i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-06-09 09:43:06
Marksistowscy socjologowie mówili o niej - wielkoprzemysłowa klasa robotnicza - co wyglądało na prymitywną cliche, oklepany slogan stworzony na użytek ideologicznej fikcji. Ale to nie była fikcja. Ta klasa, czy warstwa - nie spierajmy się o ścisłość określeń - do żadnej innej nie była podobna. Bo nigdzie indziej przecież nie stworzono zetatyzowanego robotnika, który nie jest indywidualnym ani zbiorowym uczestnikiem kontraktu, którego cechuje w tym stopniu myślenie roszczeniowe i który swoje poczucie godności czerpie z samego faktu pracy, tak jak urzędnik czerpie poczucie prestiżu z zajmowanego stanowiska.
Wartość pracy socjalistycznego "człowieka z marmuru" nie mierzyło się zyskiem, ale znojem. A znój jest niemierzalny. Można pracować ciężko, głupio i bez sensu. Czy można powiedzieć robotnikowi, że jego praca jest bez sensu, bo trzeba do niej dopłacać, jak do węgla z deficytowych kopalni? Można, ale odpowie on wówczas, że nie jest to jego wina, on nie jest twórcą, ale ofiarą tego systemu. I będzie miał oczywiście rację. On wie tylko tyle, że prawdziwy jest jego trud i pot, a więc, że powinien on być uczciwie opłacony.
W PRL-u wartością - przynajmniej deklarowaną - była praca. Z niej płynąć miał dostatek, w pierwszym rzędzie całej zbiorowości, społeczeństwa, państwa, a w dalszej konsekwencji także jednostki. Praktyka bezlitośnie zweryfikowała to założenie. Przede wszystkim wytwarzane z pracy bogactwo leniwie i z wielkimi tylko oporami skapywało do ostatniego ogniwa, czyli budżetu domowego pracownika, a wreszcie okazało się, że i dla zbiorowości i samego państwa pożytek z tej pracy też niewielki. Okres socjalizmu, który miał ukształtować nowy, na piedestał najwyższych cnót wywindowany etos pracy, w rezultacie doprowadził do niebywałego i na taką skalę niespotykanego nigdzie zdeprecjonowania tego etosu. Najpierw okazało się, że samą pracą do niczego dojść nie można (przynajmniej takie było coraz powszechniejsze przekonanie, przekładające się na rozgrzeszającą dyrektywę - jaka płaca, taka praca), w końcu wyszło także na jaw, że nawet państwa nie można uchronić przed bankructwem pracą jego obywateli.
Tu rzeczywiście doszukiwać się można źródeł demoralizacji, ale nie polega ona wcale na owym przekupywaniu, jak sądzi Winiecki. Nie bardzo wiem dlaczego robotnik wielkiego zakładu przemysłowego miałby być bardziej zdemoralizowany od osiedlowego hydraulika? Skąd ten przykład? Ano stąd, że w latach siedemdziesiątych, przynajmniej w Warszawie, w żadnej z osiedlowych administracji nie utrzymałby się dłużej w pracy hydraulik, któryby nie brał zleceń „na lewo”, wykonując wszystkie naprawy uczciwie, zgodnie z prawem i oficjalnym cennikiem.
Czas transformacji, niestety, nie przyniósł wcale restauracji wartości etosu pracy, ale nie pojawiła się także pogoda dla Franklinów.






