Polityka
Marnowana szansa
TAGI: Kuchnia intelektualna, Polityka,
Dodano: 2011-02-21 14:34:12

Od początku transformacji w środkowej Europie wszystkie partie rządzące przegrywały wybory. Objęcie władzy dzisiaj było wstępem do klęski, którą poniesie się jutro. W kilku przypadkach zresztą partie rządzące zdobyły w przegranych wyborach więcej głosów niż wcześniej, w wyborach wygranych – tak było wtedy, gdy w Polsce upadł gabinet Hanny Suchockiej czy Victora Orbana na Węgrzech, i wtedy, gdy jeszcze wcześniej, w Polsce, w1997 roku, SLD musiało oddać władzę AWS-owi. Nawet w 2007 roku PIS przegrywając wybory zdobył o 11 miejsc w parlamencie więcej niż poprzednio, w wyborach wygranych.  Przypadki te wskazują na pewną specyfikę sytuacji politycznej krajów pokomunistycznych, wynikającej z konieczności przeprowadzania trudnych i społecznie kosztownych reform. Zaniechanie reform ma skutki fatalne dla gospodarki i społeczeństwa, ich przeprowadzanie zaś niszczy społeczne poparcie dla władzy. Casus Balcerowicza, człowieka najbardziej zasłużonego dla Polski, był tego najlepszym przykładem. Na jego reformach Polska zyskała, ale Balcerowicz zapracował sobie na opinię demona zła, eksploatowaną do niedawna przez populistycznych polityków, którzy do przegranych przecież nie należąc, mniej lub bardziej cynicznie emocje tych, którzy przegrali, eksploatowali.

Na tę prawidłowość nakładała się dotąd polska specyfika wynikająca z wyjątkowo silnych i do niedawna powszechnych postaw opozycyjnych. W PRL-u aktywność polityczna oznaczała w praktyce postawę krytyczną wobec systemu. Nie znaczy to bynajmniej, że polityczna bierność równała się postawie akceptacji. Zauważmy, że w czasach PRL-u nawet wśród funkcjonariuszy władzy dość powszechne było przyjmowanie wobec rzeczywistości ówczesnego systemu politycznego postawy mniej lub bardziej krytycznego dystansu. Zjawisku temu warto poświęcić nieco uwagi.

Negatywne emocje – świadome i odruchowe

W krajach dojrzałych demokracji aktywność polityczna (wyrażająca się w uczestnictwie w wyborach) może wynikać z tradycji, bywa, że tradycji rodzinnych, ze świadomości osobistych lub grupowych interesów, ale względnie rzadko z negatywnych emocji. W zdecydowanej większości przypadków głosuje się na kogoś, a nie przeciwko komuś. W Polsce odwrotnie – właśnie emocje negatywne grały w przeszłości i grają dzisiaj szczególnie istotną rolę, mimo, że w ostatnim okresie z narodu sfrustrowanych, cierpiętniczych pesymistów nieoczekiwanie staliśmy się jednym z bardziej optymistycznych społeczeństw Europy. Rola emocji negatywnych była jedną z przyczyn sprawiających, że każdorazowa formacja rządząca, nawet jeśli w kolejnych wyborach nie traciła zwolenników, to jednak przede wszystkim „zdobywała” (aktywizowała) przeciwko sobie większy niż w wyborach poprzednich elektorat negatywny. Działał tu mechanizm nadmiernie rozbudzonych a nieuchronnie niespełnionych nadziei oraz zrozumiałego rozchwiania politycznych sympatii pozbawionych stabilizatora, którym w dojrzałych, starych demokracjach jest tradycja (głosuję tak, jak głosował mój ojciec i dziad).

Rządzenie było więc wręcz nieuchronnym aktywizowaniem i organizowaniem przeciwko sobie wrogiego elektoratu, tych, którzy „są przeciwko” i którzy głosują „przeciwko” w pewnym sensie odruchowo, a w każdym razie bez świadomości co ma się zmienić, byle tylko coś się zmieniło.

