Latawce nad Kalkutą
TAGI: Kuchnia intelektualna, Cywilizacje,
Dodano: 2009-05-07 07:30:53
Stałam pod drzwiami szpitala i po raz kolejny powtarzałam „Nie wejdę tam! Nie ma mowy. Nie wejdę!”. Nawet stojąc na zewnątrz czułam zapach śmierci, choroby, rozkładu, nieudolnie kamuflowany środkami do dezynfekcji i wiedziałam, że w środku będzie znacznie gorzej. Wiedziałam też, że nie będę potrafiła powstrzymać łez, że uczucie bezsilności sprawi mi fizyczny ból – „Po co mam tam wchodzić, skoro nie mogę pomóc?” – po raz setny już pytałam przyjaciół tracących do mnie cierpliwość.
Robiło się jednak ciemno. Przed szpitalem Matki Teresy kłębił się tłum rozbawionych ludzi. Cała Kalkuta obchodziła święto bogini Kali, ciągnąc setkami, tysiącami ludzi do świątyni znajdującej się nieopodal szpitala. Nie mogłam po prostu stać. Tłum falował, narastał, zmierzał w jednym kierunku. Musiałam się przyłączyć do barwnej procesji lub wejść do środka.
Weszłam z zaciśniętymi ustami, przygotowana na najgorsze, skoncentrowana na sobie – nie płakać, nie patrzeć współczująco, zachować zimny profesjonalizm. Weszłam i od razu poczułam, że coś jest nie tak. Nie tak, jak przypuszczałam, że będzie. Co prawda chorzy i umierający leżeli jeden obok drugiego na wąskich pryczach, odór był stokroć silniejszy, niż na zewnątrz a wnętrze bardziej przypominało koszary wojskowe, niż szpital, ale ja jednak poczułam ulgę.
Między pryczami uwijali się młodzi, uśmiechnięci ludzie. Japończycy, Hiszpanie, Niemcy. Wolontariusze ze Stanów Zjednoczonych, Kanady i wielu innych państw. Właściwie określenie „uwijali się” zupełnie nie pasuje do tego, co zobaczyłam. Nikt się nie spieszył. Ktoś rozmawiał ze staruszkiem tak chudym, że prawie nie było go widać spod ciemnozielonego prześcieradła, którym był przykryty. Ktoś inny ze śmiechem opowiadał o pokazach puszczania latawców, które przez cały dzień odbywały się na placach i skwerkach Kalkuty. Dwie młode Francuzki słuchały śpiewu chorego na malarię chłopaka, którego wolontariusze znaleźli dzień wcześniej na dworcu, leżącego na stercie śmieci. Kiedy zobaczył moje zainteresowanie, wyjaśnił z dumą, że śpiewa tak dzięki malarii. „To już moja trzecia. I za każdym razem piękniej śpiewam”. Stojący obok mnie Niemiec, od lat mieszkający w Indiach dodał, że prawdopodobnie ostatnia. Organizm jest skrajnie wycieńczony, organy wewnętrzne zniszczone przez chorobę - „Nie wyjdzie z tego”. Chłopak uśmiechnął się przepraszająco, jak gdyby pragnął powiedzieć „Nie chciałem robić kłopotu”.
Andreas został naszym przewodnikiem po szpitalu. Niewiele jest zresztą do oglądania – dwie duże sale, jedna dla mężczyzn, druga dla kobiet, hol, w którym niepodzielnie panuje siostra Klara, sympatyczna, uśmiechnięta Hinduska oraz zaplecze, gdzie przygotowuje się posiłki i pierze brudną bieliznę. Wszyscy w szpitalu właśnie umywalnię uważają za święte miejsce – to tu, do końca swoich dni, pracowała Matka Teresa. Nawet po otrzymaniu Pokojowej Nagrody Nobla nadal wykonywała najcięższe prace, piorąc w kamiennych kadziach sterty ubrań i prześcieradeł. „Ależ ona była uparta!” – ze śmiechem wspomina Andreas – „Nikomu nie pozwoliła się zastąpić”.
