śląskiego. Lektura to wstrząsająca, a przy tym negliżująca stosunki panujące na uczelniach. Czytając o rodzinnych klanach na uczelniach, o miernotach, które po zrobieniu habilitacji nic już nie napisały, a ich rolą jest jedynie „odbębnienie” godzin wykładowych, o profesorach, którzy od 20 lat wygłaszają ten sam wykład, nie uaktualniając prezentowanych treści o nowe wyniki badań naukowych, włos mi się jeżył na głowie. Pisząc to, wiem, że się – być może - narażam piszącej w tym miejscu profesurze, ale chcę ją trochę sprowokować do polemiki. Sam zaś chciałbym się zająć sprawą dr. Migalskiego jedynie wycinkowo – w aspekcie przyczyn, dla których na dwóch uczelniach zagrodzono mu drogę do habilitacji.
Ale do rzeczy. Migalskiemu uniemożliwiono rozpoczęcie przewodu habilitacyjnego na Uniwersytetach: Wrocławskim i Jagiellońskim. Pomimo jego dorobku naukowego (11 książek, 30 artykułów naukowych, w tym większość opublikowana za granicą), spełniającego z olbrzymim zapasem kryteria, które określa ustawa o tytule i stopniach naukowych. Ba! na Uniwersytecie Wrocławskim nie powołano nawet komisji, która zapoznałaby się z jego pracami. Już samo to nakazuje podejrzewać, że o „uwaleniu” znanego politologa zadecydowały względy pozamerytoryczne.
Czym naraził się niepokorny naukowiec ze Śląska? Trzema rzeczami. Po pierwsze, by zacząć od najmniej ważnej, stał się gwiazdą największych polskich mediów (telewizji, prasy), gdzie komentuje wydarzenia w polskiej polityce. A to nie wszystkim się podoba. Migalski już jest nazywany przez osoby mu nieprzychylne „Dodą polskiej politologii”. Myślę, że działa tu typowa środowiskowa zawiść. Bo jak to możliwe, że doktor (nawet nie profesor!) z prowincjonalnego uniwersytetu stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich politologów, jednym z największych medialnych autorytetów w tej dziedzinie wiedzy?
Po drugie, Migalskiemu towarzyszy opinia głównego „pisologa” polskiej politologii, a to nie może się podobać na polskich uczelniach, gdzie kadra naukowa, mówiąc delikatnie, za PiS-em w zdecydowanej większości nie przepada. Sam Migalski twierdzi, że taką tezę, iż działa on na rzecz PiS, owszem, postawiono, tylko nikt jej nie potrafi udowodnić. „Teza ta wzięła się stąd, że nie toczę piany z pyska, kiedy słyszę coś o Kaczyńskich” – tłumaczył w „Dzienniku”. Myślę, że jest to tłumaczenie dobrze oddające sedno problemu. Mój kolega, dziennikarz, zwolennik PO, ale nie wojujący, był nazywany w swojej redakcji zapiekłym pisowcem. Tylko dlatego, że „nie toczył piany z pyska, kiedy słyszał coś o Kaczyńskich”.
Załóżmy przez chwilę, że Migalski ma rzeczywiście propisowskie poglądy . Jeżeli nawet tak by było, to co? A co z tymi naukowcami, którzy wyraźnie sytuują się po stronie PO? Co ze zdeklarowanymi zwolennikami lewicy? Pluralizm na uczelniach ich obejmuje, a Migalskiego nie? Są polityczne sympatie, które w środowiskach naukowych się akceptuje i są takie, których mieć nie wolno? Czyjeś poglądy nie odbierają przecież danej osobie prawa do bycia naukowcem. A Rada Wydziału powinna zająć się nie tyle oceną poglądów Migalskiego, co rozstrzygnięciem, czy jego dorobek naukowy jest wystarczający, pod względem ilościowym i merytorycznym, by mógł on nosić tytuł doktora habilitowanego. „Mogę być dłubiącym w nosie i nie zmieniającym skarpetek zwolennikiem Samoobrony, ale nie powinno to być brane pod uwagę” – uważa Migalski.
Wreszcie, po trzecie, wytłumaczeniem swej sytuacji, do którego sam Migalski przywiązuje największą wagę, jest jego przychylne stanowisko w kwestii lustracji na uczelniach. Politolog jest w otwartym konflikcie ze swoim przełożonym, szefem Instytutu Nauk Politycznych i Dziennikarstwa na Uniwersytecie Śląskim, prof. Janem Iwankiem. W ub. roku jako jedyny głosował przeciw kandydaturze Iwanka na szefa Instytutu. Z dwóch powodów: Iwanek był tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie „Piotr”, a na domiar złego od 20 lat nie napisał żadnej książki. Jednak to nikomu na wydziale nie przeszkadzało, bo Iwanek w głosowaniu dostał 22 z 25 głosów.
