i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-07-10 09:59:37
Po kilku godzinach jednostajnej drogi w towarzystwie melancholijnego pejzażu za oknem, wnętrze pociągu zaczyna ożywać. Początkowo wszyscy niespokojnie „przywiązani” są do swoich miejsc, kurczowo trzymają się bagaży. Wyczekują. Obserwują. Bacznie przyglądają się pasażerowi z przeciwka. Zastanawiają się z kim to przyjdzie tyle czasu siedzieć, no i spać? Pół biedy jak to swój. Zawsze można się dogadać i jest jak się porozumieć. Ale z obcym, to co innego. Nie dość, że nie zna „chrześcijańskiej mowy”, to jeszcze nie wiadomo co to za jeden. Swój porządny na pewno. Ale obcy?
Jednak z upływem każdej sekundy lody topnieją. Powoli, z większymi lub mniejszymi oporami zawiązuje się „pasażerskie porozumienie”. Człowiek się rozluźnia, posyłając w kierunku współpasażera szczery uśmiech, tudzież spokojne mrugnięcie oka lub po prostu nieśmiało zagaduje. O dziwo, pomimo tego, że ja prawię w swoim, a on w swoim języku, rozmowa jakoś się kręci. „Wie pan co? – zagaduje Dziedzic – opowiem panu ciekawą historyjkę. Byłem kiedyś w Niemczech z kolegami. I był z nami Francuz. Tak jakoś wyszło, że musiałem z nim godzinę siedzieć sam. Ja ni w ząb francuskiego, a on polskiego. No cisza zupełna. Wie Pan, trochę głupio tak nic nie gadać. Więc zacząłem z nim na migi. Trochę słów, ale większość gestami. No i nie zgadnie Pan co? – spojrzał na mnie bacznie zza okularów i zaczął wyliczać na palcach – Dowiedziałem się, że ma żonę. Ile ma dzieci. Gdzie pracuje i mieszka. Co robi. Czym się interesuje. Wszystko, czego chciałem, to się dowiedziałem. On zresztą o mnie też. Potem jak koledzy wrócili, a jeden po francusku mówił nieźle, sprawdziliśmy czy dobre informacje sobie przekazaliśmy. Wszystko trafione!” – kończy, entuzjastycznie zacierając dłonie.
Z każdą chwilą robi się coraz gwarniej. Wszyscy wkoło, z nielicznymi wyjątkami Polacy. Krosno, Opole i pomniejsze miasteczka. Każdy jedzie na Krym.
Jeden narzeka, że za gorąco i duszno. Drugi namiętnie deklamuje poważnym głosem o przyjaźni polsko – ukraińskiej, zaś trzeci z uwagą studiuje mapy.
Każdy ma lub intensywnie szuka jakiegoś absorbującego go zajęcia, któremu oddaje się z wielkim namaszczeniem. Odległość i długość drogi do przebycia sprawiają, że każda, najbłahsza nawet czynność rozwlekana jest niemiłosiernie w czasie.
Jeśli ktoś poczuje głód, to rozdarcie opakowania snickersa poprzedzone jest długim prostowaniem papierka, zaginaniem krawędzi, naprężaniem opakowania, wyginaniem sklejonych miejsc, aż w końcu chirurgicznym i powolnym rozdarciem dostaje się do czekolady. Aż współczuje się batonikowi za jego katorgi. Tak jest z każdą czynnością. A wszystko dla zgubienia kilku chwil.
W pociągu panuje niepisana reguła, która pozwala poznać kto podróżuje pierwszy raz. Ukraińcy automatycznie rozścielają sienniki i kupują pościel u „prowadnicy”, co cieszy ją niezmiernie. Szczelnie zamknięta w plastikowej reklamówce z logiem kolei pościel, pachnie krochmalem, a przywodzi na myśl szpitalne prycze. Szybko rozłożona na „łóżku”, wskazuje obytego w pociągowym życiu włóczykija. Kto nie dokona zakupu (a czynią to cudzoziemcy, nie mogący przebrnąć przez odstręczającą barierę wyglądu posłania) nie może liczyć na przychylność zawiadowcy.
Mechanizm działa w dwie strony. Prowadnica w kontakcie z takim delikwentem jest oschła i niemiła. Spogląda spod oka, a nawet złośliwie zamyka WC na klucz, nie dopuszczając długimi godzinami do orzeźwiającej wody. Sprawę posłania wyjaśnia Ukrainiec, który mówi, że pieniądze z pościeli idą do kieszeni „szefa wagonu”.
Pociąg zatrzymuje się co kilka godzin na dłuższe postoje. W takich miejscach kwitnie „dworcowy biznes”. Dziesiątki kobiet ze swoimi kramikami oferuje słodycze, zimną coca – cole, papierosy i regionalne potrawy. Niektóre biegają pośpiesznie po peronie, zaczepiając wychodzących z przedziałów strudzonych podróżą ludzi. Inne zaś, te stojące wyżej w hierarchii, „peronowe matrony”, pewnie i zamaszyście mieszają chochlami w garnkach. Rzadko ktoś coś zakupi, ale zdaje się to być nieistotne.






