i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-05-28 10:34:33
Położone w biednym, nieurodzajnym zakątku Rosji wielkie miasto miało ogromne trudności z nakarmieniem i zaopatrzeniem w niezbędne do życia artykuły tej całej w ogromnej większości całkowicie nieproduktywnej ludności. Łatwo było transportować świeże ryby w napełnionych wodą barkach z jeziora Ładoga i Onega, ale mięso, wołowinę, baraninę, zboże i mąkę sprowadzano z Astrachania, znad Wołgi, Donu, a nawet z Turcji.
Ogromne koszty funkcjonowania miasta były pokrywane z kasy imperium, która cierpiała na chroniczny deficyt, a zasoby Rosji wymieniano na gromadzone w pałacach cara i magnaterii najwspanialsze przedmioty i dzieła sztuki sprowadzane z całej Europy.
Niezliczone ekwipaże, powozy i karety przecinały ulice, przewożąc elegancką publiczność na spektakle, bale, rauty, a kiedy zapraszano kurtyzany do pałacu w Peterhofie, zbudowanym, podobnie jak Wersal, na zachód od miasta, mawiano, że w Peterburgu nie pozostał ani jeden koń. Specjalne zarządzenie carskie regulowało przynależną każdej warstwie liczbę koni w zaprzęgu. Najwyżsi rangą mieli prawo zaprząc karetę w szóstkę koni i tak kolejno przez porucznika i bogatego mieszczanina uprawnionego do pary koni, aż do rzemieślnika i drobnego kupca, któremu musiał wystarczyć tylko jeden koń.
Nie było zapewne przypadkiem, że dwie najbardziej pasożytnicze stolice Europy: Wersal i Petersburg, które stały się, każda w swoim czasie, widownią społecznych protestów, zapoczątkowują dwie wielkie rewolucje.
W przeciwieństwie do Wiednia, Petersburg był skrojony na miarę wielkiego Imperium. Kiedy staniesz nad brzegiem Newy patrząc na drugi brzeg, a potem na moście skierujesz wzrok z biegiem rzeki poczujesz oddech i rozległość ogromnego kraju.
W Petersburgu historia jest wszechobecna, przestrzeń tego miasta jest pamięcią społeczeństwa, którego nie ma. Z magnackich pałaców Białosielskich, Mienszykowów, Cziczerinów, Stroganowów itd. pozostały tylko nazwy. Miasto przeorała rewolucja, a dzieła dopełniło niemieckie oblężenie, które trwało od 8 września 1941 roku do 18 stycznia 1944 roku. W wyniku trwającej blisko 900 dni blokady Leningradu z głodu, mrozu i wyniku bombardowań niemieckich życie straciło prawdopodobnie przeszło milion osób. Po wojnie wiele budynków odrestaurowano, nie widać dziur w zabudowie, ale miasto jest już inne, kalekie.
Nad Newę pojechaliśmy z Grzegorzem metrem, dwa przystanki od hotelu, ale był to prawie cały Newski, ponieważ w Rosji odległość między stacjami metra to dwa kilometry, a może nawet więcej. Duży kraj, a więc i duże odległości, nie to co w Europie, gdzie stacje są średnio co 400 metrów. W ZSRR metro miało przede wszystkim pełnić funkcje militarne i prestiżowe, toteż ludzkie potrzeby nie liczyły się wcale.
Po obejrzeniu Pałacu Zimowego i Ermitażu wracaliśmy piechotą do hotelu szukając po drodze miejsca, gdzie można napić się kawy, wchodziliśmy do licznych lokali z napisem „kafe”, nie podawano tam jednak kawy, której prawie w całym mieście nie było, ale śledzie, pilmienie i wódkę. W końcu znaleźliśmy hotel „Inturista”, gdzie płacąc dolarami dostaliśmy dość przyzwoite espresso. W sklepach zamiast towarów napotykaliśmy puste pułki, chociaż w jednym były tamki do przeźroczy, które Grzegorz zaraz kupił. Nie mieliśmy możliwości wydać pieniędzy, które dostaliśmy od organizatorów konferencji, próbowaliśmy je zatem przegrać w „jednorękim bandycie”, który stał w hotelowym holu. Na próżno, im bardziej chcieliśmy przegrać tym więcej wygrywaliśmy. W końcu wszystkie ruble wrzuciliśmy do skrzynki ofiar w jakiejś cerkwi. Mam nadzieję, że prawosławny Bóg nam to pamięta.
W Petersburgu zima jest długa, a miasto przez wiele miesięcy przywalone jest śniegiem, ongiś po ulicach jeździły sanie, a ludzie czekali na wiosnę i „białe noce”, jej początek tak opisuje w swoich wspomnieniach mój daleki krewny Mieczysław Jałowiecki: „Nadszedł wreszcie kwiecień i ulice Petersburga oczyściły się z brudnych topniejących zwałów śniegu. Z rzeki ściągnięto chodniki drewniane i szyny kolejki ułożone na lodzie, które łączyły Nadbrzeżną Newy z przeciwległą dzielnica zarzeczną, zwaną Stroną Petersburską. Newa wciąż była skuta grubym lodem, ale lód już poczerniał i w wielu miejscach utworzyły się duże jeziorka wydobywającej się na powierzchnie wody. Wreszcie któregoś dnia z ogłuszającym łoskotem przerwały się okowy lodu i Newa ruszyła ku ujściu, niosąc ku morzu olbrzymie kawały kry. Zaczął się tak zwany ‘ledochod’ (jarmark). W powietrzu czuć było wiosną”.
Wielu Polaków mieszkało, studiowało, tworzyło w Petersburgu: Stanisław Moniuszko, Henryk Wieniawski, Aleksander Orłowski, Henryk Siemiradzki. Sporo też robiło kariera w dyplomacji, wojsku, administracji. Ojciec Mieczysława Jałowieckiego dosłużył się w wojskach inżynieryjnych stopnia generała majora, a na dworze był generalnym inspektorem carskich podróży.
„Dom nasz w Petersburgu - pisał Jałowiecki - stał na wysokim brzegu Newy, na trakcie łączącym Petersburg z twierdzą Szliselburską i jeziorem Ładoga. Po drugiej stronie majestatycznej rzeki czerwieniały mury osady fabrycznej, a dalej jak okiem sięgnać ciągnęły się tundry i lasy aż hen, ku wybrzeżom Morza Białego”.