1 2
piechu44 - Latawce nad Kalkutą
2009-05-12 10:44:11
Pani Anna Siewierska-Chmaj jako naukowiec nie powinna raczyć czytelników apologetycznymi tekstami o Matce Teresie z Kalkuty a jeżeli już ma taką wewnętrzną potrzebę to niech obiektywnie przytoczy również inne zródła wiedzy o "dokonaniach" i charakterze Matki Teresy. Np. polecam książkę pt. "Misjonarska miłość. Matka Teresa w teorii i praktyce." Autor Christopher Hitchens.
Pozdrawiam Panią Annę, piękną kobietę.
Michał Piotrowski, Gdańsk.
asiewierska - Podziękowanie
2009-05-20 11:35:36
Szanowny Panie Michale,
Bardzo dziękuję za komentarz do mojego skromnego reportażu z Kalkuty. Myślę jednak, że źle Pan kieruje swoje uwagi, ponieważ tekst jest impresją na gorąco po spotkaniu z niezwykłymi ludźmi ze szpitala Matki Teresy, nie traktuje natomiast o samej Matce Teresie.
Paradoks polega na tym, że znam tezy Hitchensa i z większością jego ocen zgadzam się całkowicie, tym bardziej byłam zażenowana moimi emocjami i nawet, wstyd się przyznać, egzaltacją, po wizycie w kalkuckim szpitalu. Matka Teresa miała bardzo kontrowersyjne poglądy a jej katolicki radykalizm był czymś, co zdecydowanie odrzucam, nie zmienia to jednak faktu, że szpitale, które stworzyła są często jedyną szansą na wyleczenie lub przynajmniej godną śmierć dla tysięcy najbiedniejszych Hindusów. A główny zarzut Hitchensa o nachalnym nawracaniu jest akurat dość absurdalny. Proszę mi wierzyć, pacjentom w szpitalu Matki Teresy w Kalkucie zależało tylko na tym, żeby choć raz, przed śmiercią, najeść się do syta.
Pozdrawiam,
Anna Siewierska-Chmaj
Małgorzata Drozdowska -
2009-05-28 14:24:00
Niewiarygodne. Aby dostrzec pewne aspekty życia, trzeba było znaleźć się w Indiach. Śmierć i słynne średniowieczne „Pamiętaj o śmierci” wyparte tak mocno z naszego kręgu kulturowego, że zupełnie zanikło, znajduje swoje odzwierciedlenie na drugim końcu świata.
I to właśnie z tego końca świata powinniśmy czerpać wzorce. To, co opisała autorka mocno oddziałuje na emocje. Muszę przyznać, że czytając tę relację zaczęłam się zastanawiać jaka tak naprawdę jest siła drugiego człowieka. Ci młodzi opiekunowie i umierający ludzie do końca pozostają radośni. Coś niebywałego i niezwykłego.
Beata Twardowska - Nieżyciowe życie
2009-06-02 12:22:44
Autorka w swym reportażu, porusza bardzo wiele znaczących kwestii. Jedną z nich jest współczesny kult wiecznej młodości, żywotności i urody, popularny zwłaszcza w krajach wysokorozwiniętych. Człowiek zdaje się dążyć do niemożliwego. Chce powstrzymać upływający czas. Nie potrafi zaakceptować swojej śmiertelności. Odsuwa ją od siebie. Przez co, moim zdaniem, jego psychika staje się o wiele słabsza.
Oczy nieprzyzwyczajone do widoku cierpienia, uszy nienawykłe do jęku i lamentu, umysł niezaznajomiony z naturą ludzką. Wszystko to sprawia, że w momencie, kiedy w życiu człowieka pojawiają się jakieś trudności, niepowodzenia, kłopoty czy choroby, a jest to nieuniknione, on nie wie jak sobie z nimi poradzić. I często ugina się pod ich ciężarem, przytłoczony ich powagą, rozmiarem i „nowością”. Codzienne obcowanie z cierpieniem, może nie tyle znieczula, co oswaja, uczy, kształtuje, wzbogaca naszą samoświadomość. Poznajemy siebie, swoje reakcje, zachowanie, wiemy ile jesteśmy w stanie znieść. Ćwiczymy się, hartujemy, pokonujemy kolejne bariery, coraz więcej trudnych sytuacji jesteśmy w stanie sami rozwiązać. Uważam, że odsuwając od siebie ból, zamiast teoretycznie ułatwiać sobie życie i sprawiać by było ono piękniejsze, w rzeczywistości skazujemy się na wielokrotnie większe cierpienie.
