i Zarządzania z siedzibą
w Rzeszowie
Dodano: 2009-03-10 16:39:21
Jawajski sąsiad
Przypominamy sobie wówczas inne jeszcze zdarzenie. Rozmowę z sąsiadem, z którym dzieliliśmy pokój podczas studiów w Pakistanie. Sąsiad był z pochodzenia Jawajczykiem i liczył około trzydziestki. Pokazywał swoje zdjęcia w mundurze wojskowym i opowiadał o swojej misji specjalnej. Opowiadał jednak trochę niejasno, jakby owa misja nie była specjalnym powodem do dumy, albo jej cel okazał się ostatecznie całkowicie chybiony. Co jednak najważniejsze, podkreślał znaczenie zjawisk – nazwijmy je – paranormalnych. Mówił (niby to żartem), że jawajska sztuka magiczna bywała istotną częścią treningu dla wybranych oficerów armii bądź sił specjalnych. Nie chciał wyjaśniać szczegółów, wiadomo – rzecz poufna. Poza tym chyba rozumiał nasz sceptycyzm i niedowierzanie. Ale wiele lat później jego słowa, postać i – by tak rzecz – atmosfera opowiadań przedsennych powracała z zakurzonej mocno pamięci ze zdwojoną siłą. No bo jednej strony upadek wielkiego prezydenta, gigantyczny kryzys ekonomiczny w południowo-wschodniej Azji, groźne pomruki miejscowych fundamentalistów i wysyp rozmaitych partii politycznych (wcześniej zakazanych), z drugiej – kawalkada metafizycznych motocyklistów, prorocze komentarze Jawajczyków i wcześniejsze słowa indonezyjskiego sąsiada o szkoleniach magicznych, które pomagają zrozumieć przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Z jednej strony racjonalna oczywistość, z drugiej: magiczna pokusa. A wszystko to rozłożone w kolejnych sekwencjach podróży w czasie.
Wracamy zatem myślą do wszystkich elementów układanki. Pamiętamy o wydarzeniach, spotkaniach, słowach wypowiedzianych i wyczytanych, i zastanawiamy się dlaczego niby tylko to, co racjonalne w podróży ma być najważniejsze. Dlaczego to, co intuicyjne i magiczne jest czymś mniej ważnym, mniej docenianym i rzadko kiedy branym serio. Bo przecież w naszej świadomości cała podróż zlewa się w jedno; gdzie trudno rozdzielić sam obraz od zapamiętanych opisów obrazu, te zaś od interpretacji przeczytanych, zasłyszanych lub zgoła wymyślonych. Poza tym ów obraz może ciągle ewoluować, jako że przypominamy sobie, dzięki skojarzeniom, coraz to nowe odcienie, barwy, a nawet postacie, które w kolejnej odsłonie stają się dużo ważniejsze aniżeli wcześniej. Nagle rozumiemy pewien szczegół, który poprzednio umknął naszej uwadze, dostrzegamy w pamięci czyjś gest, którego symboliki wcześniej nie rozumieliśmy. Zapamiętany obraz z podróży różni się od tego sprzed dziesięciu, czy nawet trzech lat. Ciągle, ale to ciągle jesteśmy w podróży.
Oczy Buddy
Tym razem trzymamy się tybetańskiego szlaku, który wykracza daleko poza granice samego Tybetu. Bo są chociażby oczy Buddy, spoglądające w cztery strony świata, umieszczone na stupach Swajambhunath i Bodhnath w Nepalu. Do pierwszej z nich dotrzeć można pokonując 365 schodów. Wysiłek fizyczny jest dla każdego pielgrzyma konieczny, bowiem stupa to czcigodny relikwiarz, otoczony nierzadko klasztorami i otwarty na modlitwę. Należy okrążać go w słusznym kierunku puszczając w ruch młynki modlitewne, dostępne tak naprawdę wszystkim, niezależnie od wyznania. Na terenie kompleksu są naturalnie stragany z wszelkim dobrem religijnym w wersji pielgrzymkowo-turystycznej: począwszy od młynków, poprzez dzwonki wszelakiego kształtu, skończywszy na nożach, podobno używanych przez Gurkhów.
Doświadczamy w pamięci poczucia déjà vu, ale takiego odwróconego w czasie. Widzimy pełen kolorów melanż kulturowy i etniczny – jako że oprócz Tybetańczyków są tutaj i Nepalczycy wywodzący się z rozmaitych grup narodowościowych: Newarowie, Szerpowie, czy Tamangowie; przychodzą również kolejne grupy przybyszów z krajów Zachodu, zjawiają się też adepci buddyzmu, którzy nie pochodzą ani z Nepalu, ani z Tybetu. Wszyscy uspokojeni, wewnętrznie radośni (a przynajmniej tacy się wydają) i bardzo życzliwi. Atmosfera buddyjskiego melting pot i komercji w wersji soft podobna do tej z Dharamsali, o której marzymy, i do której docieramy kilka lat później, dość przypadkowo trafiając jeszcze na audiencję z Dalajlamą. Przypominamy sobie później o czymś, co nie jest dostrzegalne tak od razu. Pielgrzymi, najczęściej przybyli z odległych stron kraju, nie widzą obcych. Niby jesteśmy fizycznie na szlaku pielgrzymim, ale stajemy się elementem bardzo dalekiego tła, które przestaje istnieć. Mijają nas obojętnie, skupieni na czymś, czego odblask dostrzec pewnie można w oczach Buddy patrzących beznamiętnie od ponad 2 500 lat. Pozostaje tylko obserwacja i próba zrozumienia. Tylko próba.
Powie ktoś, że nie potrzeba tybetańskiego szlaku, ani indonezyjskiej Jawy, żeby wszystkiego doświadczyć i zmierzyć się z fenomenem nieustannej podróży. Może i tak jest. Ale to, co nie-europejskie, uderza we wszystkie nasze zmysły, pobudza ciągle do myślenia, wybija nas z rytmu codzieności i takiej przyjemnej swojskości, jaką już obecnie odczuwamy na naszym poczciwym kontynencie. Jeśli obawiamy się czegoś w Azji, to ów strach wydaje się o niebo większy niż w Europie, jeżeli czemuś się dziwimy, to zdziwienie się ciągle potęguje, jeżeli coś nas odpycha, to już tak krańcowo, do samej ściany. Ów zachodni, złoty środek gdzieś nam umyka, czasami nie sposób złapać równowagi i spokojnie ustać w miejscu przez dłuższy czas. Co więcej, pamięć o każdym wydarzeniu wydaje się bardziej żywa, niespokojna i jakaś taka niezwykle natarczywa. I ciągle niedokończona. Nic w tym dziwnego, jako że podróż na Wschód nigdy się nie kończy. Nigdy.
Tekst pierwotnie publikowany w miesięczniku „Znak”, lipiec-sierpień 2006






