Kategorie
Mecenas
Mecenasem serwisu jest Wyższa Szkoła Informatyki
i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Partnerzy



Społeczeństwo
Na Wschód
TAGI: Kuchnia intelektualna, Społeczeństwo,
Dodano: 2009-07-10 09:59:37

8.45 czasu ukraińskiego. Od ponad dwóch godzin na dworcu głównym we Lwowie panuje wzmożony ruch. Ludzie pędzą we wszelkie możliwe strony. Z pracy, do pracy, do domów, czy w końcu na pociągi, które na Ukrainie stanowią podstawę komunikacji. Nawet samochód, pomimo swojego rozpowszechnienia, zdaje się odchodzić na drugi plan w konfrontacji z elektrycznymi lokomotywami. Łatwo zauważyć jak istotnym miejscem w życiu ukraińskich miast, jest stacja kolejowa. Skupia się tutaj okoliczne życie. Starsi ludzie udają się na poczekalnie dworcowe dla pogawędek towarzyskich lub zdobycia najświeższych nowinek, zaś żebracy przemykają po zakamarkach, prowadząc ciągłą grę z policjantami. Dookoła i na każdym kroku rozstawione są kioski i małe sklepiki, prowizoryczne stragany i stoiska ze wszystkim co może okazać się przydatne podróżnym lub co da się opchnąć zdezorientowanemu przejezdnemu. Pomimo tego, że nie jest to żadna egzotyczna stacja miasta indyjskiego, czy malajskiego, to przecież tak różna od znanych, polskich dworców, z wolna wymierających i świecących pustkami.Gdy przyjrzeć się bliżej lwowskiej stacji kolejowej, to nasuwają się na myśl czasy początków żelaznej kolei. Gdy dwutorowe pasy żelaza dawały początek miastom Dzikiego Zachodu, życie tętniło nieprzerwaną energią, a ludzie wszelkich ras i zawodów spotykali się pod dachami dworcowych poczekalni.

Ekspres do Symferopola odchodzi z drugiego peronu. Już po wyglądzie pociągu widać, że ma niewiele wspólnego z osławionym Orient Expressem. Jest to środek lokomocji jeszcze z czasów ZSRR. Wszystkie otwory w wagonie, począwszy od okien, a skończywszy na drzwiach toalety zamykane są na trójkątny klucz, który jak berło dzierżą w dłoniach konduktorzy, żartobliwie nazywani „prowadnicami”. Jedna z podróżnych, Polka, opowiada jak w latach siedemdziesiątych jechała takim samym „pociągiem przyjaźni” relacji Warszawa – Moskwa: „Wszystko było wyzamykane na klucz. Ani okna otworzyć się nie dało. Ja rozumiem. W końcu bali się żeby czego wywrotowego przez okno nie wyrzucić, albo co… Ale tutaj – oburza się – nie dość, że gorąco, to nawet nie można trochę powietrza do środka wpuścić”.

Każdy wagon ma swojego „opiekuna” odpowiadającego za wszystko co się dzieje w środku. Trafiła się mi prawdziwa ukraińska herszt baba. Przysadzista kobieta, o bacznym wzroku. Każdy bilet sprawdza przy wejściu długo i uważnie. Ogląda z każdej strony, jakby to był banknot o wartości co najmniej dwustu hrywien. Więcej ma wspólnego z niewyspanym pogranicznikiem, niż pracownikiem państwowych kolei. Po zlustrowaniu biletu świdruje wsiadającego delikwenta sokolim wzrokiem, aż odruchowo chce się sięgnąć po paszport i przyznać do dwóch Smirnoffów szczelnie zawiniętych w śpiwór.
Wnętrze bez wygód ale przemyślane tak, żeby było jak najbardziej funkcjonalne. Rzędy piętrowych rozkładanych łóżek, w razie potrzeby dające się szybko złożyć. Jeden stoliczek na cztery prycze. Tyle samo sienników. Wszystko z przesadą oblane żeliwem. „Jakby tu jaki Niemiec wpadł, to połowę tego żelastwa by powywalał – komentuje mężczyzna o intrygującym pseudo Dziedzic – Po co tego tyle?”. Zadaje mi pytanie, na które nawet nie próbuje znaleźć odpowiedzi. Niespodziewanie gwałtownie szarpnęło i pociąg ociężale ruszył. Dopiero teraz zauważyłem, że wokół mnie rozsiadła się grupa roześmianych turystów z Polski i starsza para Ukraińców.

Iwan. Trudno rozpoznać czy to mężczyzna w średnim wieku, czy dobijający sześćdziesiątki starzec. Twarz osmagana przez wiatr i spalona słońcem, zrazu groźna i wyniosła, okazuje się kryć wrażliwą i przyjazną duszę. Po chwili krępującej ciszy wywiązuje się rozmowa, jak to zresztą bywa w pociągach.
Wizja kolejnych dwudziestu pięciu godzin jazdy we wspólnym towarzystwie, skłaniają do nawiązania krótkiej znajomości. Byle tylko skrócić nudę drogi.
Zresztą, nieraz okazuje się, że takie, nazwijmy je „ekspresowe znajomości”, kryją w sobie więcej pozytywów niż wieloletnie przyjaźnie. Człowiek tkwiąc godzinami na swoim miejscu, może wygadać się do woli i zwierzyć z problemów całkiem obcej osobie. Koniec końców i tak nie ma nic lepszego do roboty, a później wysiądzie się z pociągu, zatrzaśnie drzwi i więcej się już nie spotka chwilowego powiernika. Wygodne to i nie wymaga długofalowego zaangażowania.

 1  2  3  4 


OPINIE
anika - Pierwsze wrażenie
2009-07-10 14:56:36
We Lwowie byłam pół roku temu – co prawda tylko na kilka dni i nie miałam okazji podróżować ukraińską koleją, ale samo miasto przez ten krótki okres pobytu wywołało we mnie skrajne emocje.
ena86 - W drodze do mistrzostwa
2009-07-11 12:14:30
Michale wprowadzasz nas w świat podróży, w świat ludzi i zjawisk z pasją niemalże podobną do Mistrza Kapuścińskiego pokazując zaczątek nowego „Imperium”.
mika - zazdroszczę wyjazdu
2009-07-27 20:00:15
Jestem ze Lwowa. Opisana przez autora podróż jest podobna do kilku moich. Ile oddałabym żeby jechać w tym pociągu na Krym...chociaż podróż bardzo męcząca, ale warto to przeżyć.
Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania z siedzibą w Rzeszowie
ul. Sucharskiego 2, 35-225 Rzeszów, fax: +48 17 866 12 22 e-mail: wsiz@wsiz.rzeszow.pl
Wszelkie Prawa Zastrzeżone, Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie © 2010