i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-06-09 09:43:06
W odległej przeszłości każda wielka grupa społeczna miała swoją elitę. Tradycyjna wieś zawsze miała liderów – byli nimi najbogatsi chłopi, których lokalna elitarność brała się jednak nie tylko z bogactwa, choć także, ale przede wszystkim z tych cech, które pozwalały im bogactwo osiągnąć - pracowitości, przedsiębiorczości, kreatywności. Elitę tradycyjnej wsi stanowili także ksiądz i nauczyciel a więc ci, którzy wyróżniali się poziomem intelektualnym.
Pierwszą wielką grupą społeczną pozbawioną własnej kultury i własnej elity byli ro-botnicy. Grupa ta powstawała z ludzi wykorzenionych ze swoich lokalnych środowisk, przede wszystkim wiejskich i rzemieślniczych. Była to pierwsza duża grupa społeczna, która była masą, motłochem, jakby powiedziała Hannah Arendt, a więc zbiorowością ludzi wykorzenionych ze swoich rodzimych środowisk społecznych i społeczności lokalnych. Rolę elity tej grupy społecznej spełniała w XIX i XX stuleciu część lewicowej inteligencji, która reprezentowanie i wyrażanie jej interesów uważała za swoją powinność i misję.
Le Bon w swojej „Psychologii tłumu” pisze, że „cywilizację tworzyły i rozwijały w minionych okresach dziejów zawsze tylko drobne grupy arystokracji intelektualnej, nigdy zaś tłumy. Moc tłumów jest tylko niszcząca”. To prawda. Moc tłumów jest niszcząca, ale elity pozostawione sobie i zorientowane wyłącznie na siebie, są bezpłodne. Dlatego nie jest prawdą, że – jak pisze Le Bon - "cywilizację tworzyły i rozwijały /…/ zawsze tylko drobne grupy arystokracji intelektualnej".
Stwierdzenie niszczącej mocy tłumu jest w gruncie rzeczy banalne. Odkrywcze w analizie Le Bona jest zakwalifikowanie do tłumu-motłochu jego demokratycznie wybranych przedstawicieli. „Wśród przywódców - pisze Le Bon – można spotkać szczwanych demagogów, którzy jedynie o własny interes dbają, a w tłumie rozbudzają tylko niskie instynkty”. W 1929 roku, gdy ukazało się w Paryżu pierwsze wydanie „Psychologii tłumu”, ostatni rozdział jego pracy, poświęcony analizie zjawiska „tłumu wyborczego”, nie mógł zostać doceniony. Przeciwnie, uznany został za swego rodzaju nadużycie terminu „tłum”. Dzisiaj jednak nie można z równym przekonaniem sądzić, że jest to ze strony Le Bona swego rodzaju niedomyślenie, intelektualnie nieuprawnione przeniesienie znaczenia z pojęcia „tłum” na „elitę”, a więc zbiorowość istotnie różniącą się od tłumu. Le Bon wyciągał tu wnioski z obserwacji francuskiego parlamentu i sądów, które, szczególnie w kontekście sprawy Dreyfusa, na nic innego niż kwalifikację do motłochu, rozumianego tym razem w kategoriach ocennych, nie zasługiwały. „Tłumy – pisze Le Bon – wysyłają do ciał ustawodawczych swych przedstawicieli, pozbawionych wszakże wszelkiej inicjatywy i samodzielności, będących jedynie rzecznikami komitetów, które ich wybrały”. Jest to wierny opis polskiego parlamentu, przede wszystkim posłów i senatorów z nadania PIS-u i PO, partii wodzowskich, które rywalizują ze sobą o palmę pierwszeństwa w dziele deprawacji polskiej sceny politycznej.
Nasze partie polityczne dla swoich wąskopartyjniackich interesów wykorzystają każdy społeczny konflikt, a jak się uda, to taki konflikt wywołają, jeśli tylko zaszkodzi on politycznemu przeciwnikowi. Z drugiej strony zaś mamy różne, rywalizujące ze sobą radykalizmem roszczeń, mafie związkowe. Wiele na to wskazuje, że - cóż za okrutny paradoks - czasy PRL-u były ostatnimi, w których masy, przede wszystkim robotnicze, nie były jeszcze motłochem.






