Społeczeństwo
Pisać naukowo po angielsku czy nie pisać?
TAGI: Kuchnia intelektualna, Społeczeństwo,
Dodano: 2009-11-19 22:40:59

Przed paroma laty rozmawiałem z prof. Antonim B. Stępniem, który był oburzony zmianami wprowadzanymi przez KBN, a dotyczącymi nieproporcjonalnej punktacji za teksty pisane przez polskich naukowców. Punktacja ta faworyzowała (i faworyzuje, jak wiemy, nadal) prace wydawane po angielsku, kosztem tych publikowanych po polsku. Zdaniem Stępnia, takie podejście pogłębia regres, w jaki wpadła polska nauka po latach administracyjnej dominacji marksizmu na naszych uczelniach (zwłaszcza na kierunkach humanistycznych) – chodziło mu o to, że naukowcy będą celowo tworzyć prace po angielsku, a to z kolei zuboży piśmiennictwo w naszym ojczystym języku.

Kilka lat temu byłem z referatem w lubelskim UMCS-ie, gdzie miałem okazję rozmawiać z tamtejszymi filozofami nauki, z których prof. Wojciech Sady stwierdził, że dzisiaj tworzenie prac po polsku mija się zupełnie z celem, gdyż profesjonalny świat akademicki mówi i pisze po angielsku, zaś im szybciej my wejdziemy w ten świat, tym lepiej i dla nas, jako badaczy, i dla samej dyscypliny, którą uprawiamy. Co więcej, twierdził Sady, rozwijanie nauki po polsku to strata czasu, ponieważ albo mamy coś ważnego do powiedzenia (a wtedy i tak powinniśmy to sformułować po angielsku), albo powiększamy piśmiennictwo prowincjonalne, którego i tak nikt ze światowych zawodowców nie będzie czytał. 

Przywołałem te dwie sceny w nawiązaniu do tekstu prof. Bohdana Jałowieckiego, którego poglądy można usytuować po stronie Stępnia. Jedno z pytań, jakie się nasuwa, to: czy racja leży tu po jednej tylko stronie, czy może jest tak, że każda ze stron tego sporu wskazuje na pewne istotne ograniczenia polskiej nauki? Drugie natomiast: czy problem rozwoju naszych badań i przyrostu sensownej (a nie grafomańskiej – przecież nie brakuje „uczonych banialuków” publikowanych w setkach egzemplarzy) literatury przedmiotu sprowadza się wyłącznie do języka?

Każda nauka rozwija się wtedy, gdy 1) są stworzone w miarę przyzwoite (niekoniecznie komfortowe – z komfortu też trzeba umieć racjonalnie korzystać) warunki pracy dla badaczy, 2) sami jej twórcy mają otwarte umysły, są krytyczni wobec zastanej tradycji i zarazem kreatywni, jeśli chodzi o wymyślanie nowych rozwiązań. Jeśli więc pierwszy z tych podstawowych warunków nie jest spełniony, to mamy do czynienia z niedorozwojem nauki spowodowanym biedowaniem uczonych lub też instrumentalnym traktowaniem i uczelni, i samego środowiska badaczy przez polityków. Jeśli drugi warunek nie jest spełniony – mamy do czynienia ze środowiskiem epigońskim, które za wszelką cenę powstrzymuje jakiekolwiek innowacje w nauce, traktując je jako zagrożenie dla swojej pozycji w hierarchii społecznej.

Nie tylko więc język może być czynnikiem hamującym rozwój nauki. Wróćmy jednak do zagadnienia samego języka. Pisanie i publikowanie po polsku ma przynajmniej dwa podstawowe walory, które nie podlegać powinny jakiejkolwiek dyskusji – rozwój naszej kultury (po dziś dzień szczycimy się przecież dziełami, które napisane zostały właśnie polszczyzną i które stanowią wzorce polskiego języka naukowego, jak choćby prace szkoły lwowsko-warszawskiej) oraz przekaz wiedzy studentom. Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, iż studenci, jeśliby ich opanowanie angielskiego było na wysokim poziomie, także mogliby od razu czytać po angielsku. Idąc jednak tym tropem należałoby językiem wykładowym w polskich szkołach wyższych uczynić angielski, a kto wie, czy nie ustanowić go językiem urzędowym w Polsce (choćby przez wzgląd na ilość obcokrajowców przebywających u nas i/lub zwiedzających nasz kraj).

Faktem jednak jest, iż język polski nie należy do najprostszych i nie można oczekiwać, by zachodni świat nauki (w którego orbicie naszą naukę sytuujemy) będzie śledził publikacje po polsku. Wypadałoby więc wypracować taki system translacji co ciekawszych dzieł ukazujących się w naszym kraju, by były one także dostępne badaczom operującym na co dzień angielszczyzną (o korzyściach z takiego obrotu rzeczy nie muszę chyba mówić – wszak rozwój naukowy wiąże się z wymianą doświadczeń różnych wspólnot uczonych na poziomie międzynarodowym), a który to system nie prowadziłby do zubożenia piśmiennictwa po polsku. Nie muszę bowiem ukrywać, że jeśli dany badacz ma do wyboru publikację po angielsku i po polsku, to wybiera tę pierwszą nie tylko ze względów finansowych i prestiżowych, lecz i z tego powodu, że na druk „tam” czeka się zwykle o wiele krócej niż na druk „tu”. W ten zaś sposób dochodzimy do kolejnej ważnej kwestii w całym tym sporze.

Mówi się czasem, że cudze chwalimy, a swego nie znamy. Problem w tym, że nawet na obszarze polskojęzycznym nie mamy się czym pochwalić. Brakuje tłumaczeń literatury klasycznej, brakuje tłumaczeń nowości – w związku z tym polski naukowiec skazany jest na czytanie i pisanie po angielsku, zaś polski student niejednokrotnie nie może dotrzeć do wznowień tekstów wydanych przed wieloma laty (wydawnictwom „nie opłaca się” wznawiać), zaś wybór tego, co nowe w danej dyscyplinie ograniczony jest możliwościami translatorskimi i czasowymi osób zajmujących się przekładami (kłania się zjawisko korporacji tłumaczy) oraz „rozpoznaniem rynku” ze strony „specjalistów od marketingu” współpracujących z wydawnictwami. 

Kiedyś taka specjalistka z PWN-u przyjechała do nas na rzeszowską uczelnię, dowiedziawszy się o mnie od jednego z naukowców pracujących na uniwersytecie. Sprawiała wrażenie osoby fachowej i zorientowanej w subtelnej materii piśmiennictwa naukowego, a zarazem osoby otwartej na propozycje ze strony kogoś takiego jak ja. Po rozmowie zaproponowała, bym opracował listę tytułów, które warto byłoby przetłumaczyć lub wznowić oraz sugestie dotyczące brakujących podręczników, ponieważ wydawnictwo dokonuje kompleksowych konsultacji z naukowcami właśnie pod kątem wypełnienia luk na rynku. Sporządziłem to jeszcze tego samego wieczoru, przesłałem elektronicznie, po czym, rzecz oczywista, nikt się z PWN-u nie odezwał, mimo że jeszcze parokrotnie się mailem przypominałem. Moja żona skwitowała tę historię śmiechem, twierdząc, że pani po prostu sprytnie przeprowadzała akwizycję nic więcej, a ja zbyt poważnie potraktowałem całe spotkanie. Fakt, uprzejma pani z PWN-u zostawiła mi stos folderów dotyczących oferty detalicznej wydawnictwa oraz kupon rabatowy na zakupy w jednej z księgarni w Krakowie.

Być może zatem cała nasza dyskusja na temat rozwoju nauki oraz sensowności lub bezsensowności publikowania po angielsku jest zupełnie archaiczna i bezcelowa, gdyż nie zauważamy, że obszar nauki staje się w naszym kraju po prostu hipermarketem, my zaś nie wiemy jeszcze, za jaki wózek złapać. 
 

OPINIE
Ania T - GLOBISH 2201
2009-11-20 07:06:21
A wszystko przez Wieżę Babel...
Może historia zatoczy koło i tak jak w 2201 r. p.n.e. zaistniał ten nieporządek (zapobiegający nadmiernym możliwościom ludzkości)
- tak w 2201 r. n.e – nastąpi ujednolicenie i ludzkość dostanie szansę „nowej ekonomii mówienia”?
Poczekajmy te 192 lata…
sylwesterzimon - Podobnie jak z muzyką...
2009-11-20 09:19:13
... tworząc po polsku trafia się na tak wąski target, że o jakimś międzynarodowym uznaniu można nawet nie myśleć. Najlepszym rozwiązaniem byłoby w tym samym czasie wypuszczanie zarówno polskiej jak i angielskiej wersji. Jednak coś takiego, nie wiedząc czy dane dzieło odniesie sukces, jest zapewne mało opłacalne.
PawełPrzywara - Ania T - GLOBISH
2009-11-21 13:40:24
Myślę, że już żyjemy w świecie pomieszanych języków - także w obszarze nauki.
PawełPrzywara - sylwesterzimon
2009-11-21 13:43:51
Z muzyką sytuacja wygląda nieco inaczej, biorąc pod uwagę to, że stworzenie repertuaru po angielsku i odniesienie sukcesu na Zachodzie niektórym twórcom pozwala zaistnieć we własnym kraju, w którym ceni się ludzi utalentowanych, powiedzmy, z dużą wstrzemięźliwością.


Dodaj swoją opinię
Autor:
Tytuł:
Treść:


kod z obrazka:

Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania z siedzibą w Rzeszowie
ul. Sucharskiego 2, 35-225 Rzeszów, fax: +48 17 866 12 22 e-mail: wsiz@wsiz.rzeszow.pl
Wszelkie Prawa Zastrzeżone, Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie © 2010