i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2011-04-04 20:53:15

Polska leży na peryferiach Europy, a na pewno Unii Europejskiej, jest to fakt geograficzny, ale niestety także mentalny. Nie bardzo interesujemy się tym, co dzieje się poza granicami naszego kraju. Odcinanie się od problemów globalnych jest ucieczką od zjawisk, których nie rozumiemy i nie bardzo chcemy zrozumieć. We współczesnym świecie ogromną rolę w informowaniu i edukowaniu społeczeństwa odgrywa telewizja. Niestety polskie stacje są telewizją zaścianka.
W ostatnich tygodniach w Japonii zatrzęsła się ziemia, a towarzyszące temu zjawisku tsunami spowodowało niewyobrażalną katastrofę. Była ona tym większa, że uszkodzeniu uległy cztery reaktory w jednej z elektrowni nuklearnych i nastąpiło znaczne radioaktywne skażenie. Telewizje europejskie przez kilka dni niemal w całości poświęciły swoje programy informacyjne temu wydarzeniu. I tak np. przez pięć dni w serwisie programu 2 telewizji francuskiej właściwie w ogóle nie mówiono o innych sprawach, chociaż było to tuż przed ważnym wydarzeniem politycznym: wyborami kantonalnymi w tym kraju. Polskie telewizje pokazywały od czasu do czasu migawki z zagranicznych serwisów, nie wysłały na miejsce korespondentów i w rezultacie polski telewidz dowiadywał się pobieżnie o tym bezprecedensowym wydarzeniu z drugiej, a nawet trzeciej ręki.
Podobnie było i jest w przypadku konfliktu libijskiego. „Niech na całym świecie wojna. Byle polska wieś zaciszna. Byle polska wieś spokojna” powiedział w istocie, choć nie użył tych słów, Premier Donald Tusk odżegnując się od udziału w interwencji państw zachodnich i NATO w działaniach utrudniających mordowanie własnych obywateli przez reżim pułkownika Kadafiego. A można było wysłać symbolicznie, tak jak Norwegowie, ze dwa samoloty F16, chyba, że te aparaty w ogóle nie latają. I to by może usprawiedliwiało Premiera. Tego samego dnia 2 program telewizji francuskiej nadawał bezpośrednie korespondencje swoich wysłanników z Tripolisu, Bengazi z granicy libijsko – tunezyjskiej i libijsko – egipskiej, z bazy lotniczej NATO we Włoszech oraz z Waszyngtonu. A w telewizji TVN tzw. eksperci arabiści i dziennikarze rozprawiali o wydarzeniach w Libii bez większej znajomości rzeczy. Żeby się skutecznie odciąć od informacji minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski zamknął ambasadę RP w Tripolisie z powodu rzekomego niebezpieczeństwa grożącego personelowi. Natomiast zagraniczni korespondenci stale nadają wiadomości z Tripolisu i nie dzieje im się żadna krzywda i jakoś nie okazują strachu, ponieważ ryzyko jest wliczone w zawód reportera, ale także dyplomatów.
W lipcu Polska obejmuje przewodnictwo w Unii, zwane nie wiadomo dlaczego „prezydencją”, bez sensu i nie po polsku. Konflikt libijski może się do tego czasu nie skończyć, tak więc zamknięcie ambasady było oczywistym błędem tak jak było błędem wszystkich dotychczasowych rządów III RP zerwanie kontaktów z krajami arabskimi wybrzeża Morza Śródziemnego. W czasach PRL w Algierii, Tunezji, Libii pracowało tysiące Polaków: lekarzy, uczonych, architektów, a nawet wysoko usytuowanych rządowych doradców, jak np. prof. Czesław Bobrowski w Algierii. Ta nagromadzona wiedza została zmarnowana, a większość kontaktów zerwana. Jeszcze jeden dowód mentalności zaścianka.