Ale w dwóch przypadkach ta specyfika głosowania negatywnego miała szczególny, wyjątkowy charakter, pozbawiony owej bezrefleksyjnej, odruchowej opozycyjności. Tymi przypadkami były wybory, które miały charakter plebiscytu. A takie mieliśmy w Polsce dwa. W obu przypadkach mieliśmy do czynienia ze względnie wysoką, wyższą niż przeciętna frekwencją wyborczą, przy czym o tej frekwencji zdecydowała młodsza, lepiej wykształcona, bardziej politycznie świadoma część elektoratu. Ważniejszy był jednak ów wspomniany wcześniej, specyficzny charakter głosowania, który można byłoby określić jako negatywno-pozytywny. W obu przypadkach wyborów „plebiscytowych” wyborcy wiedzieli dlaczego, przeciwko czemu i komu głosują. Nie chodziło o to, aby było inaczej niż jest, bo inaczej może będzie lepiej, ale aby odeszli ci, których wyborcy mieli już dość. Była to więc opozycyjność świadoma i refleksyjna, ale równocześnie wyborcy wiedzieli na kogo muszą oddać głos jeśli ich opozycyjność ma być skuteczna (aspekt pozytywny).

Pierwszymi były wybory „kontraktowe” z 4 czerwca 1989 roku. Frekwencja wyniosła wtedy 62,11% – już nigdy później nie osiągnięto równie wysokiego wyniku; zbliżyły się doń jedynie wybory parlamentarne z 21 października 2007 roku, w których frekwencja wyborcza wyniosła 53,88% (w wyborach wygranych w 2005 roku przez PiS frekwencja wyniosła 40,57%). A więc tylko w dwóch przypadkach – w 1989 i 2007 roku – do urn poszła więcej niż połowa uprawnionych do głosowania, co na tradycję i warunki polskie uznać można za frekwencję wysoką.

W obu tych przypadkach mieliśmy do czynienia z wyborami o charakterze plebiscytu, w których linia podziału za i przeciw była ostro zarysowana, co więcej, zarówno w 1989 roku, jak i w 2007, na tę względnie wysoką frekwencję złożyła się głównie aktywizacja przeciwników aktualnej władzy – w pierwszym przypadku komunistycznej, w drugim – PiS-owskiej; na dodatek w obu tych przypadkach o wysokiej frekwencji i aktywności „elektoratu negatywnego” zadecydowali ludzie młodzi, w normalnych warunkach w polskiej tradycji wcale nieskorzy do głosowania.

Jak wyglądała owa linia podziału w 1989 roku, pamiętamy. No, może nie wszyscy. Tamte wybory wygrał Lech Wałęsa, czyli wygrała „Solidarność”. Jeden z partyjnych analityków zauważył wtedy złośliwie, że nawet krowa, gdyby sfotografowała się z Wałęsą, weszłaby do parlamentu. Formalnie dotyczyło to jedynie owych uzgodnionych przy Okrągłym Stole 35%, ale faktycznie „Solidarność” miała – o czym się zapomina – ogromny wpływ na pozostałe 65%, a przede wszystkim na wyniki wyborów z listy PZPR, z której wygrywali prosolidarnościowi, partyjni liberałowie, natomiast masowo wycinany był antysolidarnościowy, partyjny „beton”. A jak wyglądała owa linia podziału w 2007 roku?

