i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-07-10 09:59:37
Po upływie dwudziestu minut, ludzka fala z powrotem wlewa się do swoich wagonów. Przerwana podróż rozpoczyna się na nowo. Nawet gdy już pociąg pędzi do przodu w pełnym biegu, pojawiają się kolejni handlarze. Tyle że przenieśli swój obnośny dobytek do wnętrza wagonów. Jedna kobieta oferuje lody, inna wiklinowe dziełka sztuki. Czasami jakiś wąsaty Ukrainiec przejdzie z wiązką złociście uwędzonych ryb, nawołując i zachwalając swój towar.
Raz na jakiś czas pojawia się uprzejmy i milczący chłopiec, rozdający wokoło mini ikonki ze świętymi, za które chce jedynie dwie hrywny.
Po godzinie od postoju, sklepikarze znikają, jakby byli jedynie duchami, które po dobiciu interesów, powróciły do zielonych królestw rozpościerających się za oknami. Monotonia jazdy wprowadza w końcu w stan otępienia.
Noc. Najdłuższe zdają się nocne godziny. Zanim opadnie się bezwładnie na posłanie, słychać koncert ludzkich szeptów, wzdychań, kaszlu i ciężkiego oddechu. Zanim zgaśnie światło, Bodzio ogłasza wszem i wobec: „Uważajcie na rzeczy. Paszporty i pieniądze lepiej trzymać w śpiworach”.
W tym samym czasie do otwartego WC udaje się ostatnia tego wieczoru wielonarodowa pielgrzymka wiernych. Stoją karnie przy drzwiach jeden obok drugiego, tłamsząc się w przejściu w oczekiwaniu na swoją kolej. Naraz zapada zmrok. Na wagon opada senność. Wszyscy gramolą się niezgrabnie na swoje łóżka. Wiadomo, że jeszcze długo nikt nie zaśnie, ale nic lepszego nie ma do roboty. Kilku mężczyzn siarczyście klnie, gdyż przerwano im ostatnią rozgrywkę „w tysiąca”. Co jakiś czas przez wagon przechodzi zagubiona w mroku ludzka postać. Gdzieś za drzwiami miga zepsuta neonówka. Bezustanny stukot kół po szynach. W końcu, wśród zaduchu nadchodzi upragniony sen. Niespokojny, ale jednak…
Ludzie wstają około szóstej rano. Mężczyzna w średnim wieku udaje się do toalety z ręcznikiem na ramieniu i szerokim uśmiechem na twarzy.
Leżę patrząc tępo w sufit, gdy nagle dochodzi mnie głos z pryczy pode mną: „Proszę spojrzeć za okno” – szepcze pani Maria.
Spoglądam przez szybę, a moim oczom ukazuje się niewiarygodny widok. Od szyn, aż po horyzont woda. Patrzę przez okno naprzeciw mojego, to samo. Zdaje się jakbyśmy sunęli po tafli ze szkła lub unosili nad wodą. Budzące się słońce otaczają różowe, niebieskie i żółte chmury, dopełniając piękna obrazu. Przebiegam wzrokiem po twarzach podróżnych. Wszyscy wlepieni w matowe od brudu szyby, wychwytują sekundy trwającego zjawiska, póki słońce nie zmieni pozycji, a czar nie pryśnie bezpowrotnie. Po chwili słychać głos: „Oho, przymrozek był – stwierdza pan Krzysztof – to dlatego, te kolorowe chmurki” – kończy i chowa się w śpiworze. Widzowie, wyrwani z zachwytu, odwracają głowy od okien, kwitując prostym: „Racja”. Czar prysł…
Ukraiński dziennikarz Olek, opowiada, że Pomarańczowa Rewolucja była wielkim przełomem dla jego ojczyzny: „Nie mogłem być na Majdanie, bo żona rodziła, ale dałem namiot, koce i jedzenie dla studentów, którzy tam kilka dni wysiadywali” – mówi. Dawniej pracował w gazecie, ale odkąd zamordowali Gongadze, a ludzie Kuczmy zaczęli grozić dziennikarzom, zwolnił się z pracy i dał sobie spokój. Olek świetnie mówi po polsku, toteż rozmowa idzie płynnie. Pytam go o szczegóły przewrotu na Ukrainie, o których opowiada z chęcią: „Dużo nam pomogliście. Wasze wsparcie było potrzebne, bo ludzie poczuli, że nie są sami. Polska na bieżąco relacjonowała światu co się u nas dzieje – przerywa i unosi kubek z parującą herbatą, po czym dodaje – „Najtrudniej było zmobilizować naród do działania”. Przerywam mu i stwierdzam, że chyba istniała niezależna telewizja, radio, czy gazety, które mogły informować, dodawać nadziei. Patrzy na mnie, jak na niedouczonego gówniarza, jednak uśmiecha się i tłumaczy: „Gdy istniał reżym, to oni cały czas okłamywali ludzi. Z telewizją było tak, że państwowa stacja emitowała rosyjskie programy. Czasami nawet niczego nie zmieniali, tylko całymi dniami z Rosji puszczali bezpośrednio do nas programy”. Jakaś przysadzista kobieta przeciskając się między ludźmi, wpadła między nas, przerywając bezlitośnie. Po chwili wstaje i rusza dalej.






