i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2011-02-02 11:13:35

W jednym z ostatnich numerów „Tygodnika Powszechnego” ukazały się obszerne teksty o plagiatach i oszustwach naukowych1. Podobny temat podjął także w tych dniach „Le Nouvel Observateur”2. W innych mediach ukazują się od czasu do czasu teksty o plagiatach popełnianych przez znane osoby. W „Forum Akademickim” stale ogłasza swoje odkrycia nieustępliwy tropiciel plagiatów Dr Marek Wroński. Co się takiego stało, że temat stał się modny? Warto może nieco bliżej, bez nadmiernego „rozdzierania szat”, przyjrzeć się temu zagadnieniu, ponieważ ma ono niejedno oblicze. Wykorzystywanie cudzego tekstu, bez podania nazwiska autora, jest tylko jednym z przejawów nierzetelności intelektualnej. Najbardziej szkodliwym jest oszustwo naukowe, które polega na fałszowaniu wyników badań w celu udowodnienia z góry założonej tezy. Tego rodzaju praktyka towarzyszy niestety także działalności badawczej.
W czerwcu 1988 r. znany francuski biolog molekularny Jacques Beneviste opublikował w poważnym dzienniku „Le Monde” informacje o swoim rewelacyjnym odkryciu polegającym w skrócie na tym, że woda zachowuje „pamięć” struktury molekularnej cieczy w niej rozpuszczonej. Odkrycie to przez nikogo nie potwierdzone okazało się świadomym lub nieświadomym oszustwem. Jeszcze bardziej spektakularnym wydarzeniem, o którym szeroko donosiła prasa całego świata było przeprowadzenie w 1989 r. kontrolowanej reakcji jądrowej w temperaturze pokojowej. Odkrycie to oznaczałoby zdobycie nieograniczonych źródeł taniej energii. Okazało się jednak, po zbadaniu sprawy przez innych badaczy, że wynalazek Martina Fleischmanna i Stanleya Ponsa okazał się również pomyłką lub oszustwem. Mimo tego idea ta przetrwała wiele lat i jest eksploatowana w sposób coraz bardziej fantastyczny. Falsyfikacja odkrycia nie przeszkodziła jednak japońskiemu MITI (Ministerstwo handlu zagranicznego i przemysłu) w przeznaczeniu 30 milionów dolarów na badania zimnej reakcji jądrowej. Michel de Pracontal, za którym cytuję te przykłady upatruje przyczyn tych zjawisk m.in. w zapotrzebowaniu masowej publiczności na nieskomplikowane, a jednocześnie oddziaływujące na wyobraźnię idee. Odpowiadając na te potrzeby środki masowego przekazu lansują, zdaniem cytowanego autora, trzy mity. Pierwszy z nich to twierdzenie, że nauka jest wszechmocna; drugi to wiara w rewolucję naukową, że z dnia na dzień można np. obalić podstawy fizyki; trzeci wreszcie, to mit zapoznanego geniusza oparty skądinąd na faktach z przeszłości kiedy początkowo nie wszystkie ważne i rzeczywiste odkrycia był od razu uznane3.
Swojego rodzaju oszustwem jest także wynajmowanie osób do pisania książek i publikowania ich pod własnym nazwiskiem. Proceder ten jest bardzo częsty i jak podaje „Le Nouvel Observateur” 95% publikacji podpisywanych przez polityków nie jest przez nich napisanych. „Ghost writer”, po polsku „murzyn”, a po francusku „négre” był, jak pamiętamy, bohaterem ostatniego filmu Romana Polańskiego. Cytowany tygodnik twierdzi, że jedna czwarta a nawet jedna trzecia przychodów firm wydawniczych stanowią te oszukańcze publikacje, dokonywane wszakże w majestacie prawa. Rzadko kiedy nazwisko prawdziwego autora ukazuje się na okładce książki jako współpracownika. W tym samym numerze „Le Nouvel Observateur” ukazał się tekst François Forestier pod tytułem „Ja murzyn”, w którym autor wyznaje, że jako „autor widmo” pisze ok. dziesięciu książek rocznie i jest m.in. autorem prac podpisanych przez jedną z miss Francji, bułgarską pielęgniarkę skazaną na śmierć i uratowaną z libijskiego więzienia, czy żonę sławnego gangstera.
Nie wiem jak kształtuje się zapotrzebowanie na „murzyna” ze strony ludzi z pierwszych stron gazet w Polsce, natomiast wiadomo, że dobrze funkcjonuje, o czym można się przekonać, czytając ogłoszenia w internecie, specyficzny rynek „Ghost writerów” prac maturalnych, licencjackich i magisterskich. Zjawisko przedstawiania cudzej pracy, potwierdzającej uzyskaną wiedzę, jako swojej jest znacznie bardziej szkodliwe niż odpisanie nawet kilku stron z cudzego dzieła bez podania źródła. Natomiast pierwsza sytuacja jest niemal nie wykrywalna, druga zaś wskutek istnienia specjalnego programu „plagiat.pl” stosunkowo łatwa do ujawnienia.
