i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2010-05-31 11:39:31

Jeśli chodzi o zmianę postawy Jarosława Kaczyńskiego – mam wątpliwości. Jeśli chodzi o zmianę postawy większości PIS-owców – wątpliwości nie mam. Nie widzę szans, aby zmieniła się na przykład pani Jakubiak. Ostatnio słuchałem jej, gdy, w rozmowie z Moniką Olejnik, protestowała przeciwko ujawnianiu przez Edmunda Klicha informacji o obecności w kabinie pilotów TU-154, dowódcy wojsk lotniczych. To prawda, że ujawnienie tego faktu uwiarygodnia przypuszczenie, że piloci byli pod silną, odgórną presją nie tylko swego najwyższego a bezpośredniego dowódcy, ale i tego, kto był jego przełożonym. Pamiętajmy, że Prezydent był równocześnie sprawcą opóźnienia startu samolotu, co mogło być i zapewne było przyczyną dodatkowej presji – presji czasu. Zaledwie kilka dni wcześniej Jakubiak uważała za skandal, że nie ujawnia się szczegółów śledztwa prowadzonego w Rosji przez specjalistów polskich i rosyjskich. Trudno się oprzeć wrażeniu, że jej zdaniem skandalem nie jest to, czy informacje ujawnia się czy je ukrywa, natomiast istotne jest, jakie informacje (ujawnia się lub ukrywa). O inteligencji tej posłanki nigdy nie byłem zbyt wysokiego mniemania, ale nie przypuszczałem, że dociskana przez Olejnik do ściany absurdu będzie miała takie problemy z odpowiedzią na pytanie psychiatryczne, czy podejrzewa, że przyczyną katastrofy był zamach. Rydzyk, Maciarewicz, nawet Krasnodębski – owszem, ale osoba z najbliższego otoczenia Jarosława Kaczyńskiego?
Ale spuśćmy na to zasłonę miłosierdzia. Powracam do głównego wątku – metamorfozy Jarosława Kaczyńskiego. Podejrzewam, iż taka odmiana jest możliwa. I nie zgadzam się z tymi, którzy zmianę tę utożsamiają z radykalną zmianą poglądów. Przy okazji tym, którzy z uporem pytają Kaczyńskiego czy rezygnuje z IV Rzeczpospolitej, przypominam, że hasło to wymyślił platformers, Paweł Śpiewak, a nie pisowiec – i najpierw w PO zdobyło ono popularność. Niektórzy dowodzą, że owa zmiana Jarosława Kaczyńskiego oznaczać może i musi rezygnację z tego wszystkiego, co składało się na jego polityczny projekt i uzasadniało poparcie tych, którzy na PIS głosowali. Rozumowanie to tylko z pozoru jest trafne. Przypomnijmy sobie w syntetycznym skrócie te, wybrane elementy PIS-owskiego programu, które rodziły sprzeciw, nazywając je i opisując dosadnie:
1. Paranoja. Polityka Kaczyńskich podsycała społeczną nieufność i podejrzliwość. Węszenie za układami, poszukiwanie wrogów zmniejszały i tak w Polsce deficytowy kapitał społeczny, którego fundamentem jest zaufanie. Do tego trzeba dodać forowanie ludzi o skłonnościach chorobliwie paranoicznych, jak Maciarewicz, którym oddawano w dyspozycję prawo decyzji o szczególnie wrażliwych i istotnych dla państwa sprawach (jak np. służby specjalne).
2. Bolszewizm prawny. Sztandarowym reprezentantem był Ziobro, człowiek o niskiej wiedzy i żenującej kulturze prawnej. To on, ale przecież nie bez poparcia Jarosława Kaczyńskiego, wprowadził praktykę prowokacji, podsłuchów, aresztów wydobywczych, ferowania wyroków przed zakończeniem procesu.
3. Bolszewizm historyczny. Wyrazem tej postawy była próba zerwania ciągłości doświadczenia polskiej transformacji, odebranie Polakom tego, z czego mieli prawo być dumni, przez przedstawianie okresu III Rzeczpospolitej, jako czasu niemal klęski narodowej. III Rzeczpospolita w PIS-owskiej narracji była ojczyzną złodziei, gangsterów i oszustów, czymś podobnym do II Rzeczpospolitej w czasach PRL-u.
Pytanie istotne – czy wymienione wyżej aspekty „kaczyzmu” są jego istotą, czy raczej odnoszą się do sfery instrumentalnej polityki prowadzonej przez Kaczyńskich? Jeśli jest to jedynie instrumentarium a nie istota programu politycznego, można mieć nadzieję, że odmieniony Kaczyński jest nową jakością na polskiej scenie politycznej pozostając równocześnie alternatywą dla Komorowskiego. Ale czy to w ogóle jest takie ważne?
Dla ewentualności, którą chcę poddać rozwadze jest to obojętne. Obojętne jest także czy Jarosław Kaczyński jest rzeczywiście politykiem wybitnym, jak sądzi socjologiczna celebrytka, Jadwigą Staniszkis, czy nie jest. Ewentualnością, która mnie interesuje jest wygrana Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. Czy świat się wali a Polska ginie?
Nic podobnego. Machiavelli prawdopodobnie skłonny byłby dowodzić, że wręcz przeciwnie – płyną stąd dla nas same korzyści. Zwerbalizujmy je.
1. Kaczyński jako prezydent nie może kierować PIS-em. W rezultacie PIS się rozpada. Zapiszmy to jako zysk dla polskiej sceny politycznej. Zdominowanie jej przez dwie partie prawicowe jest szkodliwą anomalią. Zwolniona przez PIS przestrzeń polityczna może być zagospodarowana np. przez partię o orientacji socjaldemokratyczno-liberalnej oferując Polakom rzeczywistą alternatywę programową.
2. Zniknięcie PIS-u może w konsekwencji doprowadzić do marginalizacji politycznej roli kościoła katolickiego w Polsce, roli coraz bardziej szkodliwej dla państwa, dla społeczeństwa i dla samego Kościoła.
3. Kaczyński jako prezydent raczej nie będzie hamował niezbędnych w Polsce reform. W przeciwieństwie do swego brata, nie będzie miał komu „meldować wykonania zadania” będąc politycznym sojusznikiem jednej tylko orientacji politycznej, opozycyjnej wobec rządu. Zresztą nawet jeśli PIS się ostanie, Kaczyński raczej będzie wspierać rząd w zamiarach reformatorskich, niż go blokować, licząc, że reformy siłą rzeczy osłabią rząd, aktywizując przeciwko partii rządzącej te grupy społeczne, które na reformach stracą.
No a jeśli Kaczyński prezydentem nie zostanie? Jeśli przegra sromotnie, czyli w pierwszej rundzie, rozpad PIS-u będzie również możliwy, jeśli natomiast przegrana nie będzie kompromitująca, może to wzmocnić szansę PIS-u na wygraną w wyborach do parlamentu. I to byłaby alternatywa najgorsza z możliwych.






