Kategorie
Mecenas
Mecenasem serwisu jest Wyższa Szkoła Informatyki
i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Partnerzy



Polityka
Ostrzegam. Ot, tyle…
TAGI: Kuchnia intelektualna, Społeczeństwo, Polityka,
Dodano: 2010-02-16 12:49:17

 

Doczytałem się w wywiadzie „Newsweeka” z główną dziś mentorką mediów polskich, że przyszłość należy do „autorytatywnych państw rozwoju”. Skoro tak, trudno o żarty. Widzę, że rozbudowuje się ideologia, już nie samo ego ulubieńca ideowego pani profesor. Tak, właśnie ideologia. Z dawna odsłaniana – słownikiem i operacjami CBA, dziś rysuje się coraz wyraziściej. Dotyka podstawowych założeń naszego państwa i dlatego chyba czas ostrzec przed nią. Na wszelki wypadek, choć to jeszcze nie skala „dżumy” z Camusa. Chcę ostrzec nie samymi aluzjami czy uśmieszkiem – a znam długo panią profesor, lubującą się niekiedy w rewelacjach, no, dość odległych od rzeczywistości. Kiedyś wróciła, chyba z Kalifornii, z informacją, że tajne, dostępne tam dokumenty odsłaniają prawdę o narodzinach Solidarności: Solidarność „wymyślił” KGB, by w takim przewrotnym trybie obalenia komunizmu zachować władzę. Żartowaliśmy wtedy, że niemożliwe, bo KGB nie miał nikogo tak inteligentnego jak ona, by taki plan wymyślić.

Oczywiście, z perspektywami „autorytatywnych państw rozwoju” nie ma co polemizować, bo nie przedstawiono żadnych poważnych argumentów, które by kazały domniemywać, że dalszą historię napiszą dyktatury, mniej czy bardziej humanitarne. Putina koncepcja państwa nie rokuje wymierającemu narodowi Rosjan ani ekspansji, ani dobrobytu; Rosjanie jeżdżą zagranicę, oglądać mogą świat przez Internet, nawet cenzurowany. Liczą może jak dawni poddani carów i partii na łaskawą, dobrą władzę, ale – samorząd jest zaraźliwy, Europa kontynentalna też bardzo długo sobie go przyswajała, zaś inteligencji w Rosji nie brak.

Za cytowanym sformułowaniem kryje się ideologia – ideologia „mocnego państwa” Jarosława Kaczyńskiego, człowieka niebezpiecznego nie tylko dla brata. Kolejna już, inteligentna pani ulega dziwnej sile przyciągania i trzeba jakiegoś Freuda, by rozszyfrował działanie tej grawitacji. Ale, cóż, mówiąc serio – tak było i w latach, które poprzedziły rok 1933. To głównie panie w środowiskach inteligenckich pierwsze ulegały czarowi „mocy państwa” – i siły wewnętrznej wodza, choć nie specjalnej urody. Dziś tylko sytuacja nie ta i takoż rachuby – kryzys obecny zawiódł, nie jest Wielkim Kryzysem, a Polska wyminęła go bokiem. Brakuje też milionowej gawiedzi do zajść ulicznych i ewentualnych „oddziałów szturmowych”. Miał rząd Tuska nie przetrwać jesieni, a jakoś trwa i w zimie, i… przetrwa powodzie.

Nie w urzeczonych paniach sprawa. Wedle nie tak dawnych badań prof. Wnuka-Lipińskiego około ćwierć naszego społeczeństwa było gotowe zaakceptować ustrój autorytarny, jak sądzę, z nadzieją, że wypleni on panoszące się zło, zrobi porządek, oczyści państwo z afer, da pracę i da więcej pieniędzy, które zabierze tym wydrwigroszom. Słowem, co czwarty Polak gotów był zaakceptować „mocne państwo”, nie znając jego ceny. A już owo „mocne państwo” pachnie dwuznacznie. Pewien zupełnie jednoznaczny polityk uczył przed 80 laty, że należy się powoływać na demokrację, operować językiem demokracji, dopóki się nie zdobędzie władzy. I nie będę przypominał, kto zdobył władzę w trybie demokratycznych wyborów w 1933 r., ani kto ją nie dawno zdobył w Austrii. Camusowska metaforyczna „dżuma” nie zanika tak łatwo – nawet jeśli jej nawrót w państwie Unii Europejskiej trudno sobie wyobrazić. Ale też i u nas w trybie demokratycznym objęli władzę ludzie niechętni demokracji, rozwijający obstrukcję wobec Unii Europejskiej, obojętni zatem wobec interesu Polski, lubujący się, co zaobserwowaliśmy, w przemocy i popisach siły. Wódz powołuje się na „demokrację”, ale nie bierze jej serio – czego dowodzi sam jego język, bo nie ma w nim pojęć takich jak „społeczeństwo obywatelskie” i „samorząd”. Przez dwa lata IV RP takie słowa z ust wodza nie padały. Nie to, że ich nie pamiętał. On ich nie akceptował. Przymiotnik „autorytatywny” w przyszłości „autorytatywnego państwa rozwoju” kamufluje rzeczywistą treść – chodzi po prostu o państwo „autorytarne”. I proszę nie udawać, Koleżanki i Koledzy po fachu, że tego nie zauważacie. Bo lepiej zawczasu, niż za późno. Pewien przedsmak mieliśmy już w latach 2005-2007.

Jak obiera się filozofię polityki i mediów

Nie wiem, jak wódz zapoznał się z filozofią polityki, którą obrał. Nie zna języków obcych, nie mógł więc czytać odnośnych tekstów po niemiecku, w oryginale. Może ktoś mu opowiedział. Ale już samo przywołanie nazwiska twórcy tej filozofii było, zauważę, czymś zdumiewającym, skoro nie ukrywałem –przynajmniej ja – że Carl Schmitt był nauczycielem intelektualnym hitlerowców. Były członek NSDAP, były hitlerowski radca stanu od 1933 r., w ciągu 40 lat życia po wojnie nie doczekał się, by jakiś uniwersytet niemiecki zaproponował mu katedrę. Zapomniano go, a jego poglądów nie zrehabilitowano nigdy. Pisząc o nim kiedyś, myślałem, że uda mi się przestrzec ludzi podobnej wyobraźni. Uprzedzałem, że nawet zarządzanie historią nic tu nie pomoże, bo ktoś wszystko zapisze, nawet, jeśli mnie już nie stanie.

Powtórzmy w skrócie założenia tej filozofii: otóż polityka nie polega na współpracy, lecz na wrogości i ciągłej walce, politykę wyznaczają wrogość i sojusz, stosunki układa się wedle potrzeby chwili, obracając dzisiejszego wroga w sojusznika i na odwrót. Władza decyduje o tym, co obowiązuje – bez względu na prawo; „interes państwa jest czymś więcej niż związanie normą” – pisał Carl Schmitt, uzasadniając swój „decyzjonizm”. „Porządek konkretny”, jaki narzuca władza, jest wyższy nad porządek prawny, praktyka zaś wedle Schmitta dowiodła wyższości teorii bezpośredniego przymusu. Schmitt, co więcej, odrzucał władzę obliczalną i przewidywalną dla obywatela, który by chciał wiedzieć, czego się po niej spodziewać; Schmitt był też przeciw parlamentaryzmowi, błędnie utożsamianemu z demokracją. W jego rozumieniu demokracja nie potrzebuje parlamentu, który może dać władzę „niesłusznej” większości. Demokracja, według niego, nie wyklucza siły.

Jak już zdarzyło mi się pisać, na marginesie takiej perspektywy świata zrodziła się w Polsce – niezależna z pozoru od polityki, choć najgłębiej w niej zanurzona – doktryna sukcesu w mediach, doktryna oglądalności poniektórych telewizji i czytelnictwa gazet – „co dzień nowy konflikt”, „co dzień nowa awantura”. Premiuje ona konflikt, wrogość i wręcz ją dopinguje. Z niebezpieczną pychą tworzenia postaci politycznych (jak Leppera) i pogrążania ich, gdy fabuła wydarzeń proponuje taką atrakcję. To nie wynikło tylko z ambicji niedocenionych gwiazd intelektu i dziennikarstwa. To koncepcja mediów, zawsze ponętna, bo utrzymuje napięcie.

Dziś na porządku dziennym jest w mediach nie tylko chytra tendencyjność w udawanym obiektywizmie, nie tylko dziennikarze lizusy i krypto-rzecznicy prasowi, o których z góry wiadomo, co powiedzą lub napiszą. Obserwuje się jawne kłamstwa, przeinaczanie faktów, chlapanie insynuacjami, czasem nie bez widocznej satysfakcji, którą daje przewaga wystawiania cenzurek, potęga tworzenia opinii. W służbie zła, którego się z pozoru nie dostrzega. A czasem nie docenia.

Kto ich urządzi

Nie ma prawdziwych problemów? Odbudowujemy państwo, społeczeństwo i kraj po latach zerwania ciągłości cywilizacyjnej. A tworzyliśmy wolną Polskę także dla jednej czwartej tych, którym się nie udaje, którzy nie umieją się urządzić, którzy nie wiedzą, jak sobie zorganizować pomoc wzajemną, zdobywanie wiedzy i umiejętności, jak ożywić własne systemy oszczędnościowe i ubezpieczeniowe, reaganowskie spółki pracownicze, spółdzielnie budownictwa mieszkaniowego i ruch czytelniczy. Także – jak zagospodarować swój groszowy pieniądz, by rósł na solidną podstawę bytu. Ale kogo to obchodzi? Mało kto się zastanawia nad możliwie powszechną edukacją demokratyczną i społeczną poprzez media publiczne, poprzez masowe gazety, bo niby po co? Mediom łatwiej radzić sobie z widzem, jaki jest.

Było prawdopodobne, że ktoś inny – powtórzę znowu – zajmie się tą jedną czwartą słabszych, ktoś wrogi nie tylko demokracji, ale nawet naszej niepodległości, jakaś, powiedzmy, kremlowska agentura wpływu. I też Radio Maryja w masce pobożności zgodnie z interesem Kremla szczuła przeciw NATO, przeciw Unii Europejskiej, a moralnie i politycznie pozostała bezkarna. Tych zakonnych politykierów nikt nie wezwał na rekolekcje do Watykanu, a budują oni odrębne struktury organizacyjne wewnątrz Kościoła (zakazane z dawien dawna przez sobory), tworzą własną organizację dość daleką od chrześcijaństwa. Nie porusza to i naszego episkopatu. Zakon redemptorystów przekształcił się w partię polityczną, jego prowincjałowi taka potęga wręcz imponuje, a generał zakonu udaje, że o niczym nie wie. A przecież odpowiada za przyzwolenie na prymitywny antysemityzm i za popularyzację antysemityzmu. W kraju, gdzie społeczność żydowska z jej kulturą jest już tylko wspomnieniem na wspaniałych zresztą festiwalach, partia redemptorystów odpowiada za atmosferę, w której niespodziewanie rozkwitają gazetki i drobne wydawnictwa antysemickie. Poparcie ze strony partii redemptorystów daje zaś i liczebność wyborców PiS. Niby to jeszcze nie dżuma, ale idee bliskie.

Krótka pamięć publiczna

Historia partii wodza zaczęła się od palenia kukły prezydenta, po plecach którego drapał się z bratem do władzy, od zadym ulicznych, w których późniejszy szef CBA magna pars fuit. Potem niewyjaśniona historia spółki „Telegraf” z pieniędzmi państwowego banku, dalej – blisko 600 tys. zł zadłużenia Porozumienia Centrum wobec Skarbu Państwa, które to zadłużenie rządcy PC jako ludzie władzy PiS sami sobie umorzyli. Jako polityczni właściciele z nadziału doprowadzili do bankructwa nawet najpopularniejszą gazetę polską, „Ekspres Wieczorny”, a nikt nie opisał, jak. Dopiero po latach poznaliśmy ich machinacje z nieruchomościami warszawskimi na skalę wielu milionów zł. I cisza. Wpływowego działacza PiS zobaczyliśmy za to na ekranach w trakcie kompromitującej próby korupcji – i dziś to wiceprezes partii! Rzekomym pogromcom nieuczciwości, polującym na cudze afery, wszystko uchodzi. Wszystko wypada? Czy też taki strach rządzi mediami?

Z dwóch lat władzy PiS nie pamięta się podstawowych danych statystycznych z Rocznika Statystycznego. W roku 2005 zadłużenie zagraniczne wynosiło 133 mld dolarów, w roku 2007 – 233 mld dolarów. Nikt nie zapytał, jak oni to w dwa lata zrobili. Czy to miał być szybki dobrobyt, z obniżonymi podatkami – za pożyczone pieniądze, jak za Gierka? Na co poszło, przepraszam, te 100 miliardów dolarów?

W 2005 r. mieliśmy 385.990 sklepów, w 2007 o prawie 15 tys. mniej, 371.364. Stacji paliw z 10.086 zrobiło się po dwóch latach o 255 mniej. Placówek gastronomicznych – 3 tysiące mniej. Bezrobocie spadło wprawdzie również, jakimś cudem. Cud był jednak prosty – nie rejestrowali się jako bezrobotni ci, którzy wyjechali zagranicę, do zachodniej prosperity.

Władzy trzeba się bać

Do koncepcji władzy należało budzenie strachu. To nie osobiste upodobanie wodza do przemocy. To koncepcja. To jej służyła teatralizacja bezprawia. Powtórzę po raz nie wiem który: specjalna formacja „do ścigania korupcji”, powołana ad hoc (za zgodą PO), z dobranych amatorów, oddana swojemu awanturnikowi, żywcem przypomina taką samą, w takim trybie powołaną, z reportażu Sobańskiego o hitlerowskim już Berlinie roku 1933. Miast rozwinąć wyspecjalizowany pion policji (dziś wykrywa on 90% przypadków korupcji), stworzono formację, która okazała się policją polityczną PiS, z jej roli sądząc –  jego swoistymi „oddziałami szturmowymi”, Sturmabteilungen, SA. Kiedy usłyszałem z ust wodza po roku 2007 nieoczekiwany zwrot, że PiS „maszeruje do władzy”, dziwnie mi się to skojarzyło z „SA marschieren…” Może przesadnie, ale trudno było się takiemu skojarzeniu oprzeć, skoro wszyscy mieli się bać. Tak należało rozumieć ów partyjny program walki z łże-elitami, z inteligencją, groźby wysłania „w kamasze”, program wymiany elit, obalania autorytetów. Program łagodny, owszem – bez żadnych zamachów, bez pobić, bez „braunhausów”, „brunatnych domów”, w których by krytycy ginęli bez śladu. Nic takiego. Chodziło o samą aurę.

Wystarczało, że iście faszystowskie bojówki w legalnych akcjach napadały w kominiarkach prywatne mieszkania bezbronnych (niekoniecznie sympatycznych) ludzi, którzy, wezwani do prokuratury, przyszli by i na pewno złożyli zeznania. Brutalnie poniżano, dla demonstracji siły i przemocy, skuwając kajdankami, dla propagandowego właśnie zastraszenia, bezbronnych najwybitniejszych fachowców, ludzi wysokich pozycji publicznej – na oczach milionów widzów telewizji. Ziobro bez sądu potępił publicznie kardiochirurga, którego wyprowadzili w kajdankach z miejsca pracy zamaskowani, urzędowi bandyci – w efekcie mistrz zawodu wiele miesięcy nikogo nie operował. Tak też „aresztowano” znakomitego neurochirurga. Do więzienia wsadzano w takim trybie mistrzów chirurgii kręgosłupa. Ich ręce, ratujące życie lub zdolność normalnego życia, warte jako dobro publiczne specjalnej opieki, długi czas nie ratowały nikogo, a niewykonane operacje kosztowały życie lub kalectwo paruset ludzi. Media dostrzegły, że transplantacje na długo zamarły i że z kilkadziesiąt osób zmarło na Ziobrę. I co? Wszystko minęło i dla zachowania równowagi politycznej Ziobrę zaprasza się do występów po różnych telewizjach, jak gdyby nigdy nic. On osądza i ocenia.

Także były zadymiarz, wykonujący te zadania operacyjne, nie odpowiada za nic. Nie czuje się kłamcą, ani przestępcą. O tych kajdankach, publicznie zakładanych osobom szanowanym, rychło zapomnieli nawet ludzie niby najwrażliwsi, artyści, którzy poszli zalecać się do brata wodza, bo się – może i słusznie – obrazili na nieporadny w ich sprawach rząd. Choć ten brat wodza jako prezydent publicznie oświadczył był, że czuje się reprezentantem opozycji, czyli partii brata.

Na dobitek CBA, zamiast wykrywać, samo korupcję produkowało. Nawet fałszując dokumenty, jak dla zwalczenia Leppera. A było trzeba, swoją drogą, wyjątkowej moral insanity, by sięgać do sfery intymnej – programując operację uwiedzenia kobiety dla jej skorumpowania. Nie zauważyłem, by zapytano, kto to wymyślił operację „Romeo”. Skąd tyle wyrozumiałości? Strach?

