Paryż – „La Ruche”
TAGI: Deser, Okruchy miast Bohdana Jałowieckiego,
Dodano: 2009-05-21 15:13:09
W Paryżu w ciągu 40 lat byłem kilkanaście razy, co rok, co dwa lata, w sumie spędziłem w mieście ponad rok. W latach PRL pomieszkiwałem przeważnie u polskich i francuskich przyjaciół, a raz nawet na rue Lauriston w hotelu stacji naukowej Polskiej Akademii Nauk.Szafki we wspólnej kuchni miały założone kłódki, które otrzymywał każdy lokator, bo podobno rodacy kradli sobie nawzajem produkty żywnościowe. Opowiadano też o młodym naukowcu, który prawie całe trzymiesięczne stypendium spędził w łóżku jedząc kocie konserwy i popijając je wodą z kranu dla podtrzymania funkcji życiowych. Podobno ledwo uszedł życiem, ale wrócił do Polski kupionym za oszczędzone stypendium starym samochodem. Panująca w tym miejscu specyficzna atmosfera sprawiła, że potem „Lauriston” omijałem szerokim łukiem. Jego zaletą, ale i wadą było tylko położenie w najdroższej dzielnicy miasta co wpływało na ceny w sklepach i kafejkach.

Najdłużej pomieszkiwałem u przyjaciół na rue Charenton, spacerując także często tą ulicą. Wejście do mieszkania znajdowało się na piątym piętrze, z dużego pomieszczenia z aneksem wchodziło się na wyższe, strychowe kondygnacje pełne zakamarków, tajemnych schowków i przejść. Było tam może siedem a może osiem pomieszczeń, które trudno było nazwać pokojami. N. poznałem na jakimś seminarium, jak mówią francuzi „colloque” i od razu zaprzyjaźniliśmy się, otrzymałem też zaproszenie na rue Charenton. Oprócz gospodarzy mieszkało tam zawsze kilka osób, poznałem tam m.in. stypendystkę Chinkę, nielegalnego emigranta Algierczyk szukającego szczęścia w mieście, który się zakochał nieszczęśliwie w gospodyni, a także Polaków i przedstawicieli innych nacji.

N. wychowała się w Wietnamie, który nazywano wtedy Indochinami, gdzie jej ojciec był gubernatorem prowincji. W 1954 roku po klęsce jaką Francuzi ponieśli pod Dien Bien Phu cala rodzina ewakuowała się do metropolii, ale ojcu N. świat się zawalił i pod wpływem szoku porzucił żonę i córki, udając się w siną dal. Do tego stopnia zerwał więzy z rodzina, że kiedy spotkał swoją córkę po latach, która zwróciła się do niego – tato, odpowiedział – „ja pani w ogóle nie znam”, dodając oczywiście „madame”. Mąż N., matematyk, profesor Sorbony i znany malarz ma na imię Maurice na cześć Thoreza, wieloletniego przywódcy Komunistycznej Partii Francji. Spędziłem z nim wiele godzin dyskutując o Bogu, którego był osobistym nieprzyjacielem i o Robespierze, którego wielbił.

We Francji „liberté” nie jest pustym słowem i za polityczne czy ideologiczne poglądy nikogo nie wyklucza się ze wspólnoty. Ulice noszą nazwiska przywódców rewolucji i kontrewolucji, marszałkowie Napoleona sąsiadują z królami, a nazwa jednej ze stacji metra o zgrozo nosi nazwę „Stalingrad”, Francuzi nie mają bowiem IPN-u.

Marché au puce przy Port Saint Ouen nie jest takim pchlim jarmarkiem jaki znamy z warszawskiego Koła, a największym w Europie, zajmującym 7 hektarów targiem antyków. Jest to rodzaj hurtowni, w której zaopatrują się nie tylko francuscy antykwariusze. Jeżeli zaś chce się kupić okazyjnie jakiś drobiazg, książkę, sztych to trzeba się raczej udać w niedzielę na pchli targ przy Port de Vanve. Jest jeszcze wiele innych miejsc, ale te wymienione wydają się najciekawsze.

Najmniej może lubię tzw. wielkie bulwary, wyjątkiem są Champs Elyséee, ulica szeroka ponad miarę, piękna, luksusowa, pretensjonalna, kosmopolityczna i jak dziś mówimy globalna, trochę kiczowata, ale przedziwnie urokliwa, wypełniona setkami miejskich zdarzeń i ludźmi każdej płci, wieku, wszystkich, klas, ras i kolorów.

 1  2  3 


OPINIE

Dodaj swoją opinię
Autor:
Tytuł:
Treść:


kod z obrazka:

Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania z siedzibą w Rzeszowie
ul. Sucharskiego 2, 35-225 Rzeszów, fax: +48 17 866 12 22 e-mail: wsiz@wsiz.rzeszow.pl
Wszelkie Prawa Zastrzeżone, Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie © 2010