Wtedy, kiedy większość środków masowego przekazu w poważnych krajach informowała o naprawdę ważnych wydarzeniach dla Europy a także dla Polski, ponieważ jesteśmy jednak członkami Unii Europejskiej, polskie środki masowego przekazu mówiły głównie o Otwartych Funduszach Emerytalnych oraz kłótni miedzy Leszkiem Balcerowiczem, a Jackiem Rostowskim. Szczególna uwaga mediów koncentrowała się na tym, że J. Rostowski w czasie telewizyjnej debaty obu panów mówił do L. Balcerowicza – Leszku, choć ponoć ustalono, że będą sobie mówić per pan, mimo że są od dawna po imieniu. Kolejnym ogromnie ważnym wydarzeniem komentowanym przez wszystkie stacje telewizyjne i tytuły prasowe była wizyta Jarosława Kaczyńskiego w sklepie. Prezes chciał w ten sposób wskazać na „szalejącą” drożyznę, choć niedokładnie policzył koszyk cen co mu oczywiście wytknięto.
PiS nadal podgrzewa katastrofę smoleńską. Prezes protestuje przeciwko usuwaniu wieńców i gaszeniu zniczy przed Pałacem prezydenckim. Czczenie miejsca na ulicy przed biurem zajmowanym poprzednio przez Lecha Kaczyńskiego jest niewątpliwie nowym obyczajem. W polskiej tradycji wieńce kładzie się na grobach i tam też zapala znicze. Grób L. Kaczyńskiego jest na Wawelu i tam należy odprawiać rocznicowe egzekwie. To jest „oczywista oczywistość”. Atmosferę podgrzewają także media. 28 marca „pierwsza dama TVN” przepytywała rzecznika rządu na okoliczność smoleńskiej katastrofy, tak jakby zdarzyła się wczoraj. Oto przykładowo dwa pytania: „Czy pan nie pomyślał, że to był zamach”, „dlaczego nie pozwolono Jarosławowi Kaczyńskiemu zabrać od razu ciała brata?” I tak dalej w tym jątrzącym stylu. Przez następne dni grozi nam powtórna żałoba narodowa i tak zapewne będzie co miesiąc co rok, aż do końca świata plus jeden dzień. PiS domaga się nawet „dostosowania repertuaru teatrów” do tych okoliczności. I to jest prawdziwa kropka na „i”.
Tak więc świat żyje problemami globalnymi, a Polska lokalnymi, partykularnymi i prowincjonalnymi. Ale nawet wśród tych „wioskowych” problemów są ważne i mniej ważne. Zabranie większej części składki z OFE i przekazanie jej do ZUS na wypłatę bieżących emerytur uzależnia przyszłe emerytury od widzimisię władzy. Nie jest to dobre rozwiązanie. W cieniu tej istotnej zmiany i innych krajowych wydarzeń, jak humorystyczna wizyta Prezesa w sklepie na Ochocie w Warszawie, pozostała przyjęta przez parlament fatalna reforma szkolnictwa wyższego i nauki. O tzw. reformie szkolnictwa wyższego pisałem już na „Bistro”, a teraz kilka słów o nauce. Zamiast departamentu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego zajmującego się rozdziałem skromnych środków na badania naukowe powołano dwie instytucje o słabo rozgraniczonych kompetencjach: Narodowe Centrum Nauki w Krakowie i Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w Warszawie. Ile nowych urzędniczych etatów powstało w tych instytucjach zjadających niewielkie kwoty przeznaczone na badania? Rząd tworząc te nikomu niepotrzebne instytucje narzeka jednocześnie ustami Premiera, że niepomiernie rośnie rządowa biurokracja. A co robi Polska Akademia Nauk niereformowalny przez 20 lat radziecki wzór organizacji nauki? Przecież narzucającym się wnioskiem, skoro już powstało Narodowe Centrum Nauki, było podporządkowanie mu pionu badawczego PAN, a pozostawienie tylko członu korporacyjnego powołującego członków Akademii.
Nieco podobnie jak w PRL-u, jeżeli ktoś chce być poinformowany co dzieje się naprawdę na świecie, musi oglądać zagraniczne telewizje, słuchać cudzoziemskiego radia i prenumerować obce gazety. Ułatwia to nam jeszcze Internet, na razie bez cenzury, ale jak długo nie wiadomo. Na szczęście podjęta próba cenzurowania tego medium, wobec gromkich protestów, wskutek interwencji Donalda Tuska, nie powiodła się. Na razie.
Pozdrowienia dla Pana Profesora