W jedynej do tej pory pracy całościowo przedstawiającej kampanię wyborczą 2007 roku, jej autorzy, Tadeusz Gardziel i Sławomir Gawroński1 słusznie zwracają uwagę na znaczenie, jakie dla sukcesu Platformy Obywatelskiej miało zaktywizowanie się młodego pokolenia. Ale w jednym chyba racji nie mają - nie zgadzam się z twierdzeniem Autorów, że „wizja cudu gospodarczego i obietnica jej realizacji w szczególny sposób wpłynęły na zachowanie wyborcze młodzieży”. Wizja ta wpływ miała niewielki, a nawet – ośmielam się twierdzić – nie miała żadnego, później zaś miała na społeczną kondycję Platformy Obywatelskiej wpływ raczej negatywny, służąc za dyżurną ilustrację przedwyborczych, księżycowych obietnic.

Tak się składa, że wiem, dlaczego w tych wyborach młodzi Polacy w Kolonii stali w wyborczą niedzielę cztery godziny w deszczu, aby oddać głos na Platformę Obywatelską, a właściwie przeciwko Prawu i Sprawiedliwości. Ten mój prywatny, nieformalny sondaż prawdopodobnie potwierdziłby się w Londynie czy Dublinie. Oni na żaden cud nie liczyli, ale chcieli przestać wstydzić się za Polskę PIS-u i Kaczyńskich. Ten motyw „wstydu za Polskę” dotyczy zjawiska do tej pory chyba niedostrzeżonego przez badaczy życia społecznego (socjologów i politologów) ani jego obserwatorów (publicystów) – pojawienia się nowego typu patriotyzmu. Jest to jednak zagadnienie, które wykracza poza te rozważania i któremu poświęcę odrębny tekst. Powracam więc do przerwanego wątku wyborów o charakterze plebiscytu.

Marnowana szansa

Platforma Obywatelska ma szansę – choć coraz mniejszą -  wygrać wybory ponownie. Byłaby to istotna i wartościowa z punktu widzenia perspektyw „dojrzewania demokracji” zmiana. Oznaczałaby ona złamanie reguły, która obowiązywała dotąd, że partia rządząca wybory przegrywa. Przy tej okazji można pozwolić sobie na dygresję związaną z wydarzeniami, które rozgrywają się w kraju odległym od Polski klimatycznie, kulturowo i politycznie. Swego czasu prezydent Egiptu Mubarack miał ponoć wyrazić zdumienie dowiadując się o przegranych przez Wałęsę wyborach prezydenckich. Nie mieściło mu się w głowie, że urzędujący, a więc mający w jego przekonaniu pełnię władzy prezydent, może wybory przegrać. Zdumienie uzasadnione, ale ujawniające różnicę między systemami – autokratycznym i demokratycznym. W tym pierwszym mając władzę wybory przegrać trudno, w tym drugim mając władzę wybory trudno wygrać ponownie.

Platforma Obywatelska ma – wciąż jeszcze ma – szansę, mimo, że jest partią rządzącą, wybory wygrać, co w demokracji nie jest zadaniem łatwym, a w kraju postkomunistycznym, szczególnie w Polsce, jest trudne z uwagi na zakorzenione , bezrefleksyjne i odziedziczone po poprzednim systemie nastawienie opozycyjne dużej części społeczeństwa. Władzy się nie lubi, nie ceni, nie szanuje, choć można się do niej łasić, co niektórzy, szczególnie intelektualiści i ludzie kultury, czynią niemal odruchowo. Można oczywiście uzasadniać te skłonności doświadczeniem historycznym, ale można także zauważyć, że trudno szanować władzę, która nie szanuje społeczeństwa, choć sama się doń łasi. A na tym właśnie polega polityka Platformy Obywatelskiej. Jest to polityka skundlonej władzy, która,  unikając rządzenia, łasi się do społeczeństwa stosując techniki PR-u.

