i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2011-12-08 23:06:45

Portal „Gazety Wyborczej” doniósł ostatnio, że szkoły wyższe bezpardonowo walczą o studentów. Uczelnie państwowe stosują dumping obniżając czesne na studiach niestacjonarnych, pokrywając straty z dotacji państwowych. Według NIK większość skontrolowanych uczelni stosuje tę nieuczciwą konkurencję. Instytucje, które powinny świecić przykładem w życiu społecznym stosują niedozwolone praktyki. Nie jest to wzór z którego przykład mogą czerpać studenci.
Szkoły wyższe mające uprawnienia habilitacyjne na danym kierunku mogą, po ostatniej niby reformie szkolnictwa wyższego, opracowywać autorskie programy studiów. Te nowe programy są często nastawione na przyciągnięcie studentów atrakcyjną ofertą, która, jak powiadają niektórzy jest „sexy”. Jedną z cech charakterystycznych tej oferty jest możliwość nabywania przez studentów praktycznych umiejętności.
Przedstawiciele pracodawców narzekają, że absolwenci wyższych uczelni są słabo przygotowani do pracy na konkretnych stanowiskach, a system szkolnictwa nie jest dostosowany do potrzeb rynku pracy. Zadaniem uniwersytetów i szkół uniwersytopodobnych, uczelnie „sprzedające” dyplomy to inny problem, nie jest kształcenie osób mających konkretne umiejętności, bo to jest rola techników i szkół zawodowych, ale kształtowanie osobowości studenta i uczenie go jak się uczyć przez ok. 40 lat jego zawodowej kariery. Dziś nabyte praktyczne umiejętności staną się w znacznej mierze nieprzydatne za 5 lat, a co dopiero mówić o perspektywie niemal pół wieku. Uniwersytety powinny uczyć myślenia, a więc teorii. Kilka miesięcy temu na cytowanym portalu można było przeczytać następujące zdanie: „Przedsiębiorcy i menedżerowie z reguły mają to do siebie, że zajmują się bardziej działaniem niż myśleniem. Ale działanie bez podstawy intelektualnej jest niczym. Nie ma nic bardziej praktycznego, niż dobra teoria”. Tak więc nie należy przywiązywać nadmiernej wagi do opinii pracodawców myślących kategoriami dnia dzisiejszego.
Przy programowaniu nowych i unowocześnianych starych kierunków studiów nie należy kierować się także tym co wydaje się „modne” i interesujące z punktu widzenia zainteresowań licealistów i ich rodziców, ponieważ w dużej części przypadków sami nie wiedzą czego od studiów oczekiwać. Jedynie stosunkowo niewielka liczba młodych ludzi ma konkretne zainteresowania i wie czego chce.
Uniwersytet ma za sobą kilkaset lat historii i zbiorowego doświadczenia. Oczywiście zmieniał się przez te stulecia i zmienia nadal, ale nie może stać się chorągiewką na wietrze reagująca na wszystkie podmuchy współczesności. Pewien stopień konserwatyzmu we współczesnych rozedrganych czasach jest niezbędny dla zachowania równowagi.
Programy studiów, choć w różnym stopniu, powinny koncentrować się na teorii. Oczywiście jedne kierunki powinny być w znacznym stopniu abstrakcyjne a inne bardziej konkretne jak np. medycyna, na której student musi nabyć pewne umiejętności praktyczne. Uniwersytety i szkoły uniwersytopodobne powinny też kształtować człowieka kulturalnego, dostarczając wiedzy o literaturze i muzyce, o sztuce w ogóle. Pytam się czasem moich studentów socjologii czy czytali, a przynajmniej słyszeli o takim pisarzu, który się nazywał Honoré de Balzac i był najdoskonalszym portrecistą dziewiętnastowiecznego społeczeństwa. Nie czytali, nie słyszeli. Klasyka literacka jest może passé, ale podobnie z filmem, którego kanon jest również nieznany.
Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego musi się czymś zajmować to też wymyśla, w ślad za międzynarodową biurokracją, Krajowe Ramy Kwalifikacji. Jak można próbować odczytać z oficjalnych dokumentów resortu chodzi o to żeby wiedza nabyta przez studentów w różnych krajach była mniej więcej porównywalna. Szkoły wyższe w danym kraju są uwarunkowane kulturowo, działają w oparciu o wiekową tradycję akademicką, dysponują nieporównywalnymi środkami materialnymi, rekrutują studentów przygotowanych przez różne systemy szkolnictwa średniego, o zróżnicowanych motywacjach do nauki. Postulat opracowania krajowych ram kwalifikacji i odpowiednich programów kształcenia, abstrakcyjnie może i słuszny, jest absolutnie nie możliwy do zrealizowania, a więc nakłady pracy tysięcy ludzi w kilkuset uczelniach do niczego pożytecznego się nie przydadzą. Kilka lat temu wprowadzono w kilkunastu krajach wspólną walutę nie bacząc jak bardzo są one zróżnicowane. Obecnie obserwujemy tego skutki. Wprowadzenie wspólnej waluty było znacznie prostsze niż ujednolicenie efektów kształcenia, które ma być skutkiem programów nauczania. W ustawie czytamy: Program kształcenia to opis określonych przez uczelnię spójnych efektów kształcenia, zgodny z Krajowymi Ramami Kwalifikacji dla Szkolnictwa Wyższego, oraz opis procesu kształcenia, prowadzącego do osiągnięcia tych efektów, wraz z przypisanymi do poszczególnych modułów tego procesu punktami ECTS. Ministerstwo opracowało nawet podręcznik „Jak przygotowywać programy kształcenia zgodnie z wymaganiami wynikającymi z Krajowych Ram Kwalifikacji dla Szkolnictwa Wyższego?” Autorem jest Andrzej Kraśniewski, a publikacja była współfinansowana ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego. Wygląda na to, że były z Unii jakieś pieniądze i uznano, ze trzeba je na coś wydać. Jako przeciętnie inteligentny profesor usiłowałem bezskutecznie przeczytać ze zrozumieniem ten stu stronicowy tekst. Od kilku lat obowiązują tzw. punkty ECTS przypisywane poszczególnym przedmiotom. Punkty te są jednak przyznawane całkowicie subiektywnie, bo nie ma żadnych jednolitych kryteriów i chyba nie może ich być. Wszystkie te biurokratyczne działania zabierają czas pracownikom uczelni i na pewno nie poprawią efektów kształcenia.
Efekty kształcenia jedynie w minimalnym stopniu zależą od programów nauczania. To z jaką wiedzą wyjdzie absolwent danej szkoły wyższej zależy od poziomu naukowego profesorów i ich umiejętności dydaktycznych, od wyposażenia materialnego uczelni (biblioteki, laboratoriów, sal multimedialnych Itd.), a w szczególności od wiedzy, inteligencji, motywacji i pracowitości młodego człowieka kończącego szkołę średnią. Efekty kształcenia zależą także od sytuacji materialnej studenta. Spotykam się na co dzień ze studentami, którzy studiują stacjonarnie i jednocześnie pracują. Efekty ich kształcenia byłyby znacznie lepsze gdyby większość czasu poświęcali nauce, a nie pracy.
Czytając życiorysy ludzi, którzy osiągnęli szczyty zawodowej kariery dowiadujemy się, że często kończyli studia bardzo odległe od dziedziny, w której osiągnęli sukces. Szansą zbliżająca ludzi do tych osiągnięć jest właśnie trafienie na kierunek rozwijający intelekt, zwiększający kapitał kulturowy, uczących się uczyć i zachęcających do tej nauki przez całe życie.