Kolejnym ważnym tematem, jest kwestia wolontariuszy. Tak niewiele mówi się na co dzień o tych tysiącach młodych ludzi, gotowych nieść bezinteresowną pomoc potrzebującym każdego dnia, nawet w najdalszym zakątku świata. Wielu ludzi nie ma świadomości, że bez tych "Niewidocznych" nie udałoby się sprawnie przeprowadzić żadnej akcji humanitarnej, ratunkowej czy zorganizować jakiejś masowej imprezy. Oni wykonują te najcięższe zadania, są zawsze gotowi, czujni i co najważniejsze chętni do pomocy. Pomocy, za którą nie oczekują zapłaty.
Justyna Robak -
2009-06-02 13:30:34
Czytając ten artykuł trudno nie zgodzić się z jego autorem, iż problem śmierci, biedy, ludzkiego cierpienia to fakty, które w dzisiejszej kulturze masowej konsumpcji, pogoni za pieniądzem i lepszym życiem są pomijane przez nas lub zauważane w niewielkim stopniu i to wówczas, kiedy dotyczą nas bezpośrednio badź kiedy organizowane są głośne akcje charytatywne.
Nie zdajemy sobie czasem z tego sprawy jak wielki jest ogrom tego problemu. Ale… czy tak trudno zrozumieć postępowanie dzisiejszego człowieka patrzącego przez pryzmat chociażby niedalekiej historii. Człowiek nie pragnie wojen, cierpienia, nie chce myśleć o śmierci, krzywdzie i niesprawiedliwości. I czy ten fakt sprawia, iż jest złym człowiekiem?
Ewelina Siwiec -
2009-06-03 09:13:45
Śmierć jest naturalną koleją rzeczy, niestety życie czasami nam o tym przypomina. Jednak, na co dzień ze wszystkich sił staramy się zapomnieć, że istnieje – szerokim łukiem omijając pogrzeby, szpitale, czy hospicja. Niemniej jednak należy pamiętać, iż aby docenić życie, trzeba dostrzec śmierć.
Dr Siewierska – Chmaj w swoim reportażu z Kalkuty, zauważa, że kult młodości, piękna oraz witalności wypiera śmierć choroby i brzydotę na margines. Współczesne społeczeństwo po prostu nie potrafi pogodzić się z faktem, iż śmierć prędzej czy później dotknie każdego z nas.
Niestety powinniśmy być przygotowani na każdą ewentualność, bowiem to nie abstrakcja. Powstaje wiele organizacji, które pomagają przezwyciężyć strach przed śmiercią, przykładem jest Warszawskie Stowarzyszenie "U Źródła", które szkoli instruktorów mających stać się pomocną ręką dla potrzebujących.
Czy to nie dziwne, iż nie potrafimy zrozumieć tak bardzo ludzkich „przypadłości”, jakimi są śmierć, kalectwo lub choroba? Powodów jest wiele; utrata bliskich jest bardzo bolesna, a świadomość własnej śmierci wydaje się być czymś tak odległym i niewiarygodnym, że aż niemożliwym.
Tomasz Sokołowski - Śmierć to my
2009-06-03 09:42:41
Myślę, że dylemat jaki opisany jest w tekście dotyczy bardzo wielu ludzi. Żyjąc w świecie, gdzie priorytetem są młodość, piękność, sukces i pieniędze, zapominamy albo też nie chcemy myśleć o śmierci. Wydaje nam się, że to nas i naszych bliskich nigdy nie dotknie.
Oddalając od siebie problem końca życia tracimy pewną barierę ochronną, która w najgorszych momentach sprawiłaby, że może lepiej poradzilibyśmy sobie z tym. Świadomość, że śmierć jest naturalną częścią, zakończeniem naszej ludzkiej wędrówki jest pewnego rodzaju przygotowaniem na jej nadejście. To prawda, że w dzisiejszych czasach śmierć, brzydota i nieuleczalne, wyniszczające choroby to tematy tabu. Nie chcemy na nie patrzeć, nie chcemy o nich mówić. Dlatego też kompletnie nie potrafimy sobie z nimi radzić.
