i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-07-10 09:59:37
Opowiadam o swoich spostrzeżeniach na temat kraju. Najbardziej mnie dziwi kontrast między ludźmi. Na Ukrainie widać podział na bogatych i biednych. Obok najnowszych wersji BMW i Mercedesów na ulicach jeżdżą rozklekotane nyski i trabanty. W sąsiedztwie pięknych kamienic i willi stoją łatane blachą rudery. No i ten chaos i nieporządek na ulicach. Pytam dlaczego tak jest? Olek wyraźnie zakłopotany, po chwili milczenia odpowiada: „Faktycznie jest tak, że wielu ludzi się dorobiło i się z tym (jak wy to mówicie?) afiszują. Wielu jest takich, którzy żyją w biedzie, ale w miastach płace nie są tak bardzo rożne.
Ukraina musi się jeszcze wiele nauczyć. U nas ZSRR jest nadal aktualny. Ziemię, na której żyją ludzie, szczególnie na wsi, dzierżawi się od państwa. Dlatego się nie dba o nią, jak o swoje. Mieszkańcy myślą, że w każdej chwili państwo przyjdzie i zabierze im gospodarstwa, więc nie dbają. Starszym ludziom, którzy całe życie tkwili w komunizmie, w głowach się nie mieści, że coś może być całkiem ich na własność” – kończy i częstuje mnie plasterkami wędzonego sera.
Pytam jeszcze o Białoruś, o to, czy ludzie według niego mają szansę uwolnić się od Łukaszenki? Olek mówi, że jeszcze za wcześnie, że do tego trzeba dorosnąć i że widzi przyszłość Białorusi w studentach. Rozmowa urywa się, bo Bodzio woła nas do wspólnego biesiadowania. Nie ma co się wykręcać po raz kolejny…
Trasa dobiega końca. Ludzie powoli, jakby z niechęcią pakują swoje plecaki. Jedni gotowi już do wymarszu, obserwują za oknami przedmieścia Symferopola. Drudzy kończąc porządki, nawołują się i dowcipkują między sobą. Atmosfera się zagęszcza. Czuć w powietrzu podniecenie. Tysiąc sześćset kilometrów od domu. Zastanawiamy się, co czeka nas na miejscu. Pociąg zwalnia, a naszym oczom ukazuje się peron. Dziedzic patrzy na tarczę zegarka i mówi: „Co jak co, ale punktualni są co do minuty. Jak w Austrii za cesarza.” Sam spoglądam na zegarek. Dokładnie dziesiąta piętnaście. Tak jak w rozkładzie jazdy. Pociąg stanął, a ludzie ruszają do otwartego wyjścia z jednej strony wagonu. Wszyscy przesuwamy się powoli w długiej kolejce. Przed drzwiami żegna nas zachmurzone spojrzenie „prowadnicy”. Prawie ją polubiłem.
Po wyjściu każdy udaje się w swoją stronę. Pociągowe przyjaźnie zniknęły. W jednej sekundzie, zdawać by się mogło, że za sprawą krymskiego powietrza, staliśmy się na powrót obcy dla całego świata. Rozglądam się wkoło. Setki ludzi, krząta się nerwowo i szuka wzajemnie. Wychodzę na główny plac przed symferopolskim dworcem. Wprost przede mną stoi wielka, wybudowana z białego kamienia wieża. Odbijające promienie słoneczne ściany, rażą oczy niemiłosiernie. Spoglądam wyżej i widzę dużą tarczę zegarową. Jeszcze wyżej, na blaszanym dachu, przytwierdzona do żelaznej konstrukcji widnieje wielka, czerwona gwiazda radziecka…






