i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie

Konflikty religijne są stare, jak stara jest ludzkość. A mówiąc ściślej, jak stare są religie i gorliwość ich wyznawców. Od setek lat na świecie dochodzi do starć. I nie mam na myśli wojen, bo te są opisane i udokumentowane wystarczająco dobrze. Idzie raczej o mniej znane konflikty. Konflikty w skali „mikro”. Bójki między żydami, a chrześcijanami. Utarczki słowne pomiędzy muzułmanami, a chrześcijanami i żydami. Obrzucanie się obelgami, butelkami i kamieniami między wszystkimi. Uliczne wrogie spojrzenia. Świątynne nienawistne kazania. Obopólne wyklinanie, wyzywanie i odbieranie sobie czci. Takich jest tysiąckroć więcej i zdają się być istotniejsze, gdyż dotyczą nie statystyk, a ludzi z imienia i nazwiska.
Ostatnimi czasy Europa stała się areną nowej odsłony starcia religijnego w skali „mikro”, która wzbudziła dyskusję na całym kontynencie. W Szwajcarskim mieście Langenthal muzułmanie chcieli dobudować minaret do istniejącego już od osiemnastu lat meczetu. Nie udało się, a w konsekwencji Szwajcarzy w referendum wypowiedzieli się przeciwko budowie kolejnych minaretów w kraju.
Po jednej stronie Daniel Zingg. Po drugiej Mutalip Karaademi. Obu należy oddzielić wyraźną kropką, gdyż przecinek mógłby nie wystarczyć, tak bardzo się poróżnili. Jeden chrześcijanin, drugi muzułmanin. Pierwszy Szwajcar z dziada pradziada. Drugi Szwajcar z „nadania”, chociaż przybył do Helwecji 26 lat temu. Pierwszy, dumny przedstawiciel EDU (Federalnej Unii Demokratycznej) głosił swoje poglądy skrajnego prawicowca – mówiąc krótko: polityk z wizją. Drugi też zaangażowany, ale bardziej społecznie. Piastował urząd przewodniczącego islamskiej wspólnoty religijnej w Langenthal i też odczuwał misję, chociaż bardziej religijno-architektoniczną. Obaj pracowali, płacili podatki, wychowywali dzieci. Spacerowali po tych samych ulicach niewielkiego miasta i co równie prawdopodobne, robili zakupy w tym samym supermarkecie. Ba, możliwe, że zdarzyło się, iż jedli z tych samych talerzy podczas sobotniego wyjścia „na miasto” z przyjaciółmi. Zdawać by się mogło, że zwykli sąsiedzi.
Pewnego dnia Mutalip popijając poranną kawę wyjrzał ze swojego okna na drugim piętrze starej, ceglanej kamienicy. Promienie słoneczne kładły się ciepłym blaskiem na szczyty alpejskich gór i wtedy go oświeciło. Jakby archanioł Gabriel dotknął jego czoła anielskim skrzydłem. Pomyślał Mutalip, że czas najwyższy dobudować do miejsca świątynnego swego ludu, wieżę. Piękną, kamienną, na szczyt której będzie się wspinał pięć razy dziennie, aby wychwalać imię Pana. Co z tego, że na blisko piętnaście tysięcy mieszkańców miasta, jego współwyznawców było zaledwie stu trzydziestu? Boga trzeba chwalić na wszelkie możliwe sposoby, a jaki jest piękniejszy, niż wystawienie Mu świątyni? I zebrał swój lud Mutalip i zaszczepił w braciach i siostrach ideę.
Daniel głęboko wierzył w swoje ideały od chwili, gdy pierwszy raz bił się za nie w szkole średniej. Dlatego związał się z EDU. W partii się spełniał, pomimo tego, że niewielkie miała poparcie. W końcu jeden procent głosów w wyborach powszechnych, to mniej, niż błąd statystyczny. Ale liczą się przekonania. A Szwajcaria była, jest i będzie katolicka. Bez dwóch zdań. Przecież gwardia papieska składała się z samych Szwajcarów. A granica zachodnia kraju dotykała ziemi włoskiej. A stąd już rzut beretem do świętej stolicy – Watykanu. I jasno z tego wynika, że Szwajcaria była jak przedgórze chrześcijaństwa, które broni wiary! I takie miał przekonania Daniel.