W zamierzchłych czasach kończyłem historię kultury materialnej, na którą składała się etnografia, archeologia Polski i krajów śródziemnomorskich. W wyuczonym zawodzie pracowałem zaledwie kilka miesięcy, a potem dawałem sobie radę jako dziennikarz, pracownik administracji, urbanista w kraju i za granicą i wreszcie socjolog, w którym to zawodzie doszedłem do tytułu profesora. Na obozie archeologicznym nabyłem konkretne umiejętności oczyszczania znalezionych na stanowisku przedmiotów szpachelką i pędzelkiem. Ale intelektualnie rozwijały mnie wykłady profesorów Kazimierza Dobrowolskiego, Kazimierza Moszyńskiego, Marka Waldenberga i kilku innych. I to, a nie szpachelka i pędzelek pozostały mi na życie.
Kłopoty absolwentów na rynku pracy wynikają nie z tego, iż rzekomo wyższe uczelnie nie odpowiadają na jego potrzeby, ale dlatego, że absolwentów jest za dużo w stosunku do potrzeb gospodarki i społeczeństwa. Masowość szkolnictwa wyższego powoduje też obniżenie jego poziomu, ponieważ część napływającej do tych szkół młodzieży nie nadaje się do studiowania z powodu braku zdolności i motywacji. Sporo studentów cechuje znaczny stopień odporności na wiedzę, którą im się usiłuje przekazać co z pwnością odbija się na efektach kształcenia. Zdolności do nauki nie zwiększa niestety także szkolnictwo średnie, którego poziom również się stale obniża. Zgodnie z „ludową mądrością” obecny dyplom magistra jest zaledwie równy przedwojennej maturze, a ówczesne magisterium przewyższa nieraz współczesny doktorat. Błędem była reforma dająca przepustkę do szkoły wyższej każdemu maturzyście. Uniwersytety powinny przyjmować do swojego grona tylko na podstawie konkursowego egzaminu wstępnego. Szkoły wyższe powinny konkurować jakością, a nie umizgać się do przyszłych studentów, czego ci lepsi nie lubią i nie kupują, rozpoznając fałsz, a niekiedy oszustwo. Uniwersytet powinien się reklamować „noblistami” a nie chwytami specjalistów od marketingu, którzy niespecjalnie odróżniają szkołę wyższą od proszku do prania, ponieważ właśnie nabyli konkretne umiejętności i niewiele poza tym.
Jeżeli szkolnictwo wyższe będzie się kierować aktualnymi, ale słabo rozeznanymi potrzebami rynku pracy i uczyć praktycznych umiejętności to wykształci ludzi, którym trudno będzie sobie poradzić za 10, 20, 30 lat zupełnie w innej rzeczywistości, której nie potrafimy sobie nawet wyobrazić, tak jak 40 lat temu poprzednie pokolenie nie mogło sobie wyobrazić dzisiejszej sytuacji.
Cywilizacyjne zmiany, których świadkami stajemy się każdego dnia, zmuszają nas do ciągłego aktualizowania systemu edukacji tak, aby spełniał on wymagania dynamicznie zmieniającej się teraźniejszości, a także wychodził naprzeciw wymaganiom przyszłości. Postęp technologiczny, ciągła potrzeba rozwoju sprawiają, że żyjemy w atmosferze permanentnej zmiany,
Wspólność, Identyczność i Stabilność. Tego chcą dla nas, studentów, autorzy Krajowych Ram Kwalifikacji. Nie chcą ludzi światłych, zdolnych do samostanowienia i wieloaspektowego rozwoju.
Tak jak Nowy Świat służył, potocznie mówiąc, hodowli idealnej siły roboczej, tak i jednolitość efektów kształcenia, oparta na przemijającej wartości specyficznych umiejętności, służy
''Uniwersytety powinny przyjmować do swojego grona tylko na podstawie konkursowego egzaminu wstępnego.'' - zgadzam się. Moja sytuacja sprowadziła się do tego, iż jestem świadoma co chcę robić w życiu i co studiować, jednakże moja pasja z tym związana, została rozwiana przez maturę. Jej wyniki, niewystarczające






