i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-12-11 21:21:56

Najnowsza (jak można podejrzewać, wykreowana przez tzw. wizażystów) moda wśród nowożeńców, by fotografować się w strojach ślubnych w galeriach handlowych, dowodzi nie tylko tego, że miejsca te są otoczone przez młodych Polaków szczególnym kultem, ale też tego, że „desakralizacji” ulega sama instytucja małżeństwa. To, że nasi rodacy potrafią całe dnie spędzać w centrach handlowych (same zakupy to za mało przecież), można tłumaczyć ciągle obecnym w świadomości społecznej syndromem „peerelowskiego zaopatrzenia” i wielogodzinnych (na kilka zmian) ogonków przed sklepami. Tak więc kult konsumpcji i samych miejsc z nią związanych, z jakim mamy w Polsce do czynienia, może wynikać po prostu z ogólnospołecznego odreagowywania powszechnej biedy, w jakiej się żyło przed 20 laty. To jednak, że nowożeńcy uznają, iż w tego typu miejscach warto się fotografować, świadczy, że tłum kupujących i konsumujących jest dla młodych par naturalnym tłem życia.
W krótkim artykule na ten temat możemy przeczytać wypowiedź jednego z młodych naukowców:
"Zdjęcia ślubne w galeriach w ogóle nie powinny nas dziwić. Dla współczesnego społeczeństwa są tym, czym dla poprzednich pokoleń były katedry - mówi Witold Kieńć, doktorant w instytucie socjologii Uniwersytetu Wrocławskiego. To punkty orientacyjne z charakterystyczną architekturą i znane prawie wszystkim mieszkańcom. To miejsca spotkań towarzyskich i rozwoju pewnych znajomości, to przestrzeń dla spędzania czasu z rodziną. Galerie lansują też pewne trendy i wzorce spędzania czasu - dodaje".
Wyglądałoby więc na to, iż powinniśmy uznać za tym młodym socjologiem, że centra handlowe to współczesne (nie tylko polskie) świątynie, miejsca „uświęcone”, jeśli nie „święte”. Takie podejście tłumaczyłoby zresztą nabożną cześć, z jaką nowożeńcy odnoszą się do tychże obiektów (i ich wnętrz). Przestrzeń konsumpcyjno-handlowa, pełna barw, ekskluzywnych zapachów, ruchu, gwaru i kojącej muzyki to nowa „przestrzeń sakralna”, w której wierni doświadczają kontaktu z bóstwem. Nabywanie rozmaitych rzeczy, spożywanie, spędzanie wolnego czasu w tychże centrach nabierałoby w ten sposób charakteru „religijnego”, „odświętnego”. Kto z nas zaś nie lubi świąt? Kto zaś nie chciałby, by święta trwały cały czas? (Niektóre hipermarkety, jak wiemy, dbają o to, by święta trwały dla nas przynajmniej parę miesięcy).
Wszystko to nawet moglibyśmy przyjąć na wiarę, gdyby nie jedna nasuwająca się uwaga. Otóż te ludzkie zachowania, które „sakralizują” obszar – co tu dużo kryć – eleganckiego targowiska, są najzwyczajniej w świecie śmieszne. Jeśli nowożeńcy robią sobie zdjęcia ślubne między manekinami, na wystawach sklepowych czy ruchomych schodach, to traktują tę chwilę zawarcia małżeńskiego związku jako coś nadającego się jeśli nie na sprzedaż, to przynajmniej na pokaz. Jest więc w tym pewna doza ekshibicjonizmu (zwykle nasze intymne, wzniosłe, uroczyste i radosne chwile wolimy przeżywać w gronie osób najbliższych, nie zaś w ulicznym czy miejskim tłumie), ale zarazem doza komizmu, albowiem w dobie wszechogarniającej nas reklamy i najprzeróżniejszych „promocji”, „wyprzedaży”, „przedsprzedaży”, „okazji” etc. (związanych szczególnie z takimi centrami), młode pary stają się dobrowolnie i być może mimowolnie „dodatkiem” do tychże handlowych kampanii.
Już pod koniec lat 40. amerykańscy badacze stwierdzili, że jedną z funkcji mediów jest nadawanie statusu społecznego. Polega to na tym, iż 1) jeśli ktoś jest ważny (np. jest czołowym politykiem lub gwiazdą pop) środki masowego przekazu o nim mówią, ale też na tym, że 2) jeśli o kimś one mówią, to przez odbiorców ten człowiek jest traktowany jako osoba ważna. Sam kiedyś przeżyłem nie lada zaskoczenie, gdy sąsiadka z bloku, która nie odkłaniała mi się przez całe wieki, nagle do mnie uprzejmie przemówiła po tym, jak ujrzała jakiś wywiad ze mną w telewizji.
Podobne zjawisko nadawania statusu społecznego odnajdujemy dziś także w galeriach handlowych – nowożeńcy pojawiając się w nich, by udokumentować chwilę zawarcia małżeńskiego, traktują ten pobyt w miejscu „uświęconym” jako „uświęcający” także ich samych. Ślub przez to staje się ważniejszy niż „po prostu ślub” w kościele czy urzędzie stanu cywilnego. Ten pobyt to może nie jest jeszcze monumentalny telewizyjny show z celebrą (to by dopiero było coś), jaka towarzyszy zawieraniu małżeństw przez jakieś słynne (królewskie, gwiazdorskie czy dziennikarskie) pary, ale przecież w podobnej „świętej” rzece świateł i spojrzeń zostaje zanurzony. Niestety, trwa to zbyt krótko, by wywołało to efekt „Tańca z gwiazdami”.
http://poznan.gazeta.pl/poznan/1,36001,7305665,Slubny_plener_w_Starym_Browarze_z_wystawami_w_tle.html






