i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-05-24 21:33:34

Od mniej więcej sześciu tygodni ktoś przybywający do Polski dowiadywał się najpierw z miejscowych mediów niemal wyłącznie o katastrofie w Smoleńsku, a potem o powodzi. Polskie środki masowego przekazu są lokalnocentryczne. I to w dobie globalizacji, kiedy wydarzenia pozornie odległe wpływają na los Polaków znacznie bardziej niż śmierć prezydenta, zalanie Psiej Wólki czy „walka” w obronie wału na tej czy inne rzece.
Powódź, która nawiedziła Polskę i kilka sąsiednich krajów, o których cisza, jest ważnym wydarzeniem w skali lokalnej i regionalnej, dotyczy kilkuset tysięcy ludzi, z których kilkanaście poniosło ogromne straty, ale ogromnej większości, kilkadziesiąt milionów obywateli tego kraju, powódź dotyczy tylko pośrednio, chociaż oczywiście zapłacą oni za ludzką lekkomyślność, beztroskę i zaniedbania władz lokalnych, ale także prawodawców, którzy nie uchwalili odpowiedniego prawa.
Obywatele Polski mają prawo do informacji o ważnych wydarzeniach w Europie i na świecie, o kryzysie greckim, załamaniu euro, problemów gospodarczych w USA, wojnie w Afganistanie, sytuacji na Półwyspie Koreańskim, w Tajlandii itd. Polska nie jest pępkiem świata i wydarzenia na naszym małym podwórku są dość słabo zauważalne w innych wcale nie odległych krajach. Nie dlatego, że Polska nikogo nie interesuje, ale dlatego, że światowe agencje informacyjne wiedzą co jest bardzo ważne, a co mniej. Woda przybrała, woda spłynie, likwidacja szkód pochłonie kilka miliardów złotych, ale nie jest to biblijny potop, a oglądając telewizję, słuchając radia, przeglądając gazety i internetowe portale odnosi się wrażenie, że koniec świata jest już bliski.
Media biją pianę, podkręcają emocje, ale niestety przyczyniają się do tego władze siejąc panikę. W Warszawie zamknięto 120 szkół, najpierw na jeden dzień, potem przedłużono na drugi, zamknięto ważną drogę korkując już kompletnie miasto, a woda powoli spływa swoim korytem.
Premier czterdziestomilionowego kraju jeździ po zalanych terenach, ściska dłonie, głaszcze powodzian po głowie i obiecuje po sześć tysięcy złotych niezależnie od tego czy ktoś był czy nie był ubezpieczony. Wtórują mu kandydaci na prezydenta. Gdyby Premier tego nie robił „zamordowałyby” go media, ale czy szef rządu nie ma nic do roboty poza odwiedzaniem powodzian? Zamiast go chwalić za empatię, może raczej należałoby go zganić, że nie wykonuje swoich obowiązków tylko populistyczne gesty.
W Polsce, co zauważają niektóre media, każdy może budować to co chce i tam gdzie chce, nie ma planów zagospodarowania przestrzennego ani prawa zabraniającego trwałych inwestycji na terenach zalewowych. Przez wiele lat Niemcy skutecznie nie pozwalali budować na terenach obszarów Kozanowa we Wrocławiu, teren ten służył jako polder do zalania w czasie powodzi, aby chronić miasto. W PRL wybudowano tam osiedle, w 1997 roku nastąpiła katastrofa. Nie wyciągnięto z niej żadnych wniosków, chociaż osiedle trzeba było wtedy zburzyć i mieszkańców przesiedlić. Przeciwnie, pozwalano budować dalej.
Trzeba wreszcie zacząć myśleć perspektywicznie i stopniowo przesiedlać ludzi z terenów zalewowych w inne miejsca. To będzie kosztować, ale w dłuższym okresie czasu opłaci się wszystkim i podatnikom i zainteresowanym, którzy poniosą koszty rzeczowe i społeczne, tylko raz, a nie co kilka lat. Obecna powódź pokazuje, że Polak nie jest mądry nawet po szkodzie.
Nie dotknęła mnie osobiście w stopniu najdotkliwszym.
Gdy żywioł wody okazywał swą siłę byłam setki kilometrów stąd.
Świadomie odcięta od małego świata, który otacza mnie na co dzień zostawiłam szarość dnia powszedniego na kilka chwil. Los chciał, że także na moment przed czasem, gdy zdarzyły się rzeczy niespodziewane i trudne.