Szansą PO był PIS. Problem nie polegał wcale na tym, że większość społeczeństwa obawiała się ze strony PIS-u władzy autokratycznej, niszczącej podstawy świeżo zdobytej demokracji. Nieszczęście PIS-u sprowadza się do żenującej nieinteligencji bez mała wszystkich, którzy otaczają Jarosława Kaczyńskiego. To jest głównym problemem tej partii, który sprawia, że nie chcą nań głosować mieszkańcy wielkich miast, ludzie z wykształceniem ponad-średnim. Mamy tu do czynienia w gruncie rzeczy z konfliktem kulturowym, a nie ideowym czy programowym. Dlaczego otoczenie polityczne Kaczyńskiego ograniczać się musi do intelektualistów po zasadniczej szkole zawodowej pokroju Kuchcińskiego, to kwestia warta oddzielnej analizy, którą odłóżmy na inną okazję. Regres Platformy Obywatelskiej  nie sprowadza się wbrew pozorom do sprawy OFE czy reakcji premiera na raport MAK. Ten regres jest efektem zacierającej się różnicy kulturowej między PIS-em a PO. Jaka jest różnica między Brudzińskim, Kuchcińskim, Kempą a Węgrzynem? W gruncie rzeczy żadna – wszystkie te postaci wyjęte są z podkultury gminnej. Na tym się jednak sprawa nie kończy.

Między PIS-em a PO jest wyraźna różnica w statystycznym  poziomie inteligencji mas partyjnych. Po prostu przeciętny PIS-owiec jest tępszy od statystycznego PO-wiaka, a jeśli chodzi o najbliższe otoczenie Tuska i Kaczyńskiego (wcześniej także Lecha Kaczyńskiego) różnica jest wręcz uderzająca. Od pewnego czasu jednak do odczucia coraz większej części społeczeństwa dociera świadomość różnicy między inteligencją a osobowością. W miejsce inteligencji możemy podstawić pojęcie umysłowej, kulturowej ogłady, w miejsce osobowości zaś indywidualność i charakter. Ludzie, którzy otaczają Tuska (być może z nim samym?) to inteligentne, dobrze wychowane zera, to ludzie, którzy – jak się niegdyś mówiło – „potrafią się znaleźć”, czego nie można powiedzieć o dresiaku Brudzińskim, prymitywnym Kuchcińskim czy Kempie, która właśnie opuściła magiel. Ale – i to do nas dociera – ci kulturowo ogładzeni, wcale nie muszą być lepsi od tych z magla i obory. A nawet, ci drudzy pod pewnymi względami mogą być gorsi – bo ich inteligencja szybciej przekształca się w cwaniactwość, kulturowa gładkość łatwiej zamienia się w obłudę a lepsze wykształcenie i obycie w cynizm. I do ludzi to dociera. PIS nadal pozostaje dla wielu Polaków zagrożeniem, ale Platforma Obywatelska z Tuskiem na czele przestaje być alternatywą, która nas przed tym zagrożeniem chroni.


1 T. Gardziel, S. Gawroński, Wybory 2007, Wydawnictwo WSIiZ, Rzeszów 2008. W tekście tym wykorzystuję fragmenty ze wstępu do tej książki: J. Chłopecki, Nie chodziło o Irlandię.

OPINIE
Mateusz Stopa - We wtorek Środa a w czwartek Palikot
2011-03-10 20:47:03
Koniec 2010 roku w Rzeszowie upływał pod znakiem dwóch ciekawych spotkań.
Pierwsze, prowadzone przez Roberta Biedronia, w nielicznym gronie, z prof. Magdaleną Środą. Było to wydarzenie niezwykłe, ponieważ po pierwsze na sali były osoby autentycznie reprezentujące szeroki wachlarz poglądów politycznych, a po drugie wieloletnie doświadczenie w publicznych wystąpieniach samej prelegentki dało o sobie znać. Całość mogła pozostawić słuchaczy w uczuciu

Dodaj swoją opinię
Autor:
Tytuł:
Treść:


kod z obrazka:

Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania z siedzibą w Rzeszowie
ul. Sucharskiego 2, 35-225 Rzeszów, fax: +48 17 866 12 22 e-mail: wsiz@wsiz.rzeszow.pl
Wszelkie Prawa Zastrzeżone, Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie © 2010