Wydawać się może, że był twardogłowym prawicowcem, któremu można tłumaczyć i wyjaśniać, a on nic. Że nie dopuszczał do siebie wątpliwości. Że nie był wrażliwy. Nieprawda. Duch Daniela wielbił piękno. W dniu, w którym Mutalipa odwiedził archanioł Gabriel, Daniel siedział na ławce przed domem i podziwiał dostojeństwo legenthalskiej katedry. Na jej szczycie dumnie wisiał od wieków dzwon, który od zawsze wybijał wezwania na nieszpory i dudnił na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Kochał Daniel ten widok całym sercem.
Wizja Mutalipa uderzyła w przekonania Daniela i jego przyjaciół. „Jakże to – krzyczeli oburzeni – chcesz pięć razy dziennie wspinać się na tę, pożal się Boże, iglicę i wykrzykiwać w obcym języku jakieś rymowanki? Nie ma zgody”. Być może udałoby się załagodzić spór. W końcu świątynia muzułmańska istniała w mieście od lat, a wyznawcy obu religii żyli obok siebie bez większych konfliktów.
Okazało się jednak, że Mutalip chcąc wznieść minaret, zasłoni widok Danielowi na katedralny dzwon. Sześć metrów i dziesięć centymetrów wysokości. Dokładnie tyle, ile trzeba, żeby Daniel nie mógł spoglądać odtąd na ukochany dzwon. To już była sprawa osobista.
EDU i Daniel rozpoczęli bój. Plakaty, ulotki, billboardy, radio, telewizja, Internet, hasła reklamowe, flagi narodowe. Wszyscy prawdziwie wierzący katolicy zwarli szyki. Przekonywali. Wiecowali. Urządzali debaty publiczne i pikniki rodzinne. Zdobywali poparcie w iście demokratycznym stylu.
A Mutalip czekał. Co prawda początkowo przekonał do swojej wizji stu dwudziestu dziewięciu członków wspólnoty i przez siedem wieczorów debatował z Alim, jedynym sceptykiem, ale i jego w końcu natchnął wiarą w swój pomysł. Później już tylko oczekiwał. I patrzył jak opozycja rośnie w siłę. Przyglądał się rosnącej liczbie przeciwników. Ale nic nie robił. Nie wiedział jak. I przegrał w końcu Mutalip swoje marzenie o minarecie. I zwyciężył Daniel swój widok na katedralny dzwon.
I chociaż wszystko to, co powyżej napisane przeplata fikcja i prawda, to tak samo zdaje się przedstawiać rzeczywistość konfliktu pomiędzy religiami w dzisiejszej Europie. Z jednej strony wyolbrzymiany strach przed islamizacją Europy, która według niektórych za lat kilka zyska nową nazwę „Eurabii”. Z drugiej, niezrozumiały brak tolerancji dla różnic i odmienności. Być może dałoby się porozumieć, gdyby nie to, że religia stała się dla wielu bardziej pretekstem do rozpowszechniania fanatycznych przekonań, niż sposobem na pojednanie pomiędzy ludźmi.
I jest w tym coś jeszcze. Jak pisał niedawno żydowski pisarz Edgar Keret: „Był taki jeden, co chodził po wodzie. Nie żeby to była jakaś wielka sprawa. Dużo ludzi może chodzić po wodzie. Większość o tym nie wie, bo nie próbuje. A nie próbują, bo nie wierzą, że im się uda”. Wielu jest takich, co mówią, że dialogu nie ma, bo się nie da. A nie da się, bo się boją. Boją, że jak zaczną rozmawiać, to udławią się własną śliną.