W kwestii lustracji Migalski poglądy ma zdecydowane: „Dla mnie to kluczowe: jak kapuś donoszący na kolegów może nauczać studentów, czym się mają kierować, jak mają zachować niezależność i uczciwość?!” – przekonywał w „Dzienniku”. Dla mnie również to pytanie jest jednym z kluczowych, gdy mówimy o przyzwoitości. W życiu, w pracy. Także na uczelni. Problem w tym, że – jak widać - takie poglądy wywołują w środowiskach naukowych niewielki oddźwięk. Albo zgoła nie wywołują żadnego.
To prawda, że problem z lustracją zaczyna się w przypadku, gdy dotyczy ona naprawdę wybitnych naukowców, którzy okazali się małymi ludźmi. Co przeważy szalę? Tu nie ma prostych odpowiedzi. Sam Migalski, zapytany przez „Dziennik” o osobę prof. Wolszczana, wybitnego astronoma, a jednocześnie agenta, przyznaje, że nie wie, jak by postąpił w tym przypadku. Jego szczęście polega na tym, że wystąpił przeciw przełożonemu o niewielkim dorobku.
Migalski twierdzi, że ze studentami dogaduje się świetnie. Gorzej z wykładowcami. Jak mówi: „bardzo się starają mnie nie widzieć i dają do zrozumienia, że nie chcą mieć ze mną nic wspólnego”. Dziwne? Chyba nie. Niezrozumiałe? Na pewno tak.
A dlaczego? Dlatego, że uczelnia powinna się opierać na takich wartościach, jak mozolne dociekanie prawdy, ścieranie się różnych poglądów, wolność myśli i badań naukowych. Przykład Migalskiego dowodzi, że w praktyce te wartości nie mają często znaczenia. W postawie naukowców z Uniwersytetu Śląskiego wobec znanego politologa nie chodzi o prawdę, ba! śmiem twierdzić, że nie chodzi nawet o samego prof. Iwanka, ale o to, by nie kalać własnego gniazda, czy – innymi słowy – by prać brudy we własnym gronie.
Ja taki poziom argumentacji odrzucam. Odrzucam taką „solidarność” uczelnianą, w której nieważne, gdzie jest prawda, a ważne, by magister nie podskakiwał doktorowi, a doktor profesorowi i by robili to, czego się od nich oczekuje, choćby nawet się z tym głęboko nie zgadzali. Taki system staje się systemem łamania sumień.
Wiem, że osoby niepokorne, mówiące prawdę bez względu na okoliczności, posłańcy wieści niedobrych dla „możnych tego świata”, nigdzie nie mają łatwego życia. Ale to oni są „solą ziemi”. Nie miernoty, nie wazeliniarze i pochlebcy, którzy patrzą tylko, jakby się w danym układzie wygodnie ustawić.
Proszę zauważyć, że identyczny mechanizm zadziałał w innej strukturze zhierarchizowanej, i to również w odniesieniu do lustracji - w Kościele. Duchowni, nawet hierarchowie, „trafieni teczką”, jak jeden mąż szli w zaparte. I znajdowali całe zastępy obrońców, dla których nieważne było, gdzie jest prawda, ale to, że „biją naszych”. Innymi słowy: od prawdy, niechby trudnej i bolesnej, ważniejsza była „solidarność sutann”. Jak traktowano i traktuje się „posłańca niedobrych wieści” - ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego? By ochronić kilku ważnych duchownych, którzy mieli chwile słabości w życiorysie, tego odważnego człowieka, autentycznie zatroskanego o Kościół, nieomal nie doprowadzono do odejścia z kapłaństwa. Jest to dla mnie tym bardziej przykre i bolesne, że ja, syn Kościoła, kocham Go całym sercem.
W sprawie Migalskiego jest też druga strona medalu. Kilkudziesięciu profesorów UJ napisało list w jego obronie. Czuje on też silne wsparcie zwolenników lustracji, których nadal w Polsce jest bardzo wielu, a – jeśli wierzyć badaniom – nawet większość.
Migalski nie składa broni. Nie chce odchodzić z uczelni, bo nie chce – jak mówi - dawać satysfakcji „agentowi i jego obrońcom”. „Jeśli ja miałbym z Uniwersytetu Śląskiego odejść, a zostałby tam prof. Iwanek, to byłoby to odebrane jednoznacznie, jako tryumf >>czerwonego uniwersytetu<<, co byłoby krzywdzące i czego bym nie chciał” – powiedział Migalski „Dziennikowi”.
Pozostaje mu życzyć wytrwałości i odwagi.
Nadal oczywiście uważam, że każdy ubiegający się o stopień czy tytuł naukowy zasługuje na rzetelną recenzję.






