i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-02-24 14:40:32

O kryzysie, poza politykami, dyskutują głównie ekonomiści, formułują diagnozy i proponują remedia w postaci obniżki stóp procentowych, zmniejszenia stawek podatku VAT co rzekomo pobudzi konsumpcję, oraz zwiększenia interwencji państwa. Podejmowane działania są chaotyczne i trudno powiedzieć czy przyniosą jakieś pożyteczne skutki. W Polsce np. zadziałało zwiększenie gwarancji państwa w stosunku do oszczędności w bankach prywatnych. Na konta wpłynęło kilka miliardów złotych.
Natomiast mało kto mówi o tym, że obecny kryzys nie jest jedynie efektem cyklu koniunkturalnego, zaś porównywanie go, co niektórzy czynią, do załamania gospodarki na początku lat trzydziestych XX wieku nie ma zupełnie sensu. Obecny kryzys jest rezultatem zmian społecznych, które dokonały się w ostatnich dwudziestu, trzydziestu latach. Zmiany te polegały m.in. na dekompozycji struktury społecznej i wynikających stąd przekształceniach politycznej organizacji społeczeństwa. Destrukturalizacji uległy klasy społeczne, których konfliktowa równowaga stabilizowała społeczeństwa europejskie i amerykańskie od połowy XIX wieku do mniej więcej lat 70-tych XX wieku. Interesy wielkich klas społecznych burżuazji i proletariatu broniły partie polityczne, a klasy robotniczej jeszcze dodatkowo związki zawodowe. Działały one w interesie mas pracobiorców walcząc o ośmiogodzinny dzień pracy i płatne urlopy.
Istotne są także przemiany klasy średniej, która była przez dziesięciolecia czynnikiem stabilizującym system polityczny. Obecnie w klasie średniej następuje szybka polaryzacja, która ją dzieli na dwa odłamy, jeden związany w drobną przedsiębiorczością, która jest stale zagrożona przekształceniami dokonującymi się na rynku światowym, drugi zaś to nowa klasa metropolitalna mająca swoje oparcie w gospodarce globalnej. Być może rację ma Jadwiga Staniszkis, która w programie Moniki Olejnik mówiła nie dawno, że za obecny kryzys zapłaci przede wszystkim właśnie klasa średnia.
Obecnie partie polityczne reprezentują swój własny aparat i wygrywają wybory nie wskutek tego, że kogoś reprezentują, ale dzięki „konkursowi piękności” organizowanemu przez firmy „piarowskie”, a związki zawodowe, głównie w trosce o własny aparat, urządzają spektakle uliczne w obronie partykularnych interesów wąskich grup społecznych, a to górników, a to stoczniowców, a to nauczycieli. Główną troską organizatorów tych manifestacji jest ich widowiskowość.
Związki zawodowe odrywają współcześnie rolę destrukcyjną. Za ich sprawą upadł w senacie USA projekt pomocy dla przemysłu motoryzacyjnego, bo nie zgodziły się na obniżkę płac do poziomu zarobków w Toyocie. W Polsce związki zawodowe przyczyniły się znacznie do upadku przemysłu stoczniowego i obecnie staną się jednym z czynników napędzających rzeczywisty kryzys w gospodarce. Z kolei we Francji 29 stycznia 2009 r ma odbyć się jednodniowy strajk generalny pod hasłem: „pracownicy nie będą ponosić kosztów kryzysu”. Strajkując oczywiście pogłębiają jedynie kryzys.
Współczesne społeczeństwa nie mogą sprawnie funkcjonować bez instytucji normalizujących zbiorowe interesy wielkich grup społecznych. W społeczeństwach zatominizowanych, podzielonych na zwalczające się frakcje tzw. ekologów, partykularnych związkowców, (w Polsce np. w niektórych państwowych przedsiębiorstwach jest kilkanaście często zwalczających się związków zawodowych), feministki, gejów, miłośników wolnego Tybetu itd. nie ma minimum zaufania i konsensu pozwalającego na ustalenie minimalnego wspólnego interesu.