Maja -
2010-03-29 19:17:52
Może zabrzmi to nieludzko, ale przytoczę słowa Jana Twardowskiego, który pisze: "gdyby każdy miał to samo, nikt nikomu nie byłby potrzebny". W myśl tej, naturalnej wydaje się, rzeczy, i naturalnego porządku, nasuwa się takie rozumowanie, że przecież "cierpienie uszlachetnia". Nic to jednak, gdy staje się oko w oko ze śmiercią, bólem, nienasyceniem, ubóstwem.
Niechętnie czytam tego typu artykuły, bo jako człowiek słaby, nie jestem w stanie pomieścić w głowie ogromu i skali tak wyglądającej sytuacji, w tym przypadku szpitala w Kalkucie. Nie mniej, gdy już dokończyłam artykuł, nasunęła mi się myśl: jakaż musi być determinacja w ludzkiej świadomości, jakiż upór i chęć niesienia pomocy. Jakaż umiejętność poradzenia sobie z obrazem, myślę, smutnym. I to nie chodzi o altruizm czy mocne uduchowienie (chociaż zapewne, silna więź z Bogiem, pomaga niektórym w tak ciężkiej pracy przetrwać te chwile, kiedy człowiek odchodzi). Chodzi o to, że ci którzy są tam na co dzień, pogodzeni, przyzwyczajeni, zapracowani, całkiem inaczej odbierają i tłumaczą to co robią. Dla mnie może to być misja, nieosiągalna, niewykonalna praca, bo jestem za słaba na to by godzić się na umieranie. Z jednej strony wielki pokłon dla ludzi pracujących nie tylko w szpitalu w Kalkucie...
Drugi pokłon należy się tym, którzy potrafią sprawić, że "śmierć to nie dziura tylko życie dalej" (Twardowski). W zasadzie, dla wszystkich młodych ludzi umieranie jest czymś dalekim, nieobecnym, ale tak bliskim zarazem.
Szanowna Pani Doktor, Przekroczenie Progu, to tylko początek. "Carpe diem",
pozdrawiam
Jakub Ziajor -
2012-01-20 06:17:00
Podobne wrażenie miałem kiedy przeczytałem "Przeżyłam Oświęcim" Krystyny Żywulskiej. Byłem pewny że książka mnie zszokuje, obrzydzi, że nie będę mógł spać po nocach. Absolutnie nie. To że ktoś umiera, w takich sytuacjach, z biegiem czasu staje się bardzo zwyczajne. Śmierć wisiała w powietrzu, a niektórzy tym powietrzem oddychali. Życie ludzkie jest jak taki oddech..krótkie, a śmierć zawsze wisi w powietrzu.
Nahorna Anastasiia - „Nie chciałem robić kłopotu”
2012-01-30 21:26:54
Dla mnie lęk śmierci na zawsze będzie bardzo straszny z wszystkich lęków. Nikt nie zna kiedy zrobi ostatni wydech.
Na początku swojej opowieści autorka opowiada o swoim lęku i minutami myśli nawet uciec z tego strasznego miejsca. Lecz pokonując lęk ona zachodzi do szpitala, i nie patrząc na straszny obraz i nieznośny smród, jej staje lepiej. To porównuję się z
zwyczajnymi lękami każdego człowieka. Zazwyczaj ludzie uciekają od swoich lęków i w ten sposób nie pokonawszy ich, napotykają się na nich coraz częściej.
W artykule również wspominało się o ofiarowaniach: "Jeśli ktoś uważa, że się poświęca, nie może naprawdę pomóc innym - pomaga sam sobie". Całkiem zgadzam się, przecież kto pomaga innym dla swojej korzyści to i jest hipokryzja, wspomniana w poprzednim artykule.
Zdaniem autorki, w szpitalu ludzie postępują się bardzo spokojnie, jak znają, co ich czeka na końcu i oni pogodzili się z tym, że ktoś z nich umrę. Junak, który chory na malarię już trzeci raz, zna, że wkrótce nastanie jego koniec, że on nie w siłach coś zmienić.
Mi rzeczywiście szkoda tych ludzi i uważam za bohaterów ich za to, że oni tak odważnie wytrzymują do końca i nie poddają się. Lecz uważam za największy ich heroizm to, że oni pokonali swój lęk i heroicznie pogodzili się z tym, co ich czeka. Nie każdy w nasz czas ma siłę wytrwać takie wypróbowania.