i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie

W poprzedniej „Kartce z notesu” napisałem, że dziennikarzem nie jest Wildstein, przynajmniej dziennikarzem w znaczeniu, które tej profesji nadał Lippman – a więc bezstronnym, obiektywnym i niezaangażowanym profesjonalistą żurnalistycznym. Ponieważ w tytule poprzedniej „Kartki” pojawiło się nazwisko Windsteina, w tej cały tytuł dedykuję Semce. Niech się nie czuje pokrzywdzony.
W poniedziałek, 10 maja br. na łamach „Rzeczpospolitej” ukazał się felieton rzeczonego Semki pt. „Dzień zwycięstwa polityki realnej”. Felieton ten nadaje się do zajęć z adeptami dziennikarstwa poświęconych analizie tekstów prasowych.
Oto zdanie pierwsze: „Wątpliwości tych, którzy nie byli pewni, czy Bronisław Komorowski powinien na placu Czerwonym w Moskwie czcić Dzień Zwycięstwa, rozproszył w niedzielę Jarosław Kaczyński”. Przyjrzyjmy się tej argumentacji i tej stylistyce. Najpierw więc mamy Bronisława Komorowskiego na placu Czerwonym w Moskwie – zestawienie emocjonalnie nieobojętne dla klientów Rydzyka i pewnego prałata z Przemyśla, który po chrześcijańsku żałował, że pod Smoleńskiem nie spadł samolot, który lądował tam kilka dni wcześniej z innymi pasażerami. Co ten Komorowski tam robi? Czci Dzień Zwycięstwa zamiast wspominać i wypominać Dzień Klęski przejścia od jednej okupacji w drugą, o wiele przecież gorszą. Na drugim piętrze argumentacji pojawia się Jarosław Kaczyński, który ma moc rozpraszania wątpliwości (jakże przecież uzasadnionych!) czy Komorowski miał czy nie miał prawa znaleźć się na tym czerwonym przecież placu i czy można rozgrzeszyć go z tego, co tam czcił. Prawda jaki obiektywny i bezstronny jest Semka, który gotów jest nawet rozgrzeszyć Komorowskiego, ponieważ Kaczyński jego obawy rozproszył?
Oceniając, że Komorowskiego uhonorowano lepiej niż pięć lat temu Kwaśniewskiego, Semka ujawnia przyczyny. „Polskę potraktowano łaskawiej niż pięć lat temu, bo jej aktywność na Wschodzie spadła”. Niby to narracja wielce obiektywna. W końcu Semka pisze o Kwaśniewskim zaangażowanym w pomarańczową rewolucję, ale dlaczego nasza „aktywność na Wschodzie spadła”? Niektórzy naiwnie byliby skłonni przypuszczać, że wzrosła. W końcu ci naiwni mogliby sądzić, że Tusk zapraszając Putina na Westerplatte prowadził właśnie aktywną i dla Polski korzystną politykę wschodnią. Semka te naiwne przypuszczenia rozwiewa. „Dziś – tłumaczy czytelnikom „Rzeczpospolitej” – po zwycięstwie Wiktora Janukowicza, Kijów powraca w orbitę wpływów Moskwy. A polityka Donalda Tuska w tym regionie oznacza tylko realizację mgławicowego programu Partnerstwa Wschodniego”. Zauważmy subtelność tego określenia – „mgławicowy program”. A kto nie miał tu mgławicowego programu, kto był opoką, której nie przemógłby żaden Janukowicz, kto byłby gwarantem, że Kijów nie wróciłby w orbitę wpływów Moskwy? No kto? Semka dopowiadać tego nie musi.
Otóż nie jestem wcale zwolennikiem, jakby powiedział Horacy Greeley, strojącej miny obłudnej neutralności. Semka ma prawo sądzić, że korzystną dla Polski i najlepszą politykę wschodnią prowadził ś.p. Lech Kaczyński, co w konwekcji oznaczać może, iż w pełni uprawnionym sukcesorem tej polityki jest Jego żyjący brat. To byłoby uczciwe i Czytelnik miałby możliwości własnej oceny argumentów Semki. To co prezentuje w swoich tekstach Semka jest jednak tak odległe od uczciwego dziennikarstwa, jak sutanna wspomnianego wcześniej prałata z Przemyśla od chrześcijaństwa.