Pewna niesamodzielność trudna do precyzyjnego określenia jest elementem strukturalnym prac licencjackich magisterskich a nawet doktorskich. Na podstawie własnego doświadczenia, byłem promotorem kilkuset prac licencjackich i magisterskich oraz kilkunastu doktorskich, wiem, że często promotor wymyśla temat, dostarcza metody, a także nierzadko narzędzi badawczych w postaci np. pytań ankiety, mówi gdzie można szukać potrzebnych informacji, zaś absolwent przeprowadza wywiady, dokonuje obliczeń statystycznych i opisuje literaturę przedmiotu. Kto zatem jest autorem takich prac? Pytanie retoryczne. Ostatnio cytowany był przypadek „autorki” pracy licencjackiej, która skarży swoją promotor o plagiat, ponieważ ta zacytowała bez podania źródła jakiś fragment jej pracy. Zgoda, nieładnie. Ale może ten fragment promotorka jej podpowiedziała?
Tylko w Polsce kilkaset tysięcy ludzi kończy co rocznie studia przygotowując w tym celu pisemne prace. Liczba plagiatów jest z pewnością spora. Niektóre uczelnie zwalczają tę plagę przy pomocy komercyjnego programu „plagiat.pl” Program ten byłby efektywny gdyby znalazł się nie na uczelnianych serwerach, ale w komputerach promotorów prac. Musiałby być jednak darmowy, ale to nie jest w interesie monopolistów - autorów programu, którzy podobno domagają się nawet, aby Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego nakazało uczelniom zakupienie go. Plagiaty w tej sferze są wynikiem umasowienia kształcenia i istniejącego systemu przygotowywania prac dyplomowych.
Plagiaty wśród pracowników naukowych wynikają także z faktu umasowienia nauki i wprowadzenia m.in. w Polsce importowanej z Ameryki bezsensownej zasady „publikuj lub giń”. Doprowadza to nawet do formalnego, zapisanego w umowie o pracę z nauczycielem akademickim, obowiązku zdobycia określonej liczny punktów za publikacje. Prowadzi to do tworzenia byle jakich prac nic nie wnoszących do nauki, a służących tylko do celów statystycznych. Nauka jest twórczością i nie powstaje na zawołanie czego niestety nie wiedzą ministerialni i uczelniani urzędnicy. W szkołach wyższych są potrzebni przede wszystkim dobrzy dydaktycy i organizatorzy, a także uczeni, którzy zawsze będą jednak w mniejszości.
Plagiat plagiat jest oczywiście naganny, ale czy nie naganne jest dopisywanie się do cudzych prac dość nagminne np. w medycynie, ale także w naukach społecznych. Nigdy mi to nie przyszło do głowy, przeciwnie dopisywałem moich młodszych kolegów do swoich prac, aby ich w ten sposób promować, pewnie też niedobrze, ale jakoś się usprawiedliwiam. Tak więc te opisywane zjawiska są odmiennej natury i różna jest ich szkodliwość to jednak wszystkie można określić jako intelektualnie niezbyt „czyste”.
Pojęcie „własności intelektualnej”, nieznane wcześniej rozpowszechnione zostało w późnej fazie kapitalizmu za sprawą Stanów Zjednoczonych AP. „Własność intelektualna” ma różne ceny. Najdroższe są chyba chemiczne formuły służące do produkcji leków, które firmom zatrudniającym ich twórców przynoszą miliardy dolarów zysku. Z jednej strony leczą ludzi, ale z drugiej niosą śmierć jak np. „mediator” wycofany z rynku z powodu szkodliwych skutków powodujących zgony. Na liście francuskiego ministerstwa zdrowia znajduje się 59 podejrzanych leków powodujących skutki uboczne jak np. reklamowany w polskiej telewizji „Alli” wspomagający odchudzanie. Patenty farmaceutyczne przyczyniają się do śmierci tysięcy, milionów ludzi chorych na AIDS, których nie stać na drogie medykamenty.
„Własność intelektualna” przynosi także kolosalne zyski twórcom programów komputerowych i autorom piosenek, których często trudno uznać za intelektualistów. Agencje chroniące prawa autorskie tych pop artystów ścigają nawet sklepy, które puszczają ich muzykę nie płacąc odpowiednich tantiem. W następnej kolejce znajdują się autorzy popularnej literatury, zwanej niekiedy wagonową, której wartość intelektualna jest odwrotnie proporcjonalna do ceny „własności intelektualnej”. Na końcu tej listy są uczeni humaniści, których „własność intelektualna” jest w większości przypadków warta zero i w ogóle nie sprzedawalna. Czasopisma naukowe i wydawnictwa w najlepszych przypadku nie płacą honorariów, a w gorszym, jak w Polsce, domagają się od autorów przyniesienia grantu. W Polsce Ludowej, która miała wiele wad „własność intelektualna” uczonych humanistów była jakoś ceniona. Opublikowałem wtedy niemało artykułów i kilka książek i za swoją pracę dostawałem godziwe, jak na owe czasy, honorarium. Za książkę o objętości 10-15 arkuszy wydawniczych dostawałem kilka pensji profesora. Dziś, żeby opublikować książkę muszę wydawnictwu zapłacić z grantu lub ze swoich pieniędzy. Raz zachowałem się jak grafoman i sam sfinansowałem drugie wydanie „Społecznego wytwarzania przestrzeni”.
Ponieważ moja „własność intelektualna” we współczesnym świecie jest warta zero nie jestem wrażliwy na plagiat. Kiedyś na konferencji na temat miast zacząłem z rosnącym zainteresowaniem słuchać młodej prelegentki, a po kilku minutach zorientowałem się, że dziewczyna „leci” tekstem z mojej książki. Rozbawiło mnie to, ale poczułem się dowartościowany. Ktoś zauważył mój tekst i tak go wysoko ocenił, że aż uznał za swój. Bardzo się cieszę jak studenci kserują moje teksty, jest to dowód, że do czegoś się przydają. Ja na tym nic nie tracę, bo nie dostaję honorariów, a skoro moja „własność intelektualna” jest nic nie warta niech będzie własnością wszystkich.
„Własność intelektualna” wkracza także do Internetu. Jest to zaprzeczenie istoty tego medium, ponieważ jest ono wolne i należy do wszystkich. Jeżeli ktoś zamieszcza w sieci tekst, film, piosenkę, to godzi się na utratę praw autorskich. Oczywiście ktoś może kupić płytę i wrzucić ją do sieci, wiele jest takich serwisów, które muzykę w ten sposób udostępniają. Producent może jednak płytę tak zabezpieczyć, aby nie dało się jej skopiować w Internecie, ale jak tego nie robi to jego problem, widocznie chce, aby ją popularyzować. Czy cytując teksty z Internetu trzeba podawać źródło? Sprawa dyskusyjna, bo np. taka wikipedia to skarbnica wiedzy potocznej, która, jak na razie, nie jest chroniona prawem autorskim. Być może jednak dojdziemy do absurdu i podając w jakimś tekście, że „Warszawa jest stolicą Polski” będziemy musieli podać źródło tej informacji, bo inaczej narazimy się na zarzut plagiatu.
Jeżeli trochę pomyśleć o tzw. „własności intelektualnej”, to problem jawi się jako niejednoznaczny, a obrońcy praw autorskich pełni hipokryzji. Nie ma w tej sferze, jak zresztą w żadnej innej, ani absolutnego dobra, ani absolutnego zła. Nieuczciwość w nauce, dążenie do jakiegoś marnego na ogół celu za wszelką cenę oszustwa, plagiatu itd. wynika często z okoliczności jakie istnieją w danym społeczeństwie. Zanim się rzuci ciężkie oskarżenia warto pamiętać słowa Bertolda Brechta: „Człowiek hołduje bardziej dobru niźli złu, ale warunki nie sprzyjają mu”.
1 2 stycznia 2011.
2 20-26 janvier 20011
3 M. de Pracontal ,2001:L’imposture scientifique en dix leçon, Ed. La Decouverte, Paris,s.87-126.
Kiedyś –całokształt ludzkiej wiedzy mógł, w praktyce, opanować jeden człowiek. Np. Arystoteles. A więc i na całokształt ludzkiej wiedzy mógł wpływać jeden człowiek. Dzisiaj – nawet w zakresie swojej dziedziny wiedzy (mówię tylko o tzw. naukach społecznych!) jesteśmy „podwykonawcami podwykonawców” i nawet w naszej wąskiej działce poruszamy się wśród grona konkurentów.
Cóż mogę napisać. Kiedy zaczynałam studia usłyszałam wykład inaugurujący rok akademicki ówczesnego rektora Uniwersytetu Śląskiego - profesora Sławka. Tytuł tego wykładu brzmiał "Uniwersytet chroni to, co kruche". Poczułam się wtedy bezpiecznie. Nie chcę być Arystotelesem i nie chcę się buntować a jedynie właśni być dobrym trybikiem i rozwijać talenty, które mam jak najlepiej potrafię. Tymczasem dewaluacja systemu powoduje, że mam poczucie życia w czasach wielkiej imitacji.