To nie byłby zaś wcale koniec: dostęp CBA do zapisów chorób w ZUS-ie miał wzbudzić strach nawet w tych, którzy nie mają żadnych pieniędzy, ale źle myślą. Rozbudowa instytucji przemocy, z bronią palną dla policji skarbowej (!), to nie ambicje urzędników, to był program polityczny. O zdrowym rozsądku ludzi, obdarzonych bronią bez potrzeby, dobrze świadczy fakt, że nikt w nich nie postrzelił w przystępie irytacji po alkoholu ani swojej żony, ani teściowej, ani złośliwych znajomych (co się zdarzało zagranicą).

Pytania o jutro

Media udają, że nie widzą. Nie pytają wodza o jego stosunek do demokracji, do ideologii Carla Schmitta, do przemocy jako narzędzia władzy. Nie pytały też o szczegóły, a przecie to ciekawe – kiedy to były szef CBA, skarżący dziś Palikota, raportował wodzowi o materiale do ewentualnej afery z podejrzanymi kontaktami paru ludzi Tuska, tak, by wódz mógł zapowiedzieć koniec rządu Tuska jesienią?

Afera okazała się pudłem, bo do afery nie doszło. Ale nowy humbug, który miał skompromitować rząd, odwraca uwagę od pytania, co wódz ma społeczeństwu do zaproponowania poza swoją władzą. Śladu jakiegoś programu. Nie mówi, co by zrobił z ochroną zdrowia czy budownictwem mieszkaniowym, co by zrobił dla obniżenia deficytu budżetowego, dla rozwoju oświaty (jak nic nie zrobił przez dwa lata swej władzy). To polityka wedle Carla Schmidta. Mówiąc językiem ulicy – „polityka draki”. Wyłącznie dla władzy jako najwyższej racji.

Znam sporo ludzi PiS-u. Nie tylko tych, którzy odeszli i których wódz się pozbył. Także tych, których ujęły deklaracje przywiązania do tradycji narodowych, a zwłaszcza budowa Muzeum Powstania Warszawskiego. Tych, którzy nie lubią SLD, ani „liberałów”, związanych z PO, ale mają na tyle zdrowego rozsądku, by nie wierzyć w „mocne państwo” i nie wierzyć w „siłę” jako środek „mocy”. Czytali „Dżumę” Camusa i wiedzą, przed jaką „dżumą” ostrzegał. Są młodzi. Młodsi. Nie boją się demokracji, ani samorządu, ani nauki przedsiębiorczości w szkole. Może jak ongiś młodzi ludzie Paxu wytłumaczyli Piaseckiemu, że powinien dla dobra Paxu odejść, wytłumaczą to wodzowi. Bo w Polsce wszystko jest możliwe. I nawet on sam zmienić może poglądy – choć czy też charakter…? Może i posłanka, znana jako dziecko małżeństwa tupetu z nienawiścią, może i pani profesor? Co piszę jako nieuleczalny optymista. Tak, wszystko jest możliwe.

Szczęśliwy jest kraj, w którym największą sensacją może być uratowanie psa z kry lodowej na Zatoce Gdańskiej. Dlatego poniższy końcowy akapit z „Dżumy” Camusa z roku 1947 proszę traktować jako przypomnienie, ot, na wszelki wypadek, nic więcej: 
Słuchając okrzyków radości dochodzących z miasta, Rieux pamiętał, że ta radość jest zawsze zagrożona. Wiedział bowiem to, czego nie wiedział ten radosny tłum i co można przeczytać w książkach, że bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika, że może przez dziesiątki lat pozostać uśpiony w meblach i bieliźnie, że czeka cierpliwie w pokojach, w piwnicach, w kufrach, w chustkach i w papierach i że nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście. (tłum. Joanna Guze). 


Tekst ukazał się na łamach „Studio Opinii”, drukowany za zgodą Autora.
 

OPINIE
Zapraszamy do wyrażenia opinii.
Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania z siedzibą w Rzeszowie
ul. Sucharskiego 2, 35-225 Rzeszów, fax: +48 17 866 12 22 e-mail: wsiz@wsiz.rzeszow.pl
Wszelkie Prawa Zastrzeżone, Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie © 2010