i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-03-03 21:34:42

Na skrzyżowaniu kolizja dwóch samochodów, policja przesłuchuje świadków, każda relacja jest nieco inna, czyja jest prawdziwa? Są jeszcze ślady materialne i one mogą pomóc stwierdzić co się zdarzało, ale nie zawsze i nie do końca. Nasza percepcja rzeczywistości jest ułomna, wpływają na nią różne czynniki, uprzednia wiedza o tym co postrzegamy, okoliczności zewnętrzne, nasz stan psychiczny, dobry lub zły nastrój.
To co najbardziej razi w skąd inąd ciekawej i dobrze napisanej książce Artura Domosławskiego o Ryszardzie Kapuścińskim, to troska aby złapać swojego bohatera na przeinaczeniu, konfabulacji, kłamstwie. W tym celu przeprowadza rozmowy ze świadkami wydarzeń opisanych przez Kapuścińskiego, konfrontuje jego relacje z relacjami świadków po 30, 40 latach, a jeżeli niektórzy już nie żyją, jak ten czeski dziennikarz, to z opowieścią, którą ten przekazał synowi. Takie konfrontacje są bez sensu, a poza tym nie jest przecież ważna literalna wierność faktom, bo czegoś takiego nie ma, ale synteza rzeczywistości i przesłanie obrazu wydarzenia. Właśnie obrazu, a nie samego wydarzenia, bo każdy widzi je nieco inaczej. Jak pisał Stanisław Lem „Fakty są tam, gdzie nie ma ludzi. Kiedy się pojawiają są tylko interpretacje”.
„Kapuściński non-fiction”. Sam tytuł jest już nieuprawnionym roszczeniem. Książka to nie prawda o wielkim reporterze, ale jedna z możliwych wersji historii o tym człowieku, wersja Artura Domosławskiego. Tytuł „Kapuściński taki jak go postrzegam” byłby bardziej na miejscu. Domosławski dokonuje subiektywnego wyboru cytatów z książek swojego bohatera, jedne fakty omawia bardziej, inne mniej szczegółowo. Cytaty z dzieł Kapuścińskiego to spore fragmenty biografii wyjęte nie raz z kontekstu dla podbudowania takiej czy innej opinii. Dla kogoś kto zna oryginały jest to nawet czasem nużące.
W niektórych fragmentach biografii Domosławski ucieka się do taniej psychoanalizy. Tak jest w przypadku „Imperium” kiedy zarzuca Kapuścińskiemu, że w tej książce o upadku Związku Radzieckiego nie wspomina o wierszu na cześć Stalina, który napisał jeszcze w liceum. Tak jest kiedy pisze o nieprawdziwej, opowiadanej przez Kapuścińskiego, historii ucieczki jego ojca z transportu do Katynia. Przypadek ten konsultuje nawet z amerykańską psychoanalityczką. A może ta opowieść wcale nie była wymyślona przez bohatera biografii, a przez jego ojca lub matkę i przekazana synowi. Cała psychoanalityczna konstrukcja Domosławskiego wali się wtedy jak domek z kart.
Czytając książkę ma się wrażenie, że Domosławski ma w stosunku do swojego przyjaciela i mistrza, jak to podkreśla, stosunek ambiwalentny. Niekiedy go lubi i szanuje, a niekiedy wyraźnie manifestuje brak sympatii.
Już na samym początku książki Kapuściński zostaje zdemaskowany, „zawsze uśmiech, wszędzie uśmiech”. To była maska jak stwierdza jego stara przyjaciółka, skromność - to też maska. Tak więc uśmiech i okazywana skromność coś ukrywa. A może nic nie ukrywa, może bohater biografii taki właśnie był. Z Ryszardem Kapuścińskim zetknąłem się trzy razy. Pierwszy raz w latach sześćdziesiątych we Wrocławiu kiedy do mojej ówczesnej żony, która była dziennikarką przyszli w trójkę Wojciech Giełżyński, Ryszard Kapuściński i Jerzy Urban, drugi raz spotkałem Go w mieszkaniu Wojtka Giełżyńskiego, a trzeci raz w gabinecie dyrektora Instytutu Socjologii w Uniwersytecie Śląskim - Marka Szczepańskiego, tuż przed uroczystością nadania Kapuścińskiemu honorowego doktoratu. Za każdym razem zamieniliśmy kilka zdań. Zwrócił moją uwagę nie tylko jego uśmiech, ale życzliwa uprzejmość, skromność właśnie. Wydaje mi się że był taki sam wtedy kiedy nie był jeszcze sławny i potem w Katowicach kiedy miał już światowe nazwisko i sławę. Być może uśmiech, życzliwość, skromność to były maski, ale takich masek należałoby życzyć wszystkim, bo wtedy łatwiej byłoby żyć.
Jeden z rozdziałów Artur Domosławski poświęca współpracy Kapuścińskiego z wywiadem PRL, a rzeczowa relacja o tym, co się zachowało w dokumentach uzupełniona jest kontrapunktem, opisem współpracy amerykańskich dziennikarzy z CIA. Współpracę Kapuścińskiego niektórzy wyjaśniają obawą, że w razie odmowy dostałby szlaban na wyjazdy. Jest to mało prawdopodobne zważywszy jego kontakty na najwyższych szczeblach partyjnych. Bohater biografii był członkiem PZPR, a Polskę Ludową traktował jako swój kraj. W takiej sytuacji współpraca z wywiadem była naturalna. Natomiast to co nie pasuje do wizerunku Bohatera, jest pewnym zgrzytem i dysonansem, to porzucenie dawnych przyjaciół w imię politycznej poprawności nowych czasów.
Z książki Artura Domosławskiego dowiadujemy się o Ryszardzie Kapuścińskim właściwie niewiele nowego, a jej głównym przesłaniem jest, że nikt nie jest doskonały. Sporo fragmentów biograficznych zawierały „Podróże z Herodotem”. W biografii jest bardzo dużo cytatów jego książek, wiele informacji dostarczały wywiady i artykuły prasowe. Wydaje się ponadto, że ta biografia została napisana za wcześnie, zaledwie trzy lata po śmierci Bohatera. Mogła urazić wdowę, a także licznych przyjaciół Kapuścińskiego.
Zastanawiałem się jaka była motywacja Artura Domosławskiego. Oczywiście trudno jest wnikać w czyjeś intencje, choć czasem trzeba. Książka wzbudziła zainteresowanie, żywą i emocjonalną dyskusję w kraju i za granicą, gdzie Ryszard Kapuściński był nie tylko znany, ale także ceniony. Obok Stanisława Lema był najczęściej tłumaczonym na wiele języków polskim pisarzem. Dzięki książce o Kapuścińskim trochę sławy spadnie także na autora jego biografii. Czy o to także chodziło Arturowi Domosławskiemu nie wiem. Biografia ta wydaje się również znakiem czasu i przemian jakie dokonują się w dziennikarstwie i literaturze w ich drodze do tabloidyzacji.
Ps. Uwaga Władysława Bartoszewskiego, że książka Domosławskiego to przewodnik po domach publicznych była delikatnie mówiąc skandaliczna